O książkach i grach, które nam się podobają, ciekawych miejscach, w których byliśmy i o wydarzeniach, w których uczestniczyliśmy. A także o paru innych rzeczach...

środa, 30 czerwca 2010

dla F.


lubię kiedy przytulasz się do mnie
obwąchuję cię jak zwierzątko
sprawdzam jak pachną rączki
włosy, uszka i zagłębienie pod kolankiem

jeszcze mogę wziąć cię na ręce
ponieść kiedy nogi są zmęczone
podmuchać na rankę
pogłaskać bolący brzuszek
przegrać w chińczyka

zapamiętać
bo co dzień odchodzisz
ode mnie
milimetr po milimetrze

ja zawsze będę tu stała

/2010/

wtorek, 29 czerwca 2010

Zdrajcy, Antun Soljan

W okresie mojego buntu, burzy i naporu, za licealnych czasów, bardzo dużo czytałam. Głównie literaturę współczesną. Trafiałam na różne książki, lepsze, gorsze, świetne...Wśród nich odkryłam kilka pereł. Książki, które niosły ze sobą duży ładunek emocjonalny, które tłumaczyły mój świat, które pokazywały różne drogi, odmienne od mi znanych, które otwierały szeroko różne drzwi, także w mojej głowie. I dawały siłę, do pójścia czasem pod prąd, z własnym nurtem. Kocham te książki. Są dla mnie cały czas ważne, choć ja się zmieniłam. Dorosłam. I coraz rzadziej idę pod prąd.

Jedną z nich są Zdrajcy, chorwackiego pisarza Antuna Soljana (1932-1993).  To zbiór opowiadań (wydanych po raz pierwszy w 1961 r, w Polsce w 1972), które łączy wspólny narrator. Bohaterami są młodzi ludzie z różnych środowisk, Ciuk, Beba i główny bohater Mogor (opowiadacz)  to przedstawiciele młodej generacji, którzy poszukują swojego miejsca w życiu i jego sensu. Opowiadania mogą być odczytywane jako zamknięta całość, wszystkie poza bohaterem/bohaterami łączy miejsce akcji - wybrzeże dalmatyńskie.
Mamy tu artystyczną cyganerię, prowadząca hulaszczy tryb życia i zwyczajnych ludzi. Mierzymy się z rozczarowaniami bohaterów, smutkiem, radościami, chwilami wolności, miłościami, rozstaniami...Dużo tu nostalgii i smutku. Bo ciągle coś przemija, coś odchodzi, coś się kończy. Takie jest życie. Ale ciągle też zaczyna się nowe. A dużo rzeczy, ludzi, chwil choć na zewnątrz przemija -  to pozostają w nas i niesiemy je dalej w sobie. Droga, podróż. Główny bohater ciągle wędruje, szuka czegoś czy przed czymś ucieka?
Człowiek wędruje, a po pewnym czasie zapomina o celu podróży. I idzie dalej, czując nieprzepartą potrzebę podążania naprzód,  chociaż sam już nie wie, dokąd zmierza. Cel pozostał gdzieś u początku drogi. Teraz szlak podróży, jak w kartach, wskazują złe i dobre znaki, niespokojne świerzbienie stóp, lot ptaków. Wędrujemy z woli przeznaczenia.
Dlaczego - dobrze wiemy. Nie łudzi nas cel, ale nie zapominamy o intencji.(...)
Zdaliśmy sobie sprawę, że nie podróżujemy, a uciekamy. Zbieg nie myśli dokąd zmierza, lecz przed czym ucieka I to, co z pozoru wydaje się bezcelową tułaczką po przypadkowych, krętych ścieżkach, stanowi istocie jedynie możliwe wyjście, świadome unikanie wiecznych prześladowców, którzy nie dają nam spokoju (...) (str. 189)

Dużo tu buntu i niezgody. Dużo tu potknięć, pęknięć... Nie jesteśmy idealni.
Soljan wspaniale nakreślił problemy własnego pokolenia, jego świotopoglądowe bunty i nieprzystosowanie. Młodzi szukają swojego miejsca, ale i siebie. Żeby nie stać się zdrajcami, wobec innych, ale przede wszystkim wobec siebie.
Świetnie napisana, jest tu wiele zdań, ba, całych akapitów i stron, którymi można się delektować i zapamiętać na później.

Antun Soljan, Zdrajcy, przełożyła Bożena Nowak, Państwowy Instytut Wydawniczy, 1972.

poniedziałek, 28 czerwca 2010

Brzuchatek, Steve Smallman


To opowieść dla małych dzieci. Najlepiej do poczytania w ponury albo smutny dzień, kiedy wręcz trzeba się do kogoś przytulić. O kimś nowym, kto pojawił się w pokoju z zabawkami. Ten ktoś jest mały i kłapciaty i ma mięciutki brzuszek w paski i nazywa się Brzuchatek. 
Problem pojawia się, gdy współtowarzysze pytają go, do czego służy, co potrafi robić.... Brzuchatek myśli, myśli i  nie wie. Zabawki postanawiają mu pomóc odkryć jego rolę, jego zadanie. Szukanie jest żmudne i czasem bolesne.... Jednak w końcu, z pomocą przyjaciół,  udaje się!

Brzuchatek biegnie ratować myszkę Miłkę, która spadła z łóżka.
- Nie bój się, Miłko, już idę! - zawołał Brzuchatek, zjeżdżając na dół.
Brzuchatek objął Miłkę i bardzo, bardzo mocno ja przytulił. Jego brzuszek był taki milutki i mięciutki, że Miłka od razu poczuła się lepiej, ale na wszelki wypadek pozwoliła się przytulać jeszcze chwilę.
-Dziękuję - westchnęła. - Jesteś najlepszą przytulanką, jaka spotkałam!
- To jest to!- wykrzyknął Brzuchatek. - Potrafię przytulać! Kto następny?

Ta pięknie ilustrowana książeczka sprawia, że każdy poczuje się ważny. Bo każdy ma swoje zadanie, swoją rolę, swój cel, tylko czasem o tym jeszcze nie wie.I musi poszukać. I często na pozór małe i błahe zadania okazują się najważniejsze :)

Brzuchatek,
Steve Smallman,
ilustracje Tim Warnes,
Wydawnictwo Egmont, listopad 2007.

