O książkach i grach, które nam się podobają, ciekawych miejscach, w których byliśmy i o wydarzeniach, w których uczestniczyliśmy. A także o paru innych rzeczach...

niedziela, 23 stycznia 2011

Mała encyklopedia DOMOWYCH POTWORÓW, Stanislav Marijanowic


Wszystko jasne! Wreszcie wiemy co, a raczej kto jest odpowiedzialny za znikające skarpetki; za bałagan, pojawiający się chwilę po sprzątaniu; za wieczorne humory; za niegrzeczne odzywki ; rozlewanie wody i chlapanie w łazience; upadki Stasia (kończące się szyciem na ostrym dyżurze chirurgicznym), czy moje zmęczenie i senność, w chwili kiedy powinnam zasiąść do komputera, aby skończyć pisać tekst....

Obecnie najbardziej niepokoi mnie fakt przebywania w naszym domu Kichoprychacza czyli Potwora Kataralnego i Glutowatego. Według autora, jak upatrzy sobie sympatyczną rodzinkę (średnio mnie bawi, że uznał nas za taką), to przyczepia się do niej i nie opuszcza od wczesnej jesieni do wiosny... A u nas ostatnio jak w szpitalu, a to zapalenie oskrzeli, a to pospolite infekcje wirusowe... Obecnie chorzy są i Franek i Antoś i Staś. Czarno na białym - Kichoprychacz zadomowił się w naszym domu

Stanislav Marijanovic, którego jedną książkę już znamy i bardzo nam się podobała (Magia domowych potworów), opracował cudowną encyklopedię grasujących w naszych domach potworów.
Jej bohaterowie -  m.in. Narcyz Samolubek, Chciwusek, Gburia Żłośliwa, Gaduła Niepoprawna, Olaboga, Łubudubu czy Głupolus Nudnawy, Leniwiec Zaspany, Profesor Zgubnik, Awanturella i długo by wymieniać...- przez wiele wieczorów towarzyszyli moim dzieciakom w usypianiu, bo i Marysia, choć już dziesięciolatka -  ostro nadstawiała ucha. Charakterystyki domowych potworków są zabawnie i trafne. Świetnie się czyta, a dzieciom autentycznie się podoba, o czym świadczy choćby Przeczytaj mi jeszcze raz o potworach i tak kilka dni pod rząd ;)
A ilustracje ? Proszę zerknąć (Franka ulubieńcem jest Chciwusek, ze względu na miłe futerko, ilustracja po prawej)



Mała encyklopedia DOMOWYCH POTWORÓW
Stanislav Marijanowic, 
przełożyła Hanna Baltyn, 
Nasza Księgarnia, 
Warszawa 2003 (wyd. pierwsze)

niedziela, 16 stycznia 2011

Mały Chopin, Michał Rusinek, Joanna Rusinek


Przeglądałam dopiero co pożyczone w bibliotece książki, zaraz  po powrocie z pracy. W salonie, przy stole, na którym leżały zeszyty szkolne Marysi, niedojedzona kanapka Franka i wiele innych rzeczy. Zdecydowanie przed naszym "czasem czytelniczym", kiedy to dzieci już w piżamkach i łóżkach... Zaczęłam czytać Małego Chopena na głos i już nie mogłam przestać. Każda dłuższa pauza wywoływała głośną reakcję u moich słuchaczy: No czytaj, mama! Maaaama! dalej! Mama! Ta wierszowana opowieść napisana przez Michała Rusinka (autora książek oraz przekładów i sekretarza Wisławy Szymborskiej), zdecydowanie spodobała się moim dzieciakom.

Dzięki panu Rusinkowi, wielcy, którzy doczekali się wspaniałych pomników i o których zawsze mówi się z wielkiej litery, stali się nam trochę bardziej bliscy - bo okazuje się, że... też kiedyś byli dzieciakami! Jak Chopin nie lubili szpinaku, czasem się nudzili, czasem psocili...
Książka jest dowcipna, ale poza żartami i zabawnymi opisami życia młodego Frycka przemyca ważne treści. Nasze dzieci, z kulejącą  często w szkole muzyką, mają okazje dowiedzieć się, co to są marsze, polonezy, ronda i walce... oraz jak wyglądało - z przymrużeniem oka - życie jednego z największych kompozytorów w dzieciństwie. 
Mały Chopin został przetłumaczony na 10 języków - i był ważną lekturą w Roku Chopinowskim (2010).




Mały Chopin,
Michał Rusinek,

il. Joanna Rusinek, Wydawnictwo Znak, 
Kraków 2009 r.

środa, 12 stycznia 2011

Suma naszych dni, Isabel Allende


Nigdy jej nie poznam, ale mam wrażenie, że dobrze się znamy i wypiłyśmy razem niejedną butelkę krwistoczerwonego wina. I wiem, że dobrze by nam się rozmawiało...

