Blog o pięknych i mądrych książkach dla dzieci.

O książkach i grach, które nam się podobają, ciekawych miejscach, w których byliśmy i o wydarzeniach, w których uczestniczyliśmy. A także o paru innych rzeczach...

czwartek, 21 lutego 2013

Jestem miasto. WARSZAWA, il. Marianna Oklejak i STOP likwidacji bibliotek!



Historia Warszawy w pigułce i w bardzo przystępnej dla dzieci formie, bo zamknięta na płaszczyźnie map miasta z poszczególnych, ważnych dla kraju i samej Warszawy, okresów. Od czasów pradawnych, kiedy to nie było miasta tylko małe osady, których mieszkańcy polowali, łowili i oddawali część bożkom i totemom po czasy współczesne z pięknym Stadionem Narodowym - przez okres szlachecki (16 i 17 wiek), burzliwe lata przełomu 18 i 19 wieku, piękną Warszawę dwudziestoletnią, Warszawę Walczącą (okres Powstania Warszawskiego), lata socjalizmu - oczywiście z wyeksponowanym PKiN  i czerwoną flagą z sierpem i młotem, stan wojenny (och jaki szary, szary!). Na każdej mapie, a jest ich osiem - Syrenka w jakis sposób komentująca swoją postacią czasy - dzisiaj uśmiechnięta, w stanie wojennym zmarznięta, w czasie wojny zakrywająca oczy, płacząca.

Jestem miasto. Warszawa - wzbudziła entuzjazm, po Mapach Mizielińskich, Mamoko czy Ulicy Czereśniowej, to kolejna pozycja kartograficzna, której akcja rozgrywa się na mapach. Tu pod lupę wzięto Warszawę - jej historię toczącą się przez wieki i naniesioną na plan miasta - zmieniający się, pęczniejący. Sercem miasta są budynki, ulice i place, ale nie same w sobie, tylko dzięki ludziom i wydarzeniom, których były milczącymi świadkami.
Marianna Oklejak pokazała miasto z lotu ptaka, oddając ducha czasu i społeczne tło. Książka ta jest w naszych rękach dopiero od kilku dni, dlatego dopiero ją poznajemy, wczytujemy się i wgryzamy w ilustracje. Zatrzymaliśmy się na dłużej na  Warszawie Walczącej - chłopcy uważnie śledzili losy powstańców, naloty, ruiny i zgliszcza, ale też zwykłe życie, bo przecież życie toczy się zawsze - gdzieś giną ludzie, sanitariuszki opatrują rannych, a kilka ulic dalej zakochani patrzą sobie głęboko w oczy czy właśnie wzięli ślub, kobiety opłakują swoich bliskich nad mogiłami, a kilometrów od nich w teatrzyku trwa przedstawienie... To cenna lekcja historii "Mamo, oni wychodzą z kanałów!" i miasta.
Oglądając mapę stanu wojennego poza topografią miasta widzimy puste sklepy z ciągnącymi się kolejkami, koksowniki i zbitych przy nich żołnierzy rozcierających ręce, pracujące powielacze ukryte w mieszkaniach, zomowców na Starym Mieście rozpędzających grupy ludzi, tłum wiernych w kościele St. Kostki (pewnie kazanie ma  Popiełuszko) i handel na bazarze Różyckiego....Długo by tak można.... Co ulica to coś się dzieje.
Świetny pomysł i wspaniała książka nie tylko dla małych warszawiaków. Przez historię miasta można dobrze odczytać też historię kraju. Ale też... pośmiać się, bo autorka ukryła tu kilka perełek, które warto odszukać. Ale o tym sza! - niech każdy szuka ich sam, w ciemno.
Duże i sztywne kartki. Pozycja obowiązkowa!


Jestem miasto. Warszawa,
ilustracje Marianna Oklejak,

tekst Aleksandra Szkoda,
Wydawca: Czuły barbarzyńca, 2012.








***
Nie pożyczam książek "do wieku dziecka". Ta - dla tego, a tamta - dla tamtego. Książki przeważnie czytamy razem, zawsze po kupieniu czy przyniesieniu z biblioteki wspólnie oglądamy (i wąchamy :)). To jest wydarzenie - bardzo duże, szczególnie dla Antosia i Stasia. W kąt idą zabawki; książki oglądamy na stole i na podłodze, na kanapie w salonie i u chłopców w pokoju. Ustalamy kolejność czytania, którą natychmiast, a które wieczorem. Ta pierwsza, a ta druga. Jeśli książka jest "za duża" - widzę, że moich przedszkolaków nudzi, po prostu się wyłączają. Słucha Franek. A jeśli chodzi o Franka - dla niego każda lektura jest dobra, i encyklopedia i książeczka obrazkowa. Co jest dla mnie zrozumiałe, bo sama chętnie oglądam i czytam wszystkie.