środa, 23 czerwca 2010

4.22


4.22

nie wiedziałam
że to
możliwe
a kiedy odszedłeś

kropla ciszy spadła na podłogę
pośród nocy
zdziwione zaśpiewały ptaki

za oknem
tworzył się dzień
już bez Ciebie

Twoje ręce
jak dotknąć ich wspomnienie

wyglądam za Tobą
myślami wybiegam
lecz
nie wracasz

więc
noszę przy sobie
dobre słowa
których
nie powiedziałam

nie ma już dziecka
pozostała 
córka

/2010/

wtorek, 22 czerwca 2010

Uparty kotek, I. Biełyszew

Każda książka to nie tylko historia w niej przedstawiona, ale i dzień czy wydarzenia towarzyszące jej pojawieniu się w domu, czas czytania... Dlatego tak trudno mi rozstawać się z książkami. Bo niosą ze sobą wspomnienia i pamięć różnych chwil.
Uparty kotek trafił do nas dawno temu... dokładnie przed siedmioma laty. Trzyletnia Marysia miała zapalenie płuc, byłyśmy w szpitalu. I któregoś dnia ciocia Mika przyniosła jej książeczkę o małym sympatycznym kotku, którą zobaczyła w jakimś antykwariacie. W wolnych chwilach, między inhalacjami, obchodami lekarskimi i szaleństwami mojej trzylatki w szpitalnej świetlicy (!) wyciszałyśmy się obydwie; ja czytając, Marysia słuchając opowieści o kotku, który zgubił drogę do swojego domu.

Historia zaczyna się tak:
Miała dziewczynka małego szarego kotka. Był to bardzo uparty kotek: wszystko chciał robić po swojemu.
Mimo napomnień swojej opiekunki oddalił się od domku, i zgubił drogę. Błąkał się więc biedaczyna po lesie, popłakując i szukajac swojej pani. Zwierzęta spotykajac małego, smutnego kotka starają się mu pomóc i odnaleźć "mamusię". 

- A czy potrafisz skakać? - pyta zajączek.
- O, skakać umiem bardzo dobrze - odpowiada kotek.


Dla zajaczka sprawa jest jasna - zwierzątko potrafi skakać, więc prowadzi go do mamy Zajączkowej. Zającowa zwołuje naradę. Szaraki stwierdzają, że skoro maluch potrafi chodzić po drzewach to pewnie jego mamusią jest wiewiórka i do niej go prowadzą... Wiewiórkowa przypuszcza, że nasz kotek jest jezykiem, bo nie chce jeść ani grzybków ani orzeszków, natomiast ma ochotę na myszkę... Prowadzi go więc do Jeżykowej. Tu nasz malec najda się, ale zamiast wypoczynku czeka go jeszcze większy smutek, bo zostaje pokłuty przez kolce współtowarzyszy norki. Kotek jest coraz bardziej zrozpaczony, smutny i stęskniony. Jeżowa jest zdumiona:

- Cóż ja z tobą zrobię? Zajączkiem nie jesteś ani wiewiórką, ani jeżykiem! Kim ty wreszcie jesteś?...
-  J-ja nie wiem - zanosi sie od płaczu kotek  - J-ja jestem m-malutki!

Wreszcie wrona domyśla się, kim jest ten mały, puchaty zwierzaczek i prowadzi go za las, do domu... To miła opowieść o poszukiwaniu własnej tożsamości, o postrzeganiu innych przez pryzmat siebie i własnych przekonań/zachowań/wyglądu i wreszcie czytelny przekaz dla maluchów, że aby nie zgubić się w tym wielkim świecie należy słuchać się mamy ;)
I jeszcze na koniec: wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej, o czym mogłyśmy przekonać się przez ileś tam wieczorów zasypiając razem na szpitalnym łóżku :)


Uparty kotek

I. Biełyszew, 
ilustrowała Zofia Fijałkowska, 
Nasza Księgarnia, 
Warszawa 1960, wydanie VII

niedziela, 20 czerwca 2010

Babcia na jabłoni, Mira Lobe


Z serią Mistrzowie Ilustracji zetknęłam się kilka lat temu. Szukałam któregoś z tytułów, poleconych przez koleżankę z pracy (Maryla, dziękujemy ;)) I trafiłam na Dwie Siostry i ww. serię, która zachwyciła mnie i moją córkę. Pięknie wydane, pięknie zilustrowane, pięknie napisane... Klasyka. Pierwsza trafiła na naszą półkę Babcia na jabłoni.

"Wszystkie dzieci na całej ulicy miały babcię. Niektóre nawet dwie. Tylko Andi nie miał babci - i bardzo się z tego powodu martwił (...)" już pierwsze zdania sprawiają, że nie sposób oderwać się od tej lektury.
Autorka, austriaczka Mira Lobe, wprowadza nas w świat dziecka, jego smutków, problemów małych i dużych, marzeń i tęsknot, a także fantazji. Babcia Andiego, z która spotyka się na drzewie, staje się plasterkiem na całe zło, towarzyszem zabaw i najlepszym kompanem. Ileż wspaniałych przygód przeżył dzięki niej Andy, a jego życie nabrało barw i rumieńców! Babcia zawsze miała radę na wszystko i pomysły, które u innych babć mogłyby wywołać palpitację serca!

Polecam do wspólnego czytania tę skrzącą się dowcipem i pełną uroku książkę o nietypowej babci i małym Andym. A wszystko to napisane wspaniałym językiem w najlepszym stylu i zilustrowane przez Mistrza!



Babcia na jabłoni, Mira Lobe, Wydawnictwo Dwie siostry, Warszawa 2007, ilustracje Mirosław Pokora.

sobota, 19 czerwca 2010

Straszna książka, czyli upiorna zabawa w rymy, Małgorzata Strzałkowska, il.Kacper Dudek


Lubię czytać dzieciom książki, teraz głównie Frankowi (Marysia coraz częściej czyta już sobie sama, swoje książki). Jednak nie wszystkie - są takie, przy których męczę się jak potępieniec, nudzą mnie, denerwują. A dziecku, co najgorsze się podoba (np. Frankowi - disneyowska wersja  Alicji w Krainie Czarów, którą kiedyś od kogoś dostali i jak tylko wpadnie mu w ręce chce, żeby mu czytać)...
No i są książeczki, przy których można się odstresować, pośmiać razem z dzieckiem. Takimi książeczkami są rymowanki Strzałkowskiej - zawsze na podobnym poziomie, zabawne, zaskakujące, dowcipne.