Isabel Allende należy do kobiet, które są dla mnie jak wzorzec z Sevres - z fantazją i dystansem, ciepłymi uczuciami do bliźnich i świata, znającymi swoje wady (i potrafiące się z nich śmiać), ale i zalety, doszukujące się w życiu magii i wszystkich cudów świata, stawiające na rodzinę - swoje plemię ze wszystkim, co ono niesie.
Dotknięta największą tragedią, jaka może spotkać matkę - śmiercią dziecka,  nie straciła radości życia, choć długo zmagała się z bólem i nadal to robi, czego wyraz daje w swoich książkach m.in. Pauli i jej kontynuacji Sumie naszych dni.
Czytając jej książki przenoszę się do lepszego świata, gdzie mieszają się czasy; gdzie przyjazne dusze żyją swoim życiem obok bliskich, czasem delikatnie ingerując w ich poczynania; gdzie nie ma ludzi czarno-białych, bo każdy ma w sobie choć trochę dobrego, jak w życiu, tylko czasem trudno to wyłuskać.
Lubię ją za to, że o najtrudniejszych sprawach pisze normalnie, że skomplikowane losy ludzkie i historie przedstawia z humorem, pobłażliwością, i zrozumieniem.

Sumę naszych dni - jak dla mnie większość książek Allende - czyta się jednym tchem. I dużo myśli, słów  i emocji zostaje...

piątek, 7 stycznia 2011

(*) O Krzysztofie Kolbergerze



Bardzo smutno, bardzo żal... (*) (*) (*)


Z Krzysztofem Kolbergerem rozmawiałam raz, choć często spotykałam go na konferencjach poświęconych rakowi nerki. Umówiłam się z nim telefonicznie. Zaprosił mnie do siebie do mieszkania, które jak się okazało, znajdowało się bardzo blisko mojej ówczesnej redakcji.
Od razu zaprowadził mnie do sypialni, przepraszając za tak niekonwencjonalne miejsce na rozmowę z dziennikarką ;) Przyczyna była błaha - akurat panie sprzątały mu mieszkanie. Sypialnia była jedynym miejscem, gdzie można było spokojnie porozmawiać.

Trochę denerwowałam się tą rozmową. Niesłusznie. Okazał się być bardzo sympatycznym człowiekiem, choć trzymającym dystans. Uważnie słuchał, uważnie mówił, uważnie patrzył. Podziwiałam go - w swojej chorobie był bezkompromisowy, cały czas zmobilizowany i do pracy i walki z chorobą. Jego książka szybko stała się dla mnie ważna także ze względu na temat przewodni. Słowo RAK przywołuje wiele wspomnień. Uwiera. Zatrzymuje.


Tak pisałam o nim kilka miesięcy temu, na prywatnym blogu. Wiadomość o Jego śmierci wprawiła mnie w zdumienie. Bo Jemu miało się udać. Bo tak długo mu się udawało. Przechytrzyć śmierć. Żyć na przekór. Z wyrokiem, ale nadal pięknie. I działać w słusznej sprawie, i dawać przykład i nadzieję


Niżej fragmenty naszej rozmowy.

Nie dajmy się zaskoczyć


dodatek Polska Unia Onkologii (Życie Warszawy, 30 czerwca/1 lipca 2007)

Choroba nowotworowa pojawiła się u Pana 17 lat temu. Dowiedział się Pan o niej w czasie, gdy na raka umierała Pana siostra.

Byłem przypadkowo u lekarki i opowiadałem jej o siostrze, która walczyła w tym momencie z chorobą nowotworową. Lekarka wykazała się dużą mądrością i powiedziała "Panie Krzysztofie, w takim razie zrobimy Panu na wszelki wypadek badanie USG nerki". Okazało się, że mam raka nerki, którą trzeba było usunąć. Niestety, nikt mi wtedy nie powiedział, że komórki rakowe nerki bardzo często tworzą tzw. śpiochy. Przyklejają się gdzieś w organizmie i nawet po wielu latach mogą się odezwać. Tak się stało. Po 15 latach odezwały się w trzustce. I znowu przerzut odkryty przypadkiem. Pojawiła się żółtaczka mechaniczna. Po roku kolejny przerzut znowu stwierdzony przypadkowo w wątrobie. W tej chwili co miesiąc przechodzę badania. Wcześniej badałem się, ale nie tak często jak powinienem.

Dlatego tak nawołuję ciągle do badania się. Można walczyć, trzeba walczyć, a przede wszystkim należy wyprzedzić chorobę, badając się regularnie. Musimy walczyć o to, aby każdy miał dostęp do badań i świadomość, że należy je robić. Bo choroba może dotyczyć każdego z nas. Trudno cały czas żyć ze świadomością, że możemy zachorować, ale przynajmniej rad do roku o tym pamiętajmy i badajmy się.

W czasie ostatnich dwóch lat przeszedł Pan dwie operacje. Mimo tego cały czas Pan intensywnie pracuje. Skąd bierze Pan na to siły?

