O książkach i grach, które nam się podobają, ciekawych miejscach, w których byliśmy i o wydarzeniach, w których uczestniczyliśmy. A także o paru innych rzeczach...

sobota, 28 grudnia 2013

O zmierzchu...


Nasze jezioro o każdej porze roku ma swój urok. Rano wybraliśmy się na spacer z psem babci, ja i moich trzech chłopaków. Nim zbiegłam ze skarpy, Antek z okrzykiem "woda jest zamarznięta na kość!" wskoczył do jeziora. Na szczęście wybrał brodzik i skończyło się na nogach mokrych po kolana. Szybko ewakuowaliśmy się do domu, żeby zmienić garderobę i rozgrzać nóżki ;)
Późnym popołudniem wybrałam się tu znowu, tylko z Antkiem. Franek i Staś zostali w domu - woleli składać z tatą samoloty z klocków lego.

Szliśmy sobie za rączkę, Antoś bawił mnie uroczą rozmową. Pomarudziliśmy przy brzegu wyławiając zamarznięte kry i rzucając patyczki. Zrobiliśmy rundę na pomostach. Antoś poćwiczył na siłowni pod chmurką. Pobiegał na górze piachu. Pohuśtał się na huśtawce na placu zabaw. A na koniec zrobił mi pyszną kawę z mleczkiem z liści i mchu."Kawiarenka zamknięta na zawsze! Jutro otworzę ją znowu. Zrobię ci herbatkę z herbatnikiem!" - oznajmił, kiedy opuszczaliśmy placyk.

A ja ani razu nikogo nie goniłam! Ani razu nie rozglądałam się nerwowo, czy na pewno każdy jest bezpieczny i czegoś nie kombinuje! Ani razu nikogo nie nawoływałam!  Muszę powiedzieć, że spacer z jednym dzieckiem to w ogóle ... laba, luz blues! Nie czuć, że jest się z dzieckiem!

A dzień spokojnie przeszedł sobie w noc...

piątek, 27 grudnia 2013

Hamernia - świątecznych spacerów ciąg dalszy...


Kiedy byłam mała przychodziłam tu na spacery z rodzicami. Latem zabierał nas tu - dużą grupą - ojciec jednej z koleżanek i taplaliśmy się w rzece - pamiętam na dnie było dużo kamieni, niektóre raniły stopy. Zimą przychodziliśmy tu na łyżwy - jeździliśmy po drugiej stronie rzeki, przed kaskadą. Czasem, kiedy byłam już trochę starsza, przychodziło się tu na spacery na kirkut - dzisiaj jest to niemożliwe, bo kirkut ogrodzony jest masywnym, wysokim płotem. Potem, po przeprowadzce na inne osiedle - powiedzieć, że tu byłam rzadkim gościem byłoby nadużyciem, bo nie przychodziłam tu wcale.
Dzisiaj postanowiliśmy pokazać chłopakom kaskadę, hamernię (drewniana hamernia była siedzibą działających w latach 1784–1788 zakładów zbrojeniowych, wytwarzających broń palną - słynne sztucery) i powłóczyć się nad rzeką. "Wodospad", jak go szumnie nazywaliśmy - zrobił wrażenie. Mijaliśmy wędkarzy, jeden na naszych oczach złapał szczupaka. Niestety, ten miał więcej niż 50 cm długości, wiec zamiast w wodzie wylądował w wiaderku. Chłopaki z radością harcowali w trawach, wyższych od nich o głowę.
Ale i tak wszystkie drogi prowadzą na tory... Na moście kolejowym, nad wodą, spędziliśmy sporo czasu przykładając głowy do torów z nadzieją, że usłyszymy charakterystyczny stukot.

