Blog o pięknych i mądrych książkach dla dzieci.

O książkach i grach, które nam się podobają, ciekawych miejscach, w których byliśmy i o wydarzeniach, w których uczestniczyliśmy. A także o paru innych rzeczach...

piątek, 31 grudnia 2010

Nie wiem kto!

Płyta z piosenkami zespołu Nie wiem kto znalazła się u nas pod choinką. I od razu stała się naszym domowym hitem. Choć pierwotnie przeznaczona była dla maluchów, którzy ostatnimi czasy są mocno roztańczeni i rozsłuchani (starsi z rodzicami na czele mają już dosyć przebojów typu "My jesteśmy krasnoludki"), szybko podbiła serca starszaków czyli Marysi i Franka, no i ... moje. "Szybko, szybko" budzi nas rano i towarzyszy z pozostałymi utworami niemal przez cały dzień.
O tekstach nie ma co pisać, bo są świetne i inne nie mogą być skoro to wiersze Danuty Wawiłow, Juliana Tuwima, Jana  Brzechwy.
Muzyka jest iście rock'n'rollowa, żywa i szybko wpadająca w ucho, po pierwszych taktach chce się tańczyć i śpiewać (autorstwa Przemka Momota, Radosława Łukasiewicza i Barbary Wrońskiej). A dzieciaki śpiewające (w wieku od 3 do 257 lat :)) radzą sobie świetnie, jest śpiew, recytacja i luźne zdania wypowiadane przez najmłodszych.

Dla nas bomba! Zdecydowanie polecamy!



Franek włącza sobie ulubione piosenki m.in. "Jak tu ciemno" i z książeczką w ręku uczy się tekstu , Marysia śpiewa i tańczy, a maluchy bujają się na boki i śmieją się do rozpuku. Jest wesoło!

Spis piosenek:
1. Szybko, 2. Siedmiomilowe buty, 3. Nie wiem kto, 4. Zapach czekolady, 5. Jak ja się nazywam, 6. Kałużyści, 7. Jak tu ciemno, 8. Samochwała, 9. Leń, 10. Pożałuj mnie, 11. Cuda i dziwy.

www.niewiemkto.pl, EMI Music Poland




Kosmita, Roksana Jędrzejewska-Wróbel, il. Jona Jung



Kosmita mnie zachwycił. Mało tego, zachwycił też Franka, który codziennie pilnował, żebyśmy czytali dalej właśnie tę książkę. Do ostatniej strony. A trzeba wiedzieć, że jak Frankowi coś się nie spodoba, jak się uprze, że tego nie i już!, to nie ma mocnych...

Kosmita przedstawia historię pewnej rodziny, opowiadaną z pozycji dziecka - Oli, która zostaje siostrą. Długo oczekiwany brat jednak jest dziwny. Ola obserwuje go i dochodzi do wniosku, że to nie zwykłe dziecko, tylko Kosmita. Bo jest inny, jakiś zepsuty.


Kacper jest dzieckiem do którego trzeba się dostosować, wymaga tego od otoczenia niewiele dając w zamian (czy rzeczywiście?). Olę drażni, bo krzyczy i wrzeszczy, bo biega nago po domu (jak zaprosić koleżankę?), bo ciągle nosi kominiarkę i nie rozstaje się z metalową łyżką, bo zawija się w kocyk jak naleśnik, bo boi się różnych dźwięków, bo jej w ogóle nie zauważa, a ona tak cieszyła się na zabawy z bratem, no i że rodzice mają dla niej coraz mniej czasu i są zmęczeni i smutni...
Dziewczynka widząc inność Kacpra, wymyśliła sobie, że jest on Kosmitą. Po badaniach i wielu wizytach u specjalistów okazało się,  że przypadek Kacpra można zdiagnozować - chłopiec jest dzieckiem autystycznym.
Przełomem dla całej rodziny jest pojawienie się pana Marka, terapeuty, który uczy Kacpra wyrażać swoje uczucia, emocje, i rodzinę - słuchać go i odczytywać jego potrzeby. Po pewnym czasie w rodzinie dużo się zmienia, rodzice mają czas dla Oli, a Ola dostrzega, że z Kacprem można się bawić...Rodzina próbuje poznać świat widziany przez Kacpra. Ola uczy się akceptować jego dziwactwa i odkrywa, że brat choć jest inny od braci koleżanek, to jest fajny. I że go kocha takim jaki jest, bo to jej brat!
W książce przedstawiony jest też punkt widzenia Kacpra, który pisze listy do Anioła Stróża.