Zabawy słowne, ćwiczenie i łamanie języka na trudnych słówkach, powiedzonka, które niepostrzeżenie wkradają się do naszego słownika domowego. Zabawa murowana. Franek uwielbia te wierszyki i zabawę w dopowiadanie rymów. Muszę przyznać, że dobrze mu to wychodzi.
Niewątpliwą zaletą tych wierszyków jest fakt, że poza tym, że bawią - oswajają strachy i wszelkie  potworności. Coś do czego podchodzi się na wesoło - przestaje być takie straszne. Strzałkowska pokazuje bardzo ludzkie twarze potworków - też się boją, śmieją, nudzą, wygłupiają... Zdecydowanie polecamy!

Fochy w lochu

Siedzą w lochu jakieś stwory,
zajadają  kalafiory
i okropne stroją fochy:
- Miał być Egipt! Albo Włochy!
- Mumie oraz inne cuda...
A tu wilgoć, pleść i nuda!
- I w dodatku całe wieki
już nie było dyskoteki!
- A warunki sanitarne
prawdę mówiąc, są dość marne.
- I jedzenie nie dla stworów!
- Wszystkie dania z kalafiorów
- Niewygodne twarde łóżka...
- A mnie pękła dziś poduszka!
- Moim zdaniem "Czar Kałuży:
to najgorsze z biur podróży!

Wylewają straszne żale,
czemu się nie dziwię wcale,
bo im także, bądźmy szczerzy,
dobry urlop się należy.


Straszna książka, czyli upiorna zabawa w rymy,
Małgorzata Strzałkowska,
il. Kacper Dudek,
Wydawnictwo Czarna Owca,
2010

wtorek, 15 czerwca 2010

Tristan 1946

Tristan 1946 jest próbą przeniesienia celtyckiego mitu na współczesny grunt. Próbą porównania, a może udowodnienia, że miłość w XX wieku jest już inna, bo tu z miłości się nie umiera?

Pierwszym opowiadaczem tej historii - trubadurem jest Wanda, Polka, która tuż przez wybuchem wojny wyemigrowała do Anglii.  W czasie kiedy aklimatyzowała się w Kornwalii i wiodła spokojne, bezpieczne życie, jej syn - Michał (Tristan)  przeszedł Powstanie Warszawskie i piekło wojny. Był uczestnikiem wydarzeń, które pozbawiają człowieka złudzeń. Widział, co można zrobić z człowiekiem (ojciec zginął zastrzelony w bramie war-szawskiej kamienicy, Annę bez twarzy- przyjaciółkę ojca zamęczono), był zatruty wojną, osamotniony, rozczarowany. Taki właśnie, po sześciu latach nieobecności, pojawił się w Brytanii, dokąd uciekł niemal wprost z niemieckiego obozu.
Na Izoldę nie trzeba długo czekać. To Kathleen, na kórą Michał mówi Kasia. Od początku znajomości młodzi są sobą zafascynowani. Kasia to wie, natomiast Michał wzbrania się przed jakimikolwiek uczuciami, sam przed sobą udaje, że ratuje człowieka (to hasło usłyszał od ojca - przede wszystkim trzeba ratować człowieka), a nie kobietę. Przed kim? Przed rodzicami, lekarzami, którzy wodzą za Kasią wzrokiem, przed nią samą i samym sobą?
Na początku ich znajomości „młodej doktorce” udaje się nakłonić Michała do wyrzucenia języka zabitego przez niego Niemca, który nosił przy sobie „na pamiątkę” w słoiku w formalinie (uciekając ze szpitala odciął język napotkanemu w lesie Niemcowi) - to nawiązanie do języka zmoka w Dziejach Tristana i Izoldy. Zniszczenie tej pamiątki-trucizny (a raczej zakopanie w parku) oznacza nie tylko likwidację namacalnego dowodu przeszłości Gaszyńskiego, ale przede wszystkim zniszczenie wspomnień, które zatruwają tego młodego mężczyznę od środka. Język hiterowca sączył jad do serca Michała, jak trucizna zatruwał jego duszę. Nie pozwalał rozliczyć się z przeszłością, za-pomnieć, odciąć się i zacząć dalej żyć.
Michał pomaga Kasi odejść z domu – namawia profesora Bradleya, „króla psychologów”, którego poznał, aby przyjął ją jako sekretarkę. Tak też się stało. Jednak Michał nie przewidział, że Bradley zaproponuje pannie Mc Dougall małżeństwo, a ona w poczuciu, że to Michał pchnął ją w ramiona „starego” i z kobiecej przewrotności – mu nie odmówi... I mamy już króla Marka.
Profesor kocha przede wszystkim młodość, a jak młodość to i młodych ludzi bez względu na płeć. Kiedy żeni się z Kasią, przygarnia też pod swoje skrzydła Michała. Jest zauroczony jego postawą, bezkompromisowością. Gorąco namawia go, aby rozpoczął studia architektoniczne - to najlepszy sposób na pomoc zburzonemu krajowi, zburzonej Warszawie, o której Michał mu opowiadał. Nawet napomknął, że ułatwi mu dostanie się na ten kierunek. Zaprasza Michała do swojego domu, namawiał na zamieszkanie u niego, pod jednym dachem z Kathleen.
Bradley jest nieświadomy sytuacji, a może świadomy, lecz celowo, dla dobra sprawy przymykający oko na sympatie młodych, aby ich nie stracić? Stanowisko zajmuje dopiero wtedy, gdy młodzi zostają przyłapani na gorącym uczynku, w wyniku zasadzki służby Bradleya.
Bo michał i Kasia, od chwili wysłuchania symfoni Franca Młodzi ulegają największej sile, sile fatalnej i nic nie jest od niej ważniejsze. Muzyka, której młodzi słuchali zaczarowała ich, pod jej wpływem ulegli fatalnej sile miłości. Młodzi zaczęli funkcjonować w swoim świecie, w którym nie istnieją żadne normy, nakazy i prawa. Zachowywali się jak niewinne dzieci, dzieci, czyste mimo grzechu zdrady i cudzołóstwa. Byli przekonani, że postępują właściwie... Dokąd ich to zaprowadzi? Czy w XX wieku kocha się inaczej niż w XII? Czy dla miłości się umiera?

To dobra książka. Świetnie się ją czyta. Kuncewiczowa doskonale przechodzi od stylu do stylu - jak pisałam pierwszym opowiadaczem jest Wanda, sa kolejni... Poznajemy historię z punktu widzenia Michała i Kasi,  a nie tylko Brangieny - którą jest tu Wanda, opowiadaczem jest też tu Franciszek czy jugosłowiański malarz Miodrag. Każda osoba to inny sposób mówienia, inny sposób snucia historii... Coraz bardziej odkrywam tę książkę. Polecam!


