O książkach i grach, które nam się podobają, ciekawych miejscach, w których byliśmy i o wydarzeniach, w których uczestniczyliśmy. A także o paru innych rzeczach...

środa, 27 listopada 2013

Pora na potwora, Aleksandra i Daniel Mizielińscy


Oj, jak dzieci lubią potwory! A jeszcze jak mogą same sobie kombinować przy ich potworności, to już w ogóle! Zabawa murowana. Może niech ma dwie głowy i cztery nogi, albo zamiast pupy ogon węża? A może zobaczymy, jak będzie wyglądał rysiopotwór z kaczym kuprem? A może niech ma sześć nóg albo paszczę węża? A może niech głowy nie ma w ogóle i nie straszy? A może...
Kombinacji jest wiele, a dzieci, które już znają literki mają bonus w postaci łamania języka na skomplikowanych nazwach, które się pojawiają przy każdym nowopowstałym stworze. A te które nie znają, pewnie szybko je poznają, bo ciekawe, jak się będzie nazywać ten i tamten, mama, jaka to literka?
Aleksandra i Daniel Mizielińscy, w czasie kilku lat zdetronizowali wielu, wyrośli na markę nr 1. Czego się nie dotkną, to zamieniają w złoto! Tym razem wzięli się za potwory i potwornie dobrze im to wyszło! "Pora na potwora" to książeczka samograj i tyyyyle możliwości!

* Potwory i stwory czekają na właściciela - to jedna z nagród w naszym świątecznym konkursie!

Pora na potwora,
Aleksandra i Daniel Mizielińscy,
Wydawnictwo Dwie Siostry,
2013.

poniedziałek, 25 listopada 2013

Misiek i świąteczne obżarstwo, Anna Gras

"Misiek i świąteczne obżarstwo"Anny Gras to druga część historii 11-letniego Miśka, pierwsza to "Misiek i fałszerze czekolady" -  obydwie książki wydane przez Wydawnictwo Dobre Słowo (dawne Grodkowskie), osadzone we współczesnych realiach i z detektywistycznym zacięciem.

Misiek to bardzo sympatyczny chłopiec, stojący nieco na uboczu klasy, bo jest trochę inny, ma lekką nadwagę i nietypowe zamiłowanie - chłopak jest pasjonatem dobrego jedzenia, co bywa powodem do kpin, ale i przynosi mu sukcesy na różnych polach.
Tym razem Michał, bo taka naprawdę ma na imię nasz bohater, jedzie na Wigilię do rodziny. Niechętnie, bo wie, że spotkania rodzinne przeważnie nie przynoszą niczego dobrego tylko niesnaski i rodzinne przepychanki, i aura świąt niewiele tu zmieni. Może być tylko gorzej! Wraz z mamą i babcią (ojciec chłopaka pracuje w Stanach i na święta przylecieć nie mógł) odwiedzają wujka Milka i ciocię Basię, która aspiruje do miana kucharki roku, niestety na aspiracjach i przerośniętej ambicji się kończy (niektóre dania nie są dziełem jej rąk, tylko produktem ściągniętym z hipermarketu). Biedny Misiek wie, że jego podniebienie będzie przeżywać  katusze i tak się dzieje, bo ciotka raczy rodzinę daniami z kuchni azjatyckiej i tak zamiast pierogów i barszczu serwuje zupę chińską i polędwiczki w sosie azjatyckim. Do tego chłopak z kuzynostwem się nie dogaduje, a babcia ma tendencję do pouczania i strofowania, szczególnie Miśka. Takie święta nie mogą być udane...
I choć nieszczeście goni nieszczeście, a atmosfera nijak nie przypomina radosnych świąt z reklam w tv, do tego Misiek zostaje niesłusznie posądzony o zjedzenie cukierków z choinki - a z pierwszej części wiemy, że Misiek to człowiek honorowy i o dobre imię będzie walczył jak lew! - dzieją się tu i rzeczy niezwykłe. Jak poznanie Kasi, która samotnie spędza święta (zapracowani rodzice nie zdołali dojechać na Wigilię z miasta, gdzie prowadzą biznesy), wizyta Mikołaja, który pomaga Miskowi odzyskać dobre imię i złapać cukierkowego przestępcę i.... ale o tym cicho, nie chcę Wam zepsuć czytania, zdradzając koniec. 

Misiek i świąteczne obżarstwo to książka, którą dobrze się czyta - jest napisana dobrym, lekkim językiem, a  bohater budzi w nas same pozytywne uczucia. Sympatyczny 11-latek i jego ironiczne, inteligentne poczucie humoru sprawiają, że naprawdę dobrze się bawimy (ciekawe są też jego relacje z mamą, która często wprowadza w domu dyktaturę, jednak tak naprawdę z Miśkiem świetnie się rozumieją i dogadują). Książka ma jeden minus - jest zdecydowanie za krótka - czekamy z niecierpliwością na kolejne części!

* Misiek i świateczne obżarstwo - to kolejna książka, którą dostaliśmy na nasz świąteczny konkurs :)

Misiek i świąteczne obżarstwo,
Anna Gras,
Wydawnictwo Dobre Słowo (dawne Grodkowskie),
wydanie II 2013.

niedziela, 24 listopada 2013

Mysi domek. Sam i Julia w teatrze, Karina Schaapman


No po prostu oczu oderwać nie można! - Mamo, ty też nam zrobisz taki domek? - to pytanie moich chłopaków, kiedy oglądaliśmy książkę, wprawiło mnie w konsternację. Z jednej strony było mi miło, że WIERZĄ, że mogłabym coś podobnego (choć w jednej tysięcznej) stworzyć, z drugiej - kiepsko pozbawić ich złudzeń i przyznać się, że to poza moim zasięgiem, i nie ma nawet co próbować. Makieta mysiego domku powala, aż trudno uwierzyć, że coś takiego można zrobić - tyle, TYLE detali, wszystko wysmakowane i takie naturalne (spostrzegawcze oko dostrzeże nawet torby z Ikei, w wersji mini oczywiście)! I takie piękne! I pomyśleć, że zaczęło się od kartonu po pomarańczach i papieru mache! Chapeau bas!

A co z tymi myszkami? Bohaterami książki są Sam i Julia, myszki - ona odważna i przebojowa, on trochę wycofany i bardzo ułożony. Pochodzą z różnych rodzin (Julia mieszka z mamą, Sam natomiast jest z rodziny wielodzietnej i wielopokoleniowej). Przyjaźnią się, rozumieją i wspierają, i razem przeżywają wiele przygód, uczestnicząc w wydarzeniach swoich