O książkach i grach, które nam się podobają, ciekawych miejscach, w których byliśmy i o wydarzeniach, w których uczestniczyliśmy. A także o paru innych rzeczach...

wtorek, 8 czerwca 2010

Nasze czytanie....

Moje dzieciństwo kojarzy mi się ... z książkami. Codziennie Babcia czytała mi książeczki o zwierzątkach, bo tylko takich opowieści chciałam słuchać. Pamiętam wszystkie części "Doktora Dolittle", zaśmiewanie się do łez przy przygodach "Puca, Bursztyna i gości"... Pamiętam wygląd okładek, i głos Babci, i to, że nigdy nie narzekała, że musi niektóre książki czytać wielokrotnie. I widzę siebie pochyloną nad kartką papieru, z dwoma warkoczykami, rysującą przy stole historię ze słuchanej właśnie lektury....

Pamiętam też Tatę, wracającego z pracy z kolejnymi nowościami wydawniczymi w torbie, wtedy spod lady, po znajomości dla polonisty (takie to były czasy!), mimo, że na regałach w domu nie było na nie już miejsca. Często przynosił też książki dla mnie, bez książki nie było prezentu. Pieczątką z moim imieniem i nazwiskiem, którą Tata wyciął mi z gumki myszki, na każdej książce stawiałam stempel z numerem – w zeszycie stworzyłam swoje małe archiwum.

Z tamtego okresu pozostała mi ogromna miłość do książek, nie tylko o zwierzątkach. Dzięki rodzicom nie wyobrażam sobie domu bez nich. Te ukochane książki są bezcenne. Pamiętam, jak na początku studiów w księgarni przy Krakowskim Przedmieściu zobaczyłam nowa książkę Marqueza. Wysupłałam na nią ostatnie pieniądze ze świadomością, że przez kilka dni czeka mnie naprawdę ostra dieta. Wybór zawsze był prosty – jedzenie czy książka, ciuch czy książka – zawsze wygrywała ta ostatnia.

Teraz nie kupuję tylu książek, ile bym chciała. Ale nie potrafię przejść obojętnie obok pozycji dla dzieci. Choćby stan konta nie był zadowalający – kilka razy w miesiącu wracam do domu z książkami dla M. i F. Wspólnego czytania na głos pilnujemy jak mycia zębów – robimy to od pierwszych miesięcy życia dzieci i bez względu na wszystko :)
Czasem kupuję książki na wyrost – wiedząc, że dzieciaki dorosną do nich (teraz z niecierpliwością czekam na czas książek dziewczęcych, czy M. zainteresuje Siesicka, Musierowicz, Chmielewska, ale i Niziurski, Bahdaj, Ożogowska itd.). Szukam lektur z mojego dzieciństwa, pozycji poleconych przez starsze koleżanki, sama uważnie oglądam nowości. Bo ważna jest nie tylko opowiadana historia, ale też styl, słownictwo (niestety, mamy zalew kiepsko napisanych czy byle jak przetłumaczonych książek) i oczywiście szata graficzna. Widząc nazwiska takich ilustratorów jak Wilkoń, Szancer, Butenko, Pokora - książkę kupuję w ciemno.

I chyba udało mi się zaszczepić miłość do czytania dzieciakom. M. nie zaśnie bez przeczytania choćby jednego rozdziału – teraz przeważnie czyta już sama, bywa, że też i F. F., choć jeszcze nie tak dawno nie lubił słuchać, teraz sam dopomina się o wieczorne chwile z książką. I niepostrzeżenie, raz na jakiś czas pytając, Jaka to literka? – nauczył się wszystkich liter i cyfr, prostsze wyrazy składa już bezbłędnie....

Książki.... można nie jechać, a dotrzeć, można nie przeżyć, a czuć. Są książki, które nigdy się nie nudzą. Mam prywatną listę książek, które towarzyszą nam w domu, które są ważne, albo śmieszne, które zostawiają ślad, nawet jeśli nie zawsze po latach chce się do nich wracać. I jeszcze jedno: nie lubię Kubusia Puchatka! Moje dzieci też.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...