- Mamo, Pan Bóg jednak nie wszystko może - stwierdził filozoficznie Franek z żalem w głosie. - Modliłem się o pociąg i nie przyjechał!

czwartek, 26 grudnia 2013

Tam, gdzie jeżdżą pociągi


Zamiast siedzieć za stołem, wolimy chodzić - tu i ówdzie. Na spacery krótsze i dłuższe. Dzisiaj poszliśmy za miasto obejrzeć tory. Nie rozczarowały nas, były takie jakie być powinny. Co to są podkłady kolejowe, podtorze, jak wyglądają szyny, po których mkną pociągi? Po co są kamienie?
A do tego te widoki i przestrzenie! Było gdzie biegać i udawać ciuchcie. Było fajnie! Tym bardziej, że byliśmy w przemiłym towarzystwie - Marcela i jego rodziców :)
Lokomotywy, pociągi i tory ciągle są u nas w kręgu zainteresowań. 



wtorek, 24 grudnia 2013

Goście na Boże Narodzenie, Sven Nordvist

Nasze święta są rodzinne, gwarne i hałaśliwe. Na dwa domy, u jednej babci i drugiej babci i dziadka. Przyjeżdża ciocia z wujkiem i kuzynami mojej gromadki, u drugiej babci też jest kilka osób. Czasem pojawiają się dodatkowe ciocie lub wujkowie. Ale nie wszyscy takie święta mają - niektórzy, jak Pettson, spędzają je samotnie. I o nich trzeba pamiętać- nie tylko zostawiając puste nakrycie przy stole.

Staruszek Pettson i jego cwany kot Findus przygotowania do świat zaczynają dosłownie w ostatniej chwili, niestety Pettson, jadąc sankami po upatrzoną choinkę do lasu, doznaje kontuzji nogi. I jest problem - lodówka pusta, choinki nie ma, a stary Pettson ledwie porusza się po domu. Jednak ma nadzieję, że ból nogi przejdzie i jeszcze zdążą z Findusem przed zamknięciem sklepu zrobić świąteczne zakupy. Szybko jednak okazuje się, że nie ma na to szans, noga boli, puchnie - Pettson wie, że muszą zadowolić się tym, co mają Findus nie kryje rozczarowania, co to za święta bez smakołyków, choinki... Przynajmniej prezenty zdążyli przygotować wcześniej. Z resztki ciasta piernikowego, które zostało w spiżarni (ciekawe, dlaczego tak się skurczyło? Kto je podjadał?) udało im się zrobić trochę pierników. Brak choinki był mniej odczuwalny, bo Pettson zbudował ją sam, korzystając z gałązek, które udało im się zebrać przed wywrotką i drewnianego drąga. I to by było na tyle, gdyby... nie odwiedził ich sąsiad, pomagający Pettsonowi odśnieżać podwórko. Jedno spojrzenie na nogę Pettsona wystarczyło... Jakiś czas później staruszek i jego kot przeżyli coś niezwykłego - drzwi od ich domu co i rusz otwierały się i pojawiali się w nich kolejni sąsiedzi zatroskani stanem nogi Pettsona, z koszami wypełnionymi świątecznymi przysmakami! Takich świąt to chyba nigdy tu nie było!

Nie ma jak dobrzy sąsiedzi ;)

Poza ciepłym przekazem - wspaniałe ilustracje Nordvista! Antek, w zamyśleniu przyglądał się Pettsonowi... - Mama, a cy to jest Kojcak? Chyba zmyliła go broda - niedawno czytaliśmy "Pamiętnik Blumki" Iwony Chmielewskiej, i utkwił mu w głowie obraz Korczaka.
***

Książki są wartościowe same w sobie, ale niektóre mają wartość dodaną. "Goście na Boże Narodzenie" trafiły w nasze ręce w prezencie od bliskiej mi koleżanki - jej córce książka się spodobała, więc pomyślała, że i moim chłopakom przypadnie do gustu. Nie myliła się. Już trzecie święta w spędzimy z Pettsonem i Findusem :) Magda, za każdym razem, kiedy sięgam po tę książkę Nordvista przypominam sobie czas, kiedy razem pracowałyśmy i wysyłam Wam ciepłe myśli. Nie inaczej jest w tym roku!

***

Przy okazji: Kochani, wesołych, rodzinnych świąt i wszystkiego, co najlepsze w Nowym Roku! 

Goście na Boże Narodzenie, 
Sven Nordvist,
Media Rodzina 2008.

czwartek, 19 grudnia 2013

Zielony i Nikt, Małgorzata Strzałkowska, il. Piotr Fąfrowicz


Każda droga ma swój początek... - tak brzmi zdanie, które zamiast krótkiego opisu lektury widnieje na ostatniej stronie/okładce książki. Możemy się tylko domyślać, jak wygląda droga, którą wędruje teraz Nikt. Co widzi, słyszy, jak smakuje świat. Czy nieprzerwanie trwa w zachwycie?