Świetne ilustracje, świetny tekst, polecam! Obowiązkowa lektura dla rodzeństwa dzieci autystycznych i ich bliskich - autorka nim napisała tę książkę odbyła wiele spotkań i rozmów z rodzinami małych autystyków.


Kosmita,
Roksana Jędrzejewska-Wróbel,
ilustracje Jona Jung,Wydawnictwo ING Bank Śląski,
2008.

wtorek, 28 grudnia 2010

Książka o smutku, Michael Rosen


Rzadko jadę do biblioteki z listą książek, które chciałabym wypożyczyć. Przeważnie wpadam i z zegarkiem w ręku rzucam się na półki. Śpieszę się, bo bliziutko w przedszkolu czeka Franek. A przynajmniej mnie się wydaje, że czeka, bo kiedy po niego przychodzę z rozbrajającym uśmiechem informuje, że chciałby zostać dłużej, bo właśnie fajnie się z kolegami bawili...

Tym razem też wpadłam jak po ogień. Książka o smutku - zaintrygował mnie tytuł, nawet jej nie przekartkowałam. Dopiero któregoś wieczoru, szukając kolejnej książki do czytania odkryliśmy, że tej jeszcze nie przeczytaliśmy...


Ta książka otula smutkiem. Boli. A z drugiej strony oswaja smutek i lęk. Człowiek, który ją napisał, stracił syna, umarła mu też matka. Tęskni i wspomina. Cierpi.


Nie ma chwili, by o tym nie myślał, by nie wracał wspomnieniami do minionych wydarzeń. Do ukochanych ludzi, którzy tak nieodwołalnie odeszli. Nie może się z tym pogodzić. Złości się i wścieka, krzyczy, wali łyżką w stół, jest niemiły dla otaczających go ludzi albo robi rzeczy, których się wstydzi.


Ma w sobie morze smutku i bólu. Chwilami chce zniknąć, nie być, rozpłynąć się w powietrzu. Jest zrozpaczony. Smutek zatyka mu usta, zapada w uszy, smutek uwił sobie gniazdo w jego duszy... Próbuje zmuszać się do czynności, które odciągną jego myśli od bolących go wspomnień, próbuje zagłuszyć żal. Szuka pomocy i rozmówców, z którymi może porozmawiać o swoich bliskich i swoim smutku, wynajduje okruchy codziennych wydarzeń, z których może być dumny, próbuje czymś zająć myśli i ręce.


Pisze o smutku:

Smutek jest miejscem
głębokim i ciemnym
jak szczelina pod łóżkiem


Smutek jest miejscem
strzelistym i jasnym
jak niebo
nad moja głową


Kiedy jest głęboki i ciemny
nie idę do tego miejsca - nie mam odwagi


Kiedy jest strzelisty i jasny
chcę być lekkim powietrzem.




To książka dla dzieci, ale i dorosłych dzieciom czytających. Mało słów, ale każde przejmuje. To bardzo smutna książka. Ale przecież każdy z nas czasem zmaga się z bólem duszy. Dzieci też mają swoje smutki, czasem małe, a czasem całkiem duże. O smutku też trzeba rozmawiać.