Bardzo ważna jest dla mnie treść, ale też forma. W książce dla dzieci obie są równorzędne. Odrzucają mnie książki "disneyowskie" i podobne, w stylu przepraszam słodko-pierdzącym. Szkarady i paskudy - wizualne i w treści, kalki przetłumaczone w pośpiechu przez ludzi, którzy z literaturą nie mają nic wspólnego. Dlatego tak się cieszę, że w czasie wizyty w bibliotece martwię się coraz częściej nie o to, że nie mam z czego wybierać, tylko - które książki wybrać z tych, na które mam wielką ochotę.

Wierzę, że gust dziecka można w dużym stopniu kształtować. I kiedy słyszę, "pożyczam takie książki, bo dziecko lubi" to się dziwię. Lubi, bo może nie miało okazji polubić czegoś innego? To działa, bo widzę, że moim dzieciakom podobają się książki, które cenię i ja. To procentuje - w ich słownictwie, wiedzy i ciekawości świata, kreatywności i otwartości. Stają się z miesiąca na miesiąc, z roku na rok, coraz bardziej wymagającymi czytelnikami. Bardzo chciałabym, aby to im zostało. Aby miłość do książek wynieśli w swoich walizeczkach z domu i ponieśli dalej. Póki co, pakuję do nich i pakuję. *

Za chwilę pójdą w świat szukać swoich książek, będą wydreptywać swoje ścieżki w księgarniach i bibliotekach. Tylko... no właśnie. Tych ostatnich może nie być!

Przeczytaj i podpisz -Stop likwidacji bibliotek 

* Ania, po naszej rozmowie tak mnie natchnęło :)

sobota, 16 lutego 2013

30 lutego, Wanda Chotomska, Mirosław Pokora


Uwielbiam Wandę Chotomską, jej lekkość wierszowania  (jak to się dobrze czyta!), lekko absurdalne poczucie humoru, grę skojarzeń. Czytając "30 lutego" pomyślałam sobie, że miło byłoby, gdyby Dwie Siostry  wydały też ukochaną przez moje dzieci Pralnię Pana Szopa!

Taka historia mogła się wydarzyć tylko 30 lutego! Jeż z dwiema ciotkami otwiera sklep, z czym? Oczywiście ze szczotkami! Są tu szczotki:
Do podłogi, do butów
do czyszczenia dywanów,
do rzęs - szczotki dla kobiet,
i do wąsów dla panów.
Do ubrania, do garnków,
do paznokci, do włosów -
zresztą było ich tyle,
że wyliczyć nie sposób.

I dzieje się, dzieje! Zwierzaki są tak zaaferowane, że jeż sprzedał najpierw jedną ciotkę

 (...) Jeż już szczotkę pakował,
już wziął za nią dwa złote,
nagle krzyknął: - Pomyłka!
To jest jedna z mych ciotek!

potem drugą ...

(...) Kiedy wyszli żołnierze,
to jeż zrobił się blady,
bo w pośpiechu im sprzedał
drugą ciotkę zza lady!

A na koniec sam zapakował się i...

Jeż wybierał, wybierał
i doradzał jak umiał,
wreszcie szczotkę zawinął 
i dopiero się zdumiał!

Gdy zrozumiał, co zrobił,
zbladł od razu jak kreda - 
zamiast szczotki, biedaczek,
sam klientom się sprzedał.

"30 lutego" to bardzo wierszyk zabawny, pięknie zilustrowany przez Mistrza Ilustracji - Mirosława Pokorę i wydany. Polecamy!

Dodam jeszcze, że sięgam po niego, kiedy... chłopcy są przeziębieni. Gdy nebulizator do inhalacji pojawia się na stole, moi panowie sami biegną do półki z książkami po "30 lutego" właśnie. Jedna inhalacja, jedno czytanie ;) I tak razy trzy :)




30 lutego, Wanda Chotomska, 
ilustracje Mirosław Pokora, 
Wydawnictwo Dwie Siostry,
Warszawa 2011.

środa, 13 lutego 2013

Gupikowo ... u nas w domu :)

Nasza Dzika ;)


- Mamo, a jak rybki? Jak Edward? Agnieszka żyje? Romek nie zbladł?
- Mamo, a czy mały glonojad cały czas jest taki wstydliwy?
- Tęsknią za mną? Powiedz im, żeby się trzymały. Wiem, że nie usłyszą, ale powiedz!
- Jadły dzisiaj? Dwa razy? Pamiętaj, mają jeść dwa razy dziennie, najlepiej rano o 8 i o 17!
- A Dzika? Nie jest samotna? Może dokupimy jej drugą dziką?

Franek w ferie, w czasie pobytu u babci, jak nigdy konwersował ze mną przez telefon - jednak 3/4 "czasu antenowego" poświęcał na wypytywanie mnie wyłącznie o stan fizyczny i psychiczny swoich podopiecznych, które z przyczyn logistycznych zostały w Warszawie. Każdą rozmowę zaczynał i kończył pytaniem, czy Agnieszka nie jest czasem w ciąży? Czy na pewno? A kiedy będzie? Aż mnie już niepokoiło to zafiksowanie na rybiej urojonej ciąży. Tym bardziej, że Agnieszka płaska jak deska, żwawo pomykała między roślinkami. Marysia kilka razy rzuciła hasło, że Aga albo jest w ciąży, albo jak Gabrysia chora, i odpłynie od nas do krainy wiecznych (po)łowów, ale na moje oko ani jedno ani drugie nie wchodziło w grę. Przecież pamiętam gupiczki z mojego dzieciństwa, pękate jak beczki - nasza Aga przy nich ma talię jak osa!