Maria Kuncewiczowa, Tristan 1946, Wydawnictwo Lubelskie, Lublin 1990.

piątek, 11 czerwca 2010

Tomek i jego opowiadania, Renata Piątkowska


Opowiadania dla przedszkolaków i Opowiadania z piaskownicy Renaty Piątkowskiej to nasz hit książkowy!

Są to krótkie opowiadania z życia chłopca o imieniu Tomek. Codzienne wydarzenia, śmieszne albo ważne dla przedszkolaka, czasem niezrozumiałe, które próbuje ogarnąć. Napisane z dużym poczuciem humoru, zawsze w pierwszej osobie - Tomek jest opowiadającym każdą historię, zawsze zaczyna od jak ja nie lubię, lub jak ja lubię..); oraz zrozumieniem dziecięcej psychiki i świata dziecka. A przy okazji tak, że i dorosły bynajmniej się nie nudzi. Przeciwnie :) Marysia patrzyła na mnie podejrzliwie, gdy zanosiłam się ze śmiechu czytając historyjkę o ojcu kolegi Tomka - muzyku, najprawdopodobniej rockowym. Czytając drugą część płakałam ze śmiechu nad opowieścią o tym, jak dobrze jest mieć starszego brata.

Na Opowiadania dla przedszkolaków składa się 20 historyjek. O Czarnym lwie, który przychodzi do Tomka w czasie leżakowania, o szkolnym teatrzyku, o myszy Balbinie, o mieszkańcu jabłka, o Szarzydłach-straszydłach czy smokach rurowych....W portrecie "Portrecie Taty", dzieci mają za zadanie namalować w przedszkolu portret swojego ojca. Potem przy pomocy pani oprawią go w ramki i prezent będzie gotowy. Dzieci w skupieniu pracują, co jakiś czas oglądają swoje prace, komentują... Zaciekawienie wzbudził portret ojca Bartka, bo chłopiec namalował tacie długie włosy i kolczyk w uchu... Zaczyna się dyskusja, że może Bartek namalował przez pomyłkę mamę, bo tata nie może mieć takich włosów i kolczyka... Bartek jest na granicy łez, czuje się atakowany przez grupę, wyśmiewany... Pani opowiada dzieciom o jego tacie, który jest artysta, a artyści często ubierają się inaczej "Ale pamiętajcie, że jeśli ktoś wygląda lub ubiera się inaczej, to nie powód, żeby się z niego śmiać lub mu dokuczać" - pani funduje dzieciom pogadankę o tolerancji. Ostatecznie grupa zaprasza ojca Bartka do przedszkola, ten przynosi mnóstwo intrumentów i odbywa się wspaniała lekcja o sztuce i muzyce. Bartek puchnie z dumy. ... Zafascynowany ojcem kolegi Tomek wraca do domu.

(...)- Tata, czy ty potrafisz grać na jakimś instrumencie?
- Nie - odparł tata.
- A czy mógłbyś zapuścić sobie włosy, tak do ramion?
- Raczej nie chciałbym mieć takich długich włosów - odparł zdziwiony tata.
- A może chciałbyś chociaż mieć kolczyk w uchu? - zapytałem.
- Kolczyk? Nie, to chyba boli, gdy przebija się ucho. Nie chciałbym nosić kolczyka - stwierdził tata.
- No to szkoda, bo bez tego wszystkiego wyglądasz normalnie, a nie jak artysta - byłem wyraźnie rozczarowany. - A gdy przyjdziesz po mnie do przedszkola, mógłbyś założyć chociaż korale? - zapytałem z nadzieją w głosie - Mama ma takie ładne, różowe. (...)


Opowiadania z piaskownicy to historie, które wydarzyły się w zwyczajnych miejscach - w domu, w piaskownicy, na podwórku, w kinie, w windzie, u fryzjera, w tramwaju, sklepie czy przedszkolu. Też jest ich 20. Podobnie jak w "Opowiadaniach dla przedszkolaka" i tu mam ulubioną historię. Jej bohaterem jest Seba (czyli Sebastian), starszy brat Jaśka, kolegi Tomka. Tomek obserwując Sebę, odprowadzającego Jaśka do przedszkola, zaczyna marzyć o starszym bracie. Seba ma pod pachą deskorolkę (nie wypuszcza jej z rąk, więc Jasiek w szatni musi sobie radzić sam), czapkę z daszkiem, spodnie z krokiem w kolanach i słuchawki w uszach. W rytm muzyki podryguje wszędzie, nawet w przedszkolnej szatni - wygina się, trzęsie głową i przytupuje. Ach, jaki jest niesamowity! Jak inny od babć i mam, które w szatni uwijają się przy maluchach, całują, przytulają, ubierają i rzucają teksty: jak było kochanie?, wyspałeś się syneczku?, co było na obiadek?... Dookoła sterczą małe nóżki, na które babcie wpychają buty, a mamy poprawiają rozczochrane grzywki...I na to wszystko wjeżdża Seba na deskorolce i rzuca No jak młody, spoko? Zrozumiałe więc, że zazdrość Tomka jest wielka!


"Próbowałem namówić babcię, żeby zamiast "Tomeczku" mówiła do mnie "młody", a na pożegnanie zamiast całusa przybijała piątkę, ale nie chciała o tym słyszeć. Gdy raz zamiast "pa pa" powiedziałem moje ulubione "nara" babcia biegła za mną przez pół sali, żeby wyjaśnić o co mi chodziło.."


Co się działo dalej nie zdradzę, ale ubaw gwarantowany!


Uwielbiam! Marysia z Frankiem też wybuchają niekontrolowanym śmiechem słuchając tych zabawnych historyjek. A tu Renata Piątkowska zrobiła nam niespodziankę! Wydała trzeci tomik o Tomku, o czym dowiedziałam się dzisiaj, kiedy pojechałam kupić moim włóczykijom po książce w ramach prezentu na powrót - Marysi Pulpeta i Prudencję. Smocze Pogotowie Orzygodowe Joanny Olech, dla Franka wypatrzyłam właśnie świeżutkie jeszcze Piegowate opowiadania.
 
* Opowiadania dla przedszkolaków, ilustracje Iwona Cała, bis, Warszawa 2008,

* Opowiadania z piaskownicy, ilustracje Iwona Cała, bis, Warszawa 2007,

* Piegowate opowiadania, ilustracje Iwona Cała, bis, Warszawa 2010.