Tekst: Michael Rosen
Ilustracje: Quentin Blake
Wydawnictwo Egmont, 
Warszawa 2005


poniedziałek, 20 grudnia 2010

niedziela, 19 grudnia 2010

Bajki - zasypianki Pawła Księżyka


Mój blog otrzymał nagrodę od autora strony Bajki zasypianki za propagowanie bajek-zasypianek (na stronie klik, klik ). Nagroda właśnie do nas dotarła, a właściwie jego cześć. Bo Pan Paweł postanowił jeszcze napisać bajkę specjalnie dla mojego Franka :)

Historie z życia Jeżyka Cypriana to ciepłe opowieści o grupie przyjaciół, mieszkańców lasu. Poszukiwanie skarbu, leśny bal, pierwszy dzień jesieni i budowanie zaczarowanego pudełka-telewizora, w którym nasi mali bohaterowie będą występować... Bajeczki czyta się z przyjemnością i uśmiechem. I nie wiem, czy to przypadek, ale mój Franek w czasie jednej z zasypianek rzeczywiście usnął, choć zazwyczaj domaga się czytania dwóch książeczek :)

Panie Pawle dziękujemy!

Bajki-zasypianki. Jeżyka Cypriana opowieści na dobranoc, Paweł Księżyk,
ilustracje: Suren Vardanian, 
Wydawnictwo Pascal sp. z o.o, Bielsko-Biała 2010

środa, 15 grudnia 2010

Akademia Pana Kleksa, audiobook



Witajcie w naszej bajce...
Dawno, dawno temu, kiedy byłam dziewięcioletnią dziewczynką poszłam do kina na Akademię Pana Kleksa. Nie pamiętam, czy czytałam wcześniej książkę (a raczej, czy mi ją rodzice albo babcia czytali), to nie ważne. Bo film mnie oczarował,i pochłonął. Przez te dwie godziny byłam w innym świecie. Nudna codzienność zniknęła. Piosenki, tempo akcji, dekoracje, aktorzy - wszystko wydawało mi się idealne i wspaniałe. W kinie byłam z Tatą, i zupełnie niezrozumiałe było dla mnie jego zachowanie... po kilkunastu minutach seansu, z fotela obok dobiegło mnie cichutkie pochrapywanie. Tata najzwyczajniej w świecie zasnął :)

Teraz w rękach trzymam cieplutkiego jeszcze audiobooka Akadamia Pana Kleksa Jana Brzechwy. Książkę czyta Piotr Fronczewski. Słuchamy jej z dziećmi z ogromną przyjemnością!

Dziesięcioletni Adaś Niezgódka rozpoczyna właśnie przedziwną naukę w Akademii Pana Kleksa, który poza tym, że jest nauczycielem, jest także czarodziejem i poszukiwaczem przygód. W Akademii uczą się tylko chłopcy, których imiona zaczynają się na literę A. Adaś poznaje tajemniczego ptaka Mateusza, który kiedyś był księciem, znajduje tajemniczy guzik doktora Paj-Chi-Wo oraz poznaje tajemniczego fryzjera Filipa Golarza, który – by zniszczyć Akademię – przysyła do niej fałszywego chłopca-robota.

Akademia Pana Kleksa Jana Brzechwy,
czyta Piotr Fronczewski,
kolekcja dla dzieci,
Biblioteka Akustyczna,
www.bibliotekaakustyczna.pl
grudzień 2010

niedziela, 12 grudnia 2010

Stara, dobra lokomotywa, Walther Petri


W pewnym momencie przychodzi czas, że trzeba odpuścić. Z czegoś zrezygnować, z czymś dać sobie spokój. Na coś robi się za późno... Nasza lokomotywa, choć jest już stara, nie chce przestać mknąć po torach. Chce zatrzymać czas i ciągle być dobrą i szybką maszyną. Kiedy słyszy, jak ktoś mówi o niej "babcia" zżyma się i wzdycha, albo daje tyle pary, że maszyniście panu Peronowskiemu wypada ze strachu fajeczka z ust... Na nic jego tłumaczenia, że nie będzie tak źle. Lokomotywa wie swoje i panicznie boi się, że może pójść na złom.


Czasem jest tak, że boimy się tego, czego nie znamy. Albo mamy wyobrażenie tego, co nas spotka, które nas paraliżuje i przeraża. Tymczasem ...


Lokomotywa, choć jest tylko lokomotywą, ma swoje imię - Joanna, i żyje w dobrej komitywie z maszynistą. Mają swój język i kod. W czasie długich podróży rozmawiają ze sobą i opowiadają ciekawe historie..