Franek wrócił do domu w niedzielę. Dzisiaj odebrałam go ze szkoły, pojechaliśmy do przedszkola po chłopaków i do domu. Franek do akwarium. Pokazywał Weronice nasz nowy nabytek - Dziką (botię).  
- Mamo, mamo! Jest mała rybka!
Zignorowałam tę rewelację, bo różne rzeczy pływają w naszym akwarium m.in.kawałki roślin, które są skutecznie niszczone przez ślimaki, których to nie możemy się pozbyć, bo nie (jak będzie ciepło wyniesiemy je do kanałku;). W zoologicznym sprzedawca polecił nam botię - rybkę drapieżną, która wyżera ślimaczą ikrę, stąd nasza Dzika ). 
- Mamo, chodź! Zobacz!
Napięcie i ekscytacja w głosie Franka sprawiły, że pognałam co sił do akwarium, a tam.... rybka!

Dzieci nakarmiłam dopiero około godz. 20. Bo dużo czasu zajęło mi/nam przygotowywanie słoików (rybi poród zaskoczył nas zupełnie, więc nieprzygotowani byliśmy, oj nie), wyławianie "noworodków", jak nazwał je szczęśliwy właściciel, i obserwowanie rozwoju sytuacji.  A spieszyć się trzeba było, bo Dzika jest amatorką nie tylko ślimaczej ikry, ale i takich maluchów. Wyłowiłam dziewięć rybich brzdąców! 9 par oczu z ogonkiem! Są w słoiku. Jutro muszę kupić im kotniczek! Franek jest szczęśliwy. Są. Doczekał się. Nasze akwarium żyje!


W wszystko zaczęło się kilka miesięcy temu, kiedy moje dzieci zaczęły mówić o zwierzątku. Franek marzył o rybkach i marzył, i choć czas mijał -  rybki ciągle były na 1 miejscu, nie Hot Wheelsy, nie Gormici czy inni tacy... A potem pożyczyłam Gupikowo Moniki Kowaleczko-Szumowskiej. I przepadło...
 Gupiki musiały pojawić się i u nas, tym bardziej, że prośby kierowane były nawet do św. Mikołaja. Matka może by i odmówiła, ale święty nie mógł ;)

Rozmowa z Moniką Kowaleczko-Szumowską TU

Gupikowo,
Monika Kowaleczko-Szumowska,
Wydawnictwo BIS, 2011.

piątek, 1 lutego 2013

Chłopiec i pingwin, Oliver Jeffers

Kiedy chłopaków dopada wirusisko, z nosów płynie fontanna, a płuca szarpie kaszel - sięgamy po sprawdzone książki. Takie, przy których można się przytulić i zamyślić, i które zawsze dobrze się kończą. Jedną z takich książek, ulubionych, jest Chłopiec i pingwin Olivera Jeffersa.

Był sobie raz chłopiec i pewnego dnia w drzwiach jego domu stanął pingwin - już pierwsze zdanie zapowiada książkę niezwykłą i taka ona jest rzeczywiście. Wspaniale opowiedziana historia chłopca i pingwina, mądra, i pięknie zilustrowana.

Pingwin miał smutną minę, więc chłopiec pomyślał, że pewnie się zgubił. Postanowił pomóc mu odnaleźć drogę do domu. Pytał w Biurze Rzeczy Znalezionych, pytał napotykane ptaki i kaczkę w wannie, ale nikt nie szukał pingwina. Kiedy więc dowiedział się, że pingwiny żyją na Biegunie Południowym postanowił pomóc mu tam się dostać... Co się wydarzy, kiedy chłopiec i pingwin dotrą na Biegun? Czy chłopiec zostawi tam przyjaciela i wróci do domu? Czy może...? Piękna książka o samotności i lekarstwie na nią -  przyjaźni. I dla przedszkolaków i starszych.
Czytając tę książkę nie sposób nie zachwycać się ilustracjami - Oliver Jeffers ma dar przekazywania emocji, im prościej tym bardziej, wystarczy popatrzeć na chłopca i pingwina, którzy choć narysowani bardzo prosto i lekko  - mimiką oddają swoje uczucia i emocje. Morze zdumiewa, zachwyca i przeraża rozmachem i kolorami, patrząc na te ilustracje czujemy przestrzeń i jego wielkość.

Autora znamy już z innej książki, równie ciekawej i mądrej - pisałam o niej TU

Chłopiec i pingwin,
Oliver Jeffers,
Wydawnictwo MAM,
2010.







Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...