Nikt mieszkał w studni. Całe życie Nikta ograniczone było jej murami z cegły, obrosłej mchem. Niktowi nawet nie przyszło do głowy, że może być inaczej. Jego doba toczyła się od wschodu słońca do zachodu, od pojawienia się księżyca w kole wylotu studni do jego zniknięcia. Nikt trzy tysiące sześćset razy widział słońce i trzy tysiące sześćset pięćdziesiąt razy przetoczył się nad otworem studni księżyc...I pewnie trwałby tak dalej, gdyby nie Zielony, którego głowa pojawiła się któregoś dnia w studziennym otworze...

Zielony i Nikt to piękna, pełna metafor, filozoficzna baśń (ze wszystkimi cechami typowymi dla gatunku),  którą możemy odczytywać na różne sposoby. Studnia to jeden z często występujących w literaturze symboli - symbol życia i celu, geneza bytu i świata. W sennikach studnia bez wody symbolizuje brak zaufania do siebie i brak wiary we własne siły. I te cechy są niewątpliwie bliskie Niktowi, który nawet nie próbuje niczego w swoim życiu zmienić. Jest bardzo osamotniony  - na szczęście na jego drodze staje Zielony, który burzy zastany układ rzeczy.
Zielony i Nikt pokazuje, że można i warto pokonać lęk przed nieznanym, bo wszystko czego się boimy - jest w nas. Ograniczenia i bariery stawiamy w sobie, one są w nas, a nie na zewnątrz - warto się odważyć i wyjść poza własną studnię, to co na zewnątrz może nas prawdziwie zachwycić!

Książka Małgorzaty Strzałkowskiej zatrzymuje i zadziwia. Duża w tym zasługa Piotra Fąfrowicza, którego ilustracje to obrazy pełne symboli - na pograniczu jawy i snu. Obrazy proste, Fąfrowicz nie narzuca się z detalami, ale jego rysunki w tej prostocie są bardzo wyraziste i wymowne. Nie uzupełniają tekstu, tylko mu partnerują.

Książka została obsypana nagrodami (m.in. Duży Dong w 2009 roku przyznany przez IBBY) - nie bez powodu. Polecamy!


Zielony i Nikt,
Małgorzata Strzałkowska,
il. Piotr Fąfrowicz,
Wydawnictwo Bajka 2009.

środa, 18 grudnia 2013

Lekkie życie Barnaby'ego Brocketa, John Boyne, Oliver Jeffers


Lekkie życie Barnaby'ego Brocketa to jedna z tych książek, które czyta się jednym tchem. Dla mnie książka ważna, którą póki co ustawię na swojej półce. Trochę bajka, jeśli odczytamy ją na poziomie bajki, ale mimo pozornie lekkiego podejścia do tematu i dużej dawki humoru - książka porusza sprawy bardzo trudne. To opowieść o odrzuceniu,  tym bardziej bolesnym, że przez najbliższych - matkę i ojca. O wstydzie, zabijającym miłość i o tym, że ze strachu przed innością, można nie chcieć własnego dziecka. I braku akceptacji.

Lekkie życie Barnaby'ego Brocketa to tytuł przewrotny, bo życie Barnaby (wolę "spolszczyć" Barnaby'ego) lekkie nie jest, choć on sam ... unosi się w górę! Autor ukazuje życie chłopca z dystansem, bez głębszego wchodzenia w uczucia dziecka i chwała mu za to, bo dla kilkuletniego odbiorcy książki  byłoby to za ciężkie do udźwignięcia (a dla mnie stos chusteczek byłby za mały!).
Dziecko przychodzi na świat w "normalnej" rodzinie, jego rodzice pazurami trzymają się tej normalności - ale czym jest normalność? Wszystko zależy od punktu patrzenia! I kiedy rodzi im się dziecko, tak bardzo inne, inne innością, której nie da się ukryć, z którą trzeba stanąć twarzą w twarz - nie dają rady. Po kilku latach, z inicjatywy matki (!) postanawiają pozbyć się synka. Wyprowadzić na plażę i odciąć szelki plecaczka, który dzięki zawartości utrzymywał dziecko na ziemi.... Do głowy same cisną się historie z pierwszych stron gazet, z ostatniego roku - tych matek, które....