Aż wreszcie nadszedł ten dzień, dzień, którego tak bardzo obawiała się Joanna. 

- Ciesz się, Joanno. Dzisiaj już po raz ostatni wieziesz do Berlina węgiel i skrzynie. Wkrótce będziesz miała wspaniałe wakacje.
Ale ta wiadomość wcale nie ucieszyła Joanny, wprost przeciwnie. Syknęła cicho:
- Ssssss.... sssss.... sssss - a to znaczyło: wakacje dla lokomotywy to koniec jej życia, to złom... to śmiertelny grom!

Jednak Joanna jeszcze nie wie, że jej strach jest niepotrzebny, bo w Berlinie czeka na nią prawdziwa niespodzianka ...


Girlandy kwiatów z okazji urodzin i jubileuszu, bo jest najstarszą i najlepszą lokomotywą i zupełnie ciekawa emerytura na peronie 7a czyli w szkole dla maszynistów. Nasza Joanna jest naprawdę zadowolona, tym bardziej, że po renowacji pracuje tu dzień w dzień.

Od tej chwili, każdego dnia, młodzi ludzie wdrapywali się do kabiny maszynisty, a kolejarz objaśniał im, do czego służą różne dźwignie i kółka. Kiedy już wszystko było jasne, Joanna mogła jechać. Teraz nie czuła się jak skrzynia złomu na kółkach, której wszyscy chcieli się pozbyć.


Bywało, że spotykała znajome lokomotywy, ach, cóż to była za radość! A wieczorami, kiedy uczniowie już spali lokomotywy pociągów towarowych gawędziły sobie w ciemnej hali. Snuły opowieści o różnych przygodach, jakie przydarzyły im się na kolejowych szlakach z jednego do drugiego miasta...

Joanna była zadowolona, choć kiedy któregoś dnia odwiedził ja jej dobry znajomy pan Peronowski, poskarżyła mu się, że nauczyciel rozpoczyna wykłady od słów "Oto nasza kochana dobra, stara lokomotywa". Niezadowolona była z określania "stara"...

Stara, dobra lokomotywa Waltera Petriego została wydana w 1978 roku. Mimo tego, że jest to książka sprzed trzydziestu lat - bardzo spodobała się Frankowi. Czytaliśmy ją na jego życzenie kilka razy. Franek uważnie oglądał obrazki, na których lokomotywa choć wiekowa, prezentuje się doprawdy wspaniale!
Lektura nie tylko dla młodych mężczyzn, choć niewątpliwie w połączeniu z rysunkami bardziej trafia do chłopaków ;) Mojemu pięciolatkowi bardzo spodobało się kolejowe nazewnictwo; te semafory, składy, dźwignie, bufory, parowozownie...

Stara, dobra lokomotywa,
Walther Petri, 
il. Anna Stylo-Ginter, Instytut Wydawniczy "Nasza Księgarnia", Warszawa 1986 rok.

piątek, 10 grudnia 2010

Szkolne spotkanie z Anną Onichimowską



Dzieci, które wyraziły chęć, mogły przyjść na spotkanie z autorką Anną Onichimowską, które odbyło się dzisiaj w Marysi szkole. Oczywiście Marysia zgłosiła się. I poszła z książkami do podpisu, uzbrojona w aparat fotograficzny (ostatecznie zdjęcia nie zrobiła, bo nie było czasu!).


Pani Anna jest fajna, opowiadała nam o swoich książkach i podróżach, bo lubi podróżować i była w wielu ciekawych miejscach. Jej ulubionym krajem jest Grecja. Mówiła nam o jej kocie Miśku, który już nie żyje, a ważył 8.5 kg! I to on jest tym Miśkiem z Wieczorynek! - tyle mniej więcej się dowiedziałam o spotkaniu z autorką :)

Jako przykładna siostra, poza autografem dla siebie, poprosiła o podpisy i dla braci :)

czwartek, 9 grudnia 2010

O zimie, G.K. Naslund.Kristina Digman


Pewnego dnia, gdy się budzisz,

ziemia jest zupełnie biała.