środa, 9 czerwca 2010

Księga dżungli, Rudyard Kipling, il. Józef wilkoń

Zdjęcie autografu Mistrza złożonego na Mariensztacie w cieplutkiej jeszcze Księdze Dżungli, dla Marysi i Franka.

Księga dżungli to jedna z moich ulubionych lektur w dzieciństwie. Tym bardziej cieszę się, że książka ta doczekała się nie tylko kolejnego wydania, ale TAKIEGO wydania, z nowym przekładem Andrzeja Polkowskiego i pięknymi ilustracjami Józefa Wilkonia.
Wilkoń jest dla mnie ilustratorem numer jeden, nazywanie go Księciem Polskiej Ilustracji jest w pełni uzasadnione. Po raz pierwszy zetknęłam się ze sztuką Wilkonia ... w lesie. A dokładnie w Lesie Bielańskim, dokąd chodziłam na spacery z córką, a potem i synkiem. Wiele razy moje dzieciaki kręciły się na oryginalnej karuzeli na tyłach Kościoła Kamedulskiego przy ul. Dewajtis. Oglądaliśmy metalowe ryby z ostrymi zębami, które przy każdym obrocie karuzeli cicho zgrzytały... Potem dowiedziałam się, że karuzela i ustawione na trawie rzeźby zwierząt są dziełem Józefa Wilkonia, rzeźbiarza i ilustratora, podobnie jak szopka noworoczna.
W maju odwiedzając Warszawskie Targi Książki całkiem przypadkiem natknęliśmy się na wystawę tego artysty i obok dobrze nam znanych rzeźb, mogliśmy poznać inne jego prace. Dzieci były zachwycone, ja też.

Teraz oglądamy Księgę dżungli, każda ilustracja to perełka - niby malowana od niechcenia, trochę niedbale, trochę topornie, ale przykuwająca uwagę. Zwierzęta - artysta kilkoma kreskami oddaje ich charakter, temperament, cechy fizyczne. A kolor.... Nie są to słodziutkie, cukierkowe zwierzaczki, ale zwierzęta dzikie, przed którymi można czuć respekt. Już nie mogę się doczekać, kiedy zaczniemy czytać książkę. My z Marysią będziemy miały okazję porównać stary przekład z tekstem Polkowskiego, Franek zapozna się z historią Mougliego pierwszy raz.



Księga Dżungli,
Rudyard Kipling,
przekład Andrzej Polkowski,
ilustracje Józef Wilkoń,
Wydawnictwo Media Rodzina, Poznań 2009.

Przepisy Tosi i Franka


Uwielbiam książki kulinarne, kupuję je, choć z wielu w ogóle nie korzystam, ograniczajac się jedynie do ogladania fotografi i czytania przepisów. Szczególnie cenię sobie książki o zdrowym żywieniu dzieci, jeszcze lepiej jak znajduję w nich przepisy do wspólnej z dziećmi pracy...

Książka Anny Kłosińskiej spełnia te zadania: są tu i zdrowe przepisy, i podział ról - co może w kuchni zrobić samo dziecko, a co z pomocą rodziców, i są krótkie historyjki z życia wzięte. Trochę skojarzyła mi się ta książka z Cecylką Knedelek, jednak w przeciwieństwie do Cecylki - brakuje tu poetyckich opisów i fantastycznych opowieści z życia bajkowych zwierzaków - mamy tu historię pewnej rodziny. Rodziny autorki książki.

Bohaterami są sześcioletnia Tosia, czteroletni Franek oraz mama, która jest dietetyczką i dba o zdrowie swoich dzieci, właściwie je odżywiając i ucząc zasad żywienia oraz tata, który jest przyrodnikiem. Jest jeszcze pies Pirat, towarzyszący dzieciom w domu i na dworze.
Znajdziemy tu krótkie opowiastki z rodzinnych wyjazdów do lasu, na łono natury (i piknikowe przepisy ), autorka podpowiada nam, co dzieci mogą zabierać na drugie śniadanie do szkoły, zamiast tradycyjnych bułek, i na wycieczki; dowiemy się, jakie menu jest najwłaściwsze, kiedy dziecko choruje; znajdziemy przepisy na święta i wspólne pieczenie, oraz na zwykłe codzienne obiady i kolacje.

Ogromnym plusem książki jest fakt, że nie ma tu wymyślnych dań, do przygotowania których trzeba specjalnie kupować odpowiednie składniki - wszystko przeważnie jest w domu. Menu proponowane przez Kłosińską jest proste, nie udziwnione, a do tego naprawdę zdrowe. Oparte na warzywach, orzechach, kaszach.... Zupy kremy, zapiekanki z kasz, przepyszne surówki i desery, a to wszystko z dużym zastrzykiem wiedzy, jak komponować, aby było nie tylko smacznie, ale i zdrowo.

Za przepisy piątka z plusem. Natomiast mniej przypadły mi do gustu historie codzienne bohaterów gotującej rodziny, którymi obudowane są przepisy. Są czasami nieco nudnawe ;), szczególnie dla dzieci, do których są kieorwane.

Kolejny plus za ilustracje Elżbiety Kidackiej!

Przepisy Tosi i Franka, czyli jedz zdrowo od najmłodszych lat,
Anna Kłosińska, 
Media Rodzina,
Warszawa 2009

***

Przepisy Anny Kłosińskiej znam z książki Zdrowa kuchnia dla dzieci (Oficyna Wydawnicza SPAR, Warszawa) wydanej chyba z 10 lat temu, potem wznawianej.

 Książka ta nie jest typowym poradnikiem dietetycznym ani książką kucharską, zawiera natomiast propozycje mogące uzupełnić wiedzę rodziców na tematy związane z żywieniem ich pociech. Przepisy kulinarne mogą stanowić uzupełnienie, czasem też być alternatywą wobec tradycyjnych potraw przyrządzanych naszym dzieciom. Autorka zdobyła moje serce obalając parę mitów m.in. pisząc o mięsie w menu dziecka (im mniej tym lepiej), wyższości jabłka nad bananem, o negatywnym wpływie mleka krowiego na zdrowie (gnije w jelitach, stąd może być przyczyną zmian zwyrodnieniowych, miażdżycy, odwapnienia kości!), zaletach jogurtu i kefiru, i złym cukrze, który obecnie dodawany jest niemal do wszystkiego i czyni spustoszenie w naszych organizmach i naszych dzieci.