Na drodze unoszącego się w górę chłopca pojawiają się inni ludzie - podrzucani, co i rusz przez Boyne'a (autora "Chłopca w pasiastej piżamie") - też z trudną przeszłością, z czarną rodzinną przeszłością trzeba dodać i deficytem miłości w historii swojego życia. Odtrąceni, porzuceni, pozostawieni sami sobie, na lodzie. Wszyscy inni. I ilu ich! Ale poradzili sobie - dali radę! Co ciekawe, choć czuje się pod powierzchnią opowieści  smutek i ból - to jeszcze więcej tu radości i nadziei - bo mimo blizn skrywanych głęboko, można cieszyć się życiem, a nawet odnaleźć nowy dom, nowych bliskich i życzliwych, i z niego/nich czerpać siłę (każda z tych postaci to osobna historia!). Nasz Barnaba nie rozumie, dlaczego rodzice tak postapili, ale cały czas ciągnie do domu i wraca, żeby wreszcie ostatecznie go porzucić. Porzucić dom i wybrać siebie - takiego jakim jest. Zaakceptować siebie. Zrozumieć, że woli być taki, bo taki jest - niż być kimś, kim nie jest i choćby nim się stał, to nigdy nim nie będzie...

Książka Boyne'a daje do myślenia, porusza, wierci dziurę w brzuchu, bo dotyka w pewien sposób każdego - rzadko w skali makro, ale w mikro już tak. Bo jak dużo jest osób, które nigdy nie byłyby karcone za to, jakie są - i przywoływane "do porządku" przez rodziców, przedszkolanki, potem nauczycieli, kolegów - bądź taki nie bądź taki...bądź taki nie bądź taki....Nie  chcę psychologizować, bo psychologiem nie jestem, ale ile niesiemy w sobie poczucia bycia niedoskonałymi i braku akceptacji, bo nie spełniamy oczekiwań innych ludzi, bo zobaczyliśmy w czyichś oczach zawód i rozczarowanie? Może w dzieciństwie, może w młodości, może teraz. Kiedyś.

Pewnie wielu z nas kiedyś latało, tylko ktoś podciął nam skrzydła...

Lekkie życie Barnaby'ego Brocketa to książka, z którą dziecka samego zostawić nie można. Tylko słuchać, rozmawiać, tłumaczyć, pytać... Najpierw przeczytałam ją sama, teraz czytam Frankowi, który za miesiąc skończy 8 lat. I tylko się zastanawiam, czy nie jest jeszcze trochę na tę lekturę za mały?

I na koniec - za mało, za mało mi w książce Olivera Jeffersa, którego ilustracje znamy z "Chłopca i pingwina" i "Serca w butelce" - okładka zapowiada ucztę dla oka, a wewnątrz tylko kilka rysunków!

***
Dziękujemy Wydawnictwu Dwie Siostry za egzemplarz recenzencki

Lekkie życie Barnaby'ego Brocketa,
John Boyne,
il. Oliver Jeffers,
tłum. Tina Oziewicz,
wyd. Dwie Siostry.

niedziela, 15 grudnia 2013

Makowe pierniki ;)

Po raz pierwszy zrobiłam ciasto dojrzewające na pierniki (z przepisu Aganiok)  - leżakowało ok. 3 tygodni. I warto było - pierniki w smaku są przepyszne!


***
W ten weekend robiliśmy też pierniki poza domem - połączyliśmy siły ze Śmigłą Igłą. Rąk do pracy było wiele, dużych i małych, i zabawy przy tym co niemiara ;) I jak to bywa, gdy kucharek jest kilka - tak byłyśmy zaabsorbowane wałkowaniem i wycinaniem pierniczków oraz pilnowaniem dzieci, że pierniki w piekarniku raz po raz przybierały groźne barwy, na szczeście w większość dało się wbić zęba :)

Śmigłe króliczki z ciocią Mają ;) Są urocze!
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...