Nie ma trawy.

Nie ma piaskownicy.

Łopatki też nie widać.

Wtedy już wiesz, że jest zima.

Bo to białe to śnieg,

a śnieg mamy tylko w zimie.


Tak zaczyna się poetyckie kompendium wiedzy o zimie autorki G.K. Naslund i ilustratorki Didman, wydane przez Zakamarki. To opowieść o tym, co przynosi ta pora roku, o ptakach odlatujących do ciepłych krajów i tych, które zostają i szukają jedzenia, o śniegu - jak wygląda, kiedy spada z nieba i kiedy leży na ziemi. Co można z nim zrobić i o tym, jak zachowuje się w domu - przemienia się w wodę i co dzieje się z wodą na mrozie...
O tym, co dzieci mogą robić zimą na dworze, lepić bałwany i różne inne figurki, zjeżdżać na sankach, nartach.. O śnieżycach i krótkim dniu, o lodzie i skrzypiących dźwiękach wydawanych przez śnieg pod butami...  I o tym, że po zimie zawsze przychodzi wiosna.

Miło się czyta, a jeszcze przyjemniej ogląda piękne ilustracje. Przyznam, że nie przypuszczałam, że ta książka zainteresuje Franka (nie ma w niej klasycznej akcji ani dialogów), ale myliłam się. Piątka z plusem za ilustracje! I dla wydawnictwa, które kolejny raz potwierdziło swoją renomę.



O zimie

Gorel Kristina Naslund
il.  Kristina Digman,
Zakamarki 2008






wtorek, 7 grudnia 2010

Boże Narodzenie w Bullerbyn, Astrid Lingren


Nagle z miłej jesieni wskoczyliśmy w żelazny uścisk zimy. Aura za oknem i zbliżające się święta zdecydowanie wpływają na dobór naszych lektur. Ostatnio królowało u nas Boże Narodzenie w Bullerbyn Astrid Lingren z il. Wiklanda

W dzieciństwie "Dzieci z Bullerbyn" nie należały do moich ulubionych książek, jednak teraz, po latach miło mi się do nich wraca. Z przyjemnością czytam je Frankowi i pewnie za jakiś czas bliźniakom. Marysia przeczytała, jednak stwierdziła, że trochę to nudne było. Mnie urzeka ciepła atmosfera, życzliwe relacje między dziećmi i dorosłymi, i oczywiście sielskość i spokój Bullerbyn, który trudno odnaleźć w dużym mieście.

"Boże Narodzenie w Bullerbyn" wprowadza nas w czas przygotowań przedświątecznych, w atmosferę i urok tych dni. Zapach pierniczków, robienie ozdób, wspólne ścinanie i ubieranie choinki, pomaganie rodzicom i osobom starszym i samotnym, a wszystko to w atmosferze miłości i radości.

Kolędowanie przed każdym domem dzień przed Wigilią i składanie sobie świątecznych życzeń, ciepło ognia płonącego w kominku i zapach czerwonych jabłuszek...
Wigilia w odświętnych strojach przy stole oświetlonym świecami i suto zastawionym własnoręcznie zrobionymi przysmakami. Czytanie przez ojca opowieści o malutkim Jezusiku w żłobku i rodzinne śpiewanie Cichej nocy.
A potem przyjazd Świętego Mikołaja najprawdziwszymi saniami, do tego pełnymi prezentów! A po rozpakowywaniu podarków jazda do kościoła saniami z pochodniami! Bajka!
Dla nas, mieszkańców strzeżonych osiedli i bloków, nie znających sąsiadów z klatek obok - to brzmi jak abstrakcja. Ale grzeje serce!