Obydwie te książki powinny być obowiązkową lekturą rodziców, którym zależy na wyrobieniu w dzieciach właściwych nawyków żywieniowych i którym zależy na zdrowiu swoich podopiecznych, także makrobiotyków i osób na diecie wegetariańskiej. Polecam!

wtorek, 8 czerwca 2010

Kocie sprawki, Bożena Kaniewska-Pakuła, il. Anna Nowakowska


Są książki, które zawsze wywołują uśmiech na twarzy i które można czytać z dziećmi do znudzenia.
Dla mnie takie są Kocie sprawki, dla Franka i Marysi też. Bo autorce udało się uchwycić prawdziwe cechy kociej natury, które dla nas - miłośników kotów, mających koty w rodzinie, są bardzo czytelne, bo książka jest zabawna i ciekawa, bo ma piękne akwarelowe ilustracje....

Ta książka trafiła na naszą półkę dawno, bo niemal 10 lat temu! Kupiłam ją w księgarni przy pl. Bankowym i jadąc do domu, w tramwaju, przeczytałam całą, chichocząc pod nosem. Potem bardziej ją czytaliśmy sobie niż Mani (J. też Kocie sprawki mocno przypadły do gustu i są jedną z nielicznych książek, które autentycznie lubi dzieciom czytać), potem już Mani na jej życzenie, a potem Marysia troszkę podrosła i czytaliśmy ją Frankowi, i cóż... Muszę kupić drugi egzemplarz, bo nasz już rozsypuje się w rękach, a przecież trzeba będzie jeszcze zaprezentować Kacpra i spółkę chłopakom :)
Kocie sprawki to opowiastki o kotach łobuziakach, mocno uczłowieczonych ;), zamieszkujących na podmiejskim osiedlu domków z ogrodami. Tu "w ogrodach" tętni życie, między czworonogami zdarzają się kłótnie i awantury, miłości i radości. Koty dogryzają sobie, robią sobie psikusy, walczą na śmierć i życie, a tak naprawdę dnia nie potrafią bez siebie wytrzymać...

Głównym bohaterem jest Kacper, który był pierwszym kotem na osiedlu. Jego opiekunką jest Agnieszka. Kacper od pierwszych stron ma "na pieńku" z Balbinem, który był drugim kotem, który trafił na osiedle. Balbin to kawał łobuza, o czym świadczy już sam wygląd - rude zmierzwione futro, czapka z daszkiem finezyjnie ułożona daszkiem na bok, bandanka na szyi...Balbin uwielbia jeść, ma nadwagę i jest na diecie, tzn. jego pani go odchudza, a jak kocisko sobie z tym radzi...

Kolejnymi bohaterami są koty pana doktora: Buras i Felek, które niegdyś były kotami bezdomnymi, ale upatrzyły sobie weterynarza, którejś nocy wkradły podstępem do domu, ułożyły w nogach łóżka i ....już zostały.Mamy jeszcze Teofila - wystawowego i wymuskanego kota pani Malwiny, która nie wypuszcza go z domu, bojąc się o stan jego futra i życie (koty uporają się i z tym problemem), małego Kajtka, zadajacego tysiące pytań...

Czasem gościnnie pojawia się Julka, w której kochają się wszystkie koty i starają zaprezentować przed nią od jak najlepszej strony... Mnie osobiście ogromnie podoba się wątek ze starą myszą Babcią Pelagią, z którą niby koty wojują i próbują złapać, ale tak naprawdę....
Mnóstwo śmiechu, fajna treść, piękne ilustracje. Książka polecana od 3 do 8 roku życia.

A tak na marginesie: Balbin to wypisz wymaluj rudy Leon mojej siostry (zwany też Leośką), a Kacper - nasz Buruś nazywany Burczysławem;)))

Kocie sprawki,
Bożena Kaniewska-Pakuła,
il. Anna Nowakowska, Wydawnictwo Arkady, Warszawa.

Nasze czytanie....

Moje dzieciństwo kojarzy mi się ... z książkami. Codziennie Babcia czytała mi książeczki o zwierzątkach, bo tylko takich opowieści chciałam słuchać. Pamiętam wszystkie części Doktora Dolittle, zaśmiewanie się do łez przy przygodach Puca, Bursztyna i gości... Pamiętam wygląd okładek, i głos Babci, i to, że nigdy nie narzekała, że musi niektóre książki czytać wielokrotnie. I widzę siebie pochyloną nad kartką papieru, z dwoma warkoczykami, rysującą przy stole historię ze słuchanej właśnie lektury....

Pamiętam też Tatę, wracającego z pracy z kolejnymi nowościami wydawniczymi w torbie, wtedy spod lady, po znajomości dla polonisty (takie to były czasy!), mimo, że na regałach w domu nie było na nie już miejsca. Często przynosił też książki dla mnie, bez książki nie było prezentu. Pieczątką z moim imieniem i nazwiskiem, którą Tata wyciął mi z gumki myszki, na każdej książce stawiałam stempel z numerem – w zeszycie stworzyłam swoje małe archiwum.
Z tamtego okresu pozostała mi ogromna miłość do książek, nie tylko o zwierzątkach. Dzięki rodzicom nie wyobrażam sobie domu bez nich. Te ukochane książki są bezcenne. Pamiętam, jak na początku studiów w księgarni przy Krakowskim Przedmieściu zobaczyłam nowa książkę Marqueza. Wysupłałam na nią ostatnie pieniądze ze świadomością, że przez kilka dni czeka mnie naprawdę ostra dieta. Wybór zawsze był prosty – jedzenie czy książka, ciuch czy książka – zawsze wygrywała ta ostatnia.

Teraz nie kupuję tylu książek, ile bym chciała. Ale nie potrafię przejść obojętnie obok pozycji dla dzieci. Choćby stan konta nie był zadowalający – kilka razy w miesiącu wracam do domu z książkami dla M. i F. Wspólnego czytania na głos pilnujemy jak mycia zębów – robimy to od pierwszych miesięcy życia dzieci i bez względu na wszystko :)
Czasem kupuję książki na wyrost – wiedząc, że dzieciaki dorosną do nich (teraz z niecierpliwością czekam na czas książek dziewczęcych, czy M. zainteresuje Siesicka, Musierowicz, Chmielewska, ale i Niziurski, Bahdaj, Ożogowska itd.). Szukam lektur z mojego dzieciństwa, pozycji poleconych przez starsze koleżanki, sama uważnie oglądam nowości. Bo ważna jest nie tylko opowiadana historia, ale też styl, słownictwo (niestety, mamy zalew kiepsko napisanych czy byle jak przetłumaczonych książek) i oczywiście szata graficzna. Widząc nazwiska takich ilustratorów jak Wilkoń, Szancer, Butenko, Pokora - książkę kupuję w ciemno.