Praca jest dla mnie formą terapii. Organizm mobilizuje się do walki z chorobą. Ważne, by nie siedzieć w domu, nie dać się chorobie, by choroba nie stała się jedyną treścią życia. Choroba przewróciła moje życie do góry nogami. Po operacji trzustki mam cukrzycę, rytm dnia musi być podporządkowany badaniu poziomu cukru we krwi, podawaniu insuliny, jestem na specjalnej diecie.Ale okazuje się, że można i zawód wpisać w ten rytm. Funkcjonuję tak, że czasem udaje mi się zapominać o tym, że jestem chory. Nawet już tak się nie nazywam, wiem, że to mam, ale mój stan jest na razie patowy - coraz lepiej się czuję, jestem silniejszy.

Z wielkim zainteresowaniem przeczytałam Pana książkę "Przypadek nie-przypadek". Pana słowa, spokój, zdystansowanie są balsamem dla duszy nie tylko chorych, ale i zdrowych. Odniosłam wrażenie, że jest Pan pogodzony z tym, co przynosi Panu życie.

Może nie pogodzony, bo - jak widać - walczę i staram się pogodnie przyglądać temu, co zdarza się nam w życiu. Nie bardzo mam inne wyjście. Jestem przygotowany na każdą ewentualność i w każdej ewentualności szukam czegoś pozytywnego. Myślę, że można wypracować w sobie takie podejście do życia. Ogromna lekcję dał nam swoją postawą w chorobie i odchodzeniu Ojciec Święty. Staram się na miarę własnych możliwości zachować pogodę ducha i radość z tego, co przynosi dzień.

Przypadek nie-przypadek

czwartek, 6 stycznia 2011

Magia domowych potworów, Stanislav Marijanowic


Atutem tej książki są ilustracje autora i trudne do wymówienia zabawne nazwy potworów, w które przeistaczają się bliźniaki Łachot i Gilgot - niegroźne domowe potworki. A przeistaczają się dzięki magicznym zaklęciom, znajdującym się w odnalezionej w piwnicy księdze... Ta zabawna opowieść towarzyszyła nam przez kilka wieczorów (czytana na raz, co wieczór od nowa). Franek z uwagą lustrował rysunki potworków, liczył nogi i pary oczu na cudacznych głowach... Wielokrotnie musiałam odczytywać mu nazwy tych istot, niemal łamiąc sobie język.

Historia bliźniaków zaczyna się w dniu, w którym właściciele starego domu wyjeżdżają na urlop. Wraz z nimi domostwo opuszczają w zakamarkach bagażów wszystkie psotne domowe potwory, poza młodymi niesfornymi bliźniakami o kolczastych ogonkach, bo te należą do gatunku nigdy nie opuszczających domowych pieleszy...


Łachot i Gilgot w czasie zabawy trafiają do piwnicy i odkrywają tajemniczy kufer, który przyciąga ich uwagę. W kufrze znajduje się następny, a w nim kolejny i kolejny, co tylko wzmaga ciekawość bliźniaków. W kufrze znajduje się, co szybko odkrywają, księga z zaklęciami! Jak czarować... Jak zamieniać to w tamto i takie w owakie... Formuły, same formuły, mnóstwo magicznych formuł... Potworki nie byłyby sobą, gdyby natychmiast nie zaczęły nawzajem zamieniać się w dziwne osobniki...



Przed naszymi oczami ukazuje się Żabopodobniak Skrzydlaty, Marchewkoid Dwugłowy, Kuręczak Włochaty, Mangoidalny Myszopapug, Zebrodyl, Ślimakoid błękitnoszponiasty.... i wiele innych....





Zabawa jest przednia, póki w domu nie pojawia się Antylud Straszliwy - potwór mieszkający w lesie, nienawidzący ludzi i innych stworów, który przechodząc pod domem, zauważył co się w nim dzieje i postanowił zabrać magiczną księgę (i oczywiście wykorzystać ją do swoich niecnych celów...)


Czy mu się to uda? Czy bliźniaki staną na wysokości zadania i uratują mieszkańców miasteczka? Po odpowiedzi na te pytania odsyłamy do książki. Zabawa gwarantowana, szczególnie dla miłośników potworów ;)






Magia domowych potworów,
Stanislav Marijanowic, 
Nasza Księgarnia, 
Warszawa 2005

Szopka przy kościele pokamedulskim :), Józef Wilkoń

środa, 5 stycznia 2011

O żyrafach, które chciały zobaczyć śnieg, Anna Onichimowska

 O żyrafach, które chciały zobaczyć śnieg to kolejna książka z cyklu W lesie Marcina duetu Onichimowskiej i Sedlaczek, po O zebrze, która chciała być w kwiatki i O jeżu, który znalazł przyjaciela (kolejność moja własna- według naszego czytania). Według mnie najciekawsza!

Marcin i Natalka to rodzeństwo, które na kartce papieru czaruje-maluje las, a w nim jego mieszkańców z ich smutkami, radościami, problemami... W lesie Marcina wszystko może się zdarzyć! Tym razem spotykamy żyrafy, które....

Piękne ilustracje, ciekawa fabuła. Polecamy!


 O żyrafach, które chciały zobaczyć śnieg, Anna Onichimowska
 ilustracje: Joanna Sedlaczek
 Arkady, 2006 rok.



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...