Boże Narodzenie w Bullerbyn
Astrid Lingren
il. Ilon Wikland,
Zakamarki, 2007.









sobota, 4 grudnia 2010

Pan Soczewka na dnie oceanu, Jan Brzechwa


Brzechwa to klasyka. Ale wstyd powiedzieć, Pana Soczewki nie znałam! Franek również, więc z przyjemnością on słuchał, a ja czytałam. Sporo czasu poświęciliśmy też na oglądanie pięknych ilustracji Szancera.
Pan Soczewka na dnie oceanu to historia o filmowcu, zdobywcy Złotych Palm i innych nagród za filmy kręcone w puszczy, w kropli wody, na księżycu i innych niesamowitych miejscach, który postanowił znowu zaskoczyć czymś swoich wielbicieli.

Rzekł pan Soczewka: "Nie dbam o sławę, 
wiem tylko jedno: muszę niebawem
Znów stworzyć takie filmowe dzieło,
Które by całym światem wstrząsnęło!
Księżyc to fraszka. Teraz dopiero
Cudów dokażę moja kamerą.
Zgłębię ocean, zgłębię go do dna,
Nęci mnie taka podróż podwodna!
Nikt jeszcze nie wie, co się tam dzieje,
Dowiem sie pierwszy i mam nadzieję,
Że rząd da mi na to przyzna fundusze.
Teraz do pracy zabrać się muszę!"



Nasz niestrudzony reżyser i podróżnik opracowuje z najmądrzejszymi inżynierami specjalny statek, wielce skomplikowany (opis aż iskrzy się trudnymi technicznymi słowami, dla chłopaków bomba!). Na dnie statku w kształcie kuli znajduje się pocisk - atomosonda z kabiną i niezbędnymi do filmowania przyrządami...

Tutaj nadmienić sobie pozwolę,
Że wewnątrz statku, na samym dole,
Mieścił się pocisk, co od tej strony
Miał być w głębiny wód wystrzelony.
Pocisk ten zwał się atomosonda.
Zaraz wam powiem, jak on wyglądał.
Mierzył sześć metrów. Górna połowa,
Czyli rakieta pięciostopniowa,
Nieść miała pocisk w morską głębinę
Z szybkością trzystu mil na godzinę.
W dolnej połowie atomosondy
Była kabina, a w niej przyrządy
I urządzenia elektronowe,
Aparatury kompletnie nowe:
Więc mechaniczny wzrok, a co więcej
Trzy wysuwane dowolnie ręce,
W nich zaś kamery trzy samodzielne,
Automatyczne i wodoszczelne.
Kabina miała zrobione ściany
Z masy przejrzystej, dotąd nieznanej. (...)
W razie potrzeby pocisk z podłogi
Wypuszczał sztuczne stalowe nogi,
By na podwodne kroczyć połowy.
Napęd, rzecz prosta, miał atomowy.

Nasz bohater wyruszył z trzyosobową załogą i psem Kalasantym, żegnany z honorami przez szczecińskie dzieci, orkiestrę i mieszkańców miasta...


 Z pocisku wystrzelonego na dno oceanu, badał i filmował podwodny świat... i odkrył zatopioną Atlantydę!

Stało tam miasto nieogarnione
Przed tysiącami lat zatopione.
Rzekł pan Soczewka: "O zakład idę,
Żeśmy trafili na Atlantydę!
Jakiż w tych czasach bywał budulec,
Że mógł działaniu wieków nie ulec!" (...)

Wąskie ulice stały nietknięte,
Oblane wodą, jak atramentem,
I reflektorów potężne błyski
Z trudem drążyły ten mrok pobliski.
W mieście podwodnym, po tylu wiekach,
Nie było widać śladu człowieka,
Ni czaszek ludzkich, ni ludzkich kości.
Wszystko zapadło w otchłań nicości.


Nie brakowało chwil pełnych grozy, pan Soczewka w atomosondzie musiał zmierzyć się z podwodnymi stworami, siedmiogłowymi smokami, ogroooomną ośmiornicą... Na szczęście nasz bohater wychodzi cało z każdej opresji...


i powrócił na statek, gdzie oczekiwała go szczęśliwa załoga, i świetlana przyszłość :) 


Pan Soczewka na dnie oceanu,
Jan Brzechwa, 
ilustrował Jan M. Szancer, 
Wydawnictwo Alfa, Warszawa 1986 r, wydanie IV.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...