I chyba udało mi się zaszczepić miłość do czytania dzieciakom. M. nie zaśnie bez przeczytania choćby jednego rozdziału – teraz przeważnie czyta już sama, bywa, że też i F. F., choć jeszcze nie tak dawno nie lubił słuchać, teraz sam dopomina się o wieczorne chwile z książką. I niepostrzeżenie, raz na jakiś czas pytając, Jaka to literka? – nauczył się wszystkich liter i cyfr, prostsze wyrazy składa już bezbłędnie....

Książki.... można nie jechać, a dotrzeć, można nie przeżyć, a czuć. Są książki, które nigdy się nie nudzą. Mam prywatną listę książek, które towarzyszą nam w domu, które są ważne, albo śmieszne, które zostawiają ślad, nawet jeśli nie zawsze po latach chce się do nich wracać. I jeszcze jedno: nie lubię Kubusia Puchatka! Moje dzieci też!

poniedziałek, 7 czerwca 2010

Córka grabarza, Oates


Wiem, że żadna z książek Oates, których jeszcze nie czytałam, mnie nie rozczaruje. To świetna proza. Jednak nie zawsze mam dość siły, by wejść do świata przedstawianego przez tę znakomitą amerykańską pisarkę, od lat uważaną za czołową kandydatkę do literackiej Nagrody Nobla.

Kiedyś mogłam oglądać różne filmy, czytać różne książki. Od iluś tam lat, a dokładnie od czasu, kiedy zostałam mamą – nie mogę. Obrazy wojenne, dramaty, pełne bólu i cierpienia, szczególnie jeśli dotyczą dzieci, sprawiają mi fizyczny ból. Zapadają głęboko, by znienacka wypłynąć na powierzchnię. Nie pozwalają zasnąć, albo dręczą w ciągu dnia tak, jakbym sama to przeżyła, na własnej skórze doświadczyła, czy dotknęły moich bliskich.
Dlatego najchętniej oglądam komedie romantyczne i lekkie filmy obyczajowe. Z książkami jest trochę inaczej, bo jednak je czytam, ale nie co tydzień. Tak jest w przypadku pani Oates. Czytam, jednak nim zacznę - nastrajam się psychicznie, przymierzam, czekam na moment, kiedy wydaje mi się, że mam w sobie dość siły, by się z tym bólem, nieszczęściem zmierzyć.

Córka grabarza to epicka powieść o losach rodziny Schwartów, żydowskich emigrantów, którzy uciekli w 1936 roku z nazistowskich Niemiec do Stanów Zjednoczonych. Ojciec rodziny to nauczyciel szkoły średniej, który na emigracji dostaje posadę dozorcy cmentarza i grabarza.
Choć bardzo się stara, na nic innego nie może liczyć, jest tym gorszym, człowiekiem drugiej kategorii. Schwartowie są wyalienowani, nigdy nie zaadoptowali się w nowym miejscu, nigdy nie zostali przez lokalną społeczność zaakceptowani. Jakub czuje się upokorzony, sponiewierany, co sprawia, że staje się innym człowiekiem. Coś w nim pęka, coś zostaje zdeptane i zniszczone. Jak łatwo się domyślać to rozczarowanie, zagubienie, zgorzknienie odbija się na żonie i dzieciach. Ojciec rodziny zamienia się w sadystę, dręczącego wszystkich jej członków, stosującego całą gamę kar za drobne i większe przewinienia, za objawy normalności, radości.... Degeneracja, smród, upodlenie, upadek rodziny, na koniec ogromna tragedia. I w tym wszystkim mała Rebeka, która przyszła na świat w dramatycznych okolicznościach ostatniego dnia podróży, na statku, ale już w Ameryce.
Urodziłaś się tutaj, nic ci nie zrobią jak mantrę powtarza jej ojciec. Rzeczywiście , Rebeka jako jedyna z rodziny przetrwała (jeden z jej braci stał się przestępcą, drugi uciekł) – psychicznie i fizycznie - najpierw piekło dzieciństwa, potem małżeństwa, w które weszła z miłością i nadzieją na lepsze życie. A później znalazła w sobie siłę, by uciec - po kolejnym pobiciu przez brutalnego męża - Tingora, z którego ledwie uszła z synkiem z życiem. Znalazła w sobie nie spryt, ale i odwagę, by żyć w drodze, lawirować, przenosić się z hotelu do hotelu, z miasteczka do miasteczka, stanu do stanu... byle dalej od szukającego ją męża i przeszłości.
Nie będę streszczać książki, która nasycona jest zdarzeniami i emocjami. Dużo tu bólu, cierpienia, samotności. Całe 571 stron. Czas dzieciństwa, małżeństwa - te rozdziały czyta się ze ściśniętym sercem. Ale potem można złapać oddech, bo następuje tu spełnienie amerykańskiego snu. Ale nie do końca. Rebeka uciekła, stała się kimś innym. Jednak przeszłości nie da się wymazać, mimo starań i chęci, nie można stworzyć siebie od nowa. To walka o przetrwanie i własną tożsamość.
Książka świetnie napisana, doskonale przemyślana, pełna napięcia. Mistrzostwo słowa. I choć boli, uwiera - warto.

Joyce Carol Oates, Córka grabarza, Dom wydawniczy Rebis, Poznań 2007.

niedziela, 6 czerwca 2010

ChWilki dla Emilki, Joanna Papuzińska


Chwilki dla Emilki to kolejna, po Pamiętniku Czarnego Noska nasza ulubiona lektura Joanny Papuzińskiej. A raczej Pani Profesor, bo autorka tych książek jest profesorem na Uniwersytecie Warszawskim, a także krytykiem literackim.

Chwilki dla Emilki to zbiór limeryków, tu wyjaśnienie (z książki Chwilki dla Emilki):

Epilog
Limeryki to umysłu wybryki,
które sobie z wszelkiej kpią logiki.
Rymują się AABeBeA,
więc się teraz sami weźcie do dzieła
dziewczynki i chłopczyki.
Bo nie musisz być Szopen Fryderyk
żeby zgrabny ułożyć limeryk!

Zaśmiewamy się czytając limeryk nr 3:

Pewna kotka z Przasnysza
cały dzień udawała Małysza
gdy ją pani spędzała z kredensu
wyjaśniając, że to bez sensu,
kicia rzekła:
wiem, lecz to mnie wycisza!

czy limeryk nr 10:

Pewien owczarek w Kutnie
całkiem nieźle malował na płótnie.
Niestety!gdy już zużył
obrusów zapas duży,
pan postraszył go, że ogon utnie.

Franek jest zachwycony! Od soboty czytamy w kółko nowe wierszyki Strzałkowskiej i Chwilki dla Emilki. Jak tak dalej pójdzie, niebawem sami zaczniemy rymować :)

Chwilki dla Emilki,
Joanna Papuzińska,
Wydawnictwo Literatura,
Łódź 2004.
Opracowanie typograficzne i ilustracje Bohdan Butenko.

Nocna wyprawa, Bohdan Butenko



Tajemnicza Nocna wyprawa przyciąga wzrok, bo wyróżnia się szatą graficzną – cała jest czarna, nie tylko na zewnątrz, czarna jest każda kolejna strona. To budzi zainteresowanie i ciekawość. Na czarnym tle - starszym czytelnikom świetnie znane, bo charakterystyczne dla Bohdana Butenki, jednego z lepszych polskich ilustratorów - rysunki.



Nie tylko rysunki są interesujące, także historyjka chłopca, który nie może zasnąć i nagle w nocy do jego uszu dociera czyjaś rozmowa... Z ciekawością, ale i strachem przegląda dosłownie każdy kąt w mieszkaniu w poszukiwaniu rozmówców, ale w domu, poza nim i babcią, nie ma nikogo. Tajemnicze głosy, piskliwy i gruby, należą do... stołu i krzesła.

Po zdziwionych achach i ochach i wymianie uprzejmości, wspólnie dochodzą do wniosku, że się nudzą i chcieliby się w coś zabawić! Stół wpada na pomysł, że mogliby odwiedzić swoją rodzinę.... czyli wrócić do korzeni. Pod drzwi cichutko podjechała niebieska lokomotywa, która okazała się być lokomotywą zmyłkową, a za nią ustawiła się ta właściwa, która miała zawieźć ich do celu... czyli lasu, wejścia do którego strzegł siedzący za biurkiem mały człowieczek w niesłychanie wysokim kapeluszu.

W opowieści pojawia się też potężny mężczyzna z wąsami – Najgłówniejszy Strażnik Lasu, Pan Kot i Sowy, z oczami okrągłymi jak talerze.... Chłopiec po tajemniczej wyprawie i dziwnych nocnych przeżyciach budzi się w swoim łóżku....

"Stół i Krzesło znów były na swoich miejscach (korniki chyba też). Chciałem spytać, czy zdążyły odwiedzić krewnych, ale po chwili namysłu dałem spokój. W końcu sa na świecie takie sprawy, o które lepiej nie pytać".

Opowieść ta szczególnie przypadła do gustu Frankowi, który lubi abstrakcyjne historie, pełne dziwnych zwrotów akcji i niespodziewanych wydarzeń. Jak często bywa z jego ulubionymi książeczkami – czytaliśmy ją w kółko przez wiele wieczorów i z dużą ciekawością - w kółko oglądaliśmy ilustracje.



Nocna wyprawa,
Bohdan Butenko
(tekst i opracowanie graficzne),
Wydawnictwo Świat Książki,
Warszawa 2006.

piątek, 4 czerwca 2010

...

stoję w przedsionku
końca i nie wierzę, że to
już jest tylko strach
i że każda sekunda
to zakończenie
klamra zamykająca
jasność i ciemność
/1989/

wtorek, 1 czerwca 2010

Pamiętnik Czarnego Noska, Janina Porazińska


Książka o Czarnym Nosku zwróciła moją uwagę, gdy wychodziliśmy już z księgarni w K.. Leżała obok kubka z ciepłą jeszcze herbatą i okularów, na stoliku, przy którym lubi siadywać sprzedawczyni (oczywiście, gdy nie ma ruchu), między ladą a wyjściem. Otwarta na jednej ze stron ze ślicznymi ilustracjami Elżbiety Wasiuczyńskiej. Wychodziłam już z Frankiem, i mój wzrok padła właśnie tam. Podeszłam, zerknęłam, wzięłam do rąk, przejrzałam....Nie było tej książki na regale, na pewno bym ją wypatrzyła. Okazało się, że był to jedyny egzemplarz, niby nie na sprzedaż, ale właścicielka księgarni dobrodusznie stwierdziła, że zamówi sobie drugi.

Przede wszystkim książka jest pięknie wydana, stanowi jedną z części serii Lektury Mojej Babci.

To opowieść o misiu, który po wielu ciekawych i czasem strasznych przygodach trafił do redakcji Słonka (pisemka dla dzieci, ukazującego się przed wojną od roku 1934 do września 1939 roku, którym zajmował się m.in. prof. Józef Włodarski, pisarka Janina Porazińska i malarz Michał Bylina), w której to zajmował się odpowiadaniem na listy małych czytelników...

Troszkę historii, troszkę dydaktyzmu, ale przede wszystkim piękna i ciepła opowieść o Czarnym Nosku i jego opiekunce Małgosi, która wypatrzyła go na sklepowej półce i pokochała od pierwszej chwili. Czarny Nosek towarzyszy dziewczynce w różnych sytuacjach, czasem się gubi i ma kłopoty, czasem poznaje nowych ludzi i zwierzęta, ale na szczęście zawsze - wcześniej czy później - trafia w czułe objęcia swojej pani. Poznaje wieś, poznaje góry...

Małgosia, kiedy już dorasta, ma dużo nauki w szkole i coraz mniej czasu dla misia, postanawia odnieść go do redakcji , gdzie "będzie miał dużo milsze życie niż u nas. Przecież tutaj ciągle siedzi sam i nudzi się. A tam dzieci będą go odwiedzały, "Słonko" będzie o nim pisało".

Pamiętnik Czarnego Noska przypadł do gustu nie tylko Frankowi, chętnie słuchała misiowych wspomnień także Marysia. Słuchała, a także sama podczytywała.

Jednak mówiąc o książce nie można nie wspomnieć o ilustracjach wspaniałej Elżbiety Wasiuczyńskiej. Ciepłe, radosne, takie puchate, do przytulenia! Nie znam dziecka, które nie pokochałoby ich od pierwszego spojrzenia.

Pamiętnik Czarnego Noska,
Joanna Porazińska,
Elżbieta Wasiuczyńska,
Book House sp. z o.o, 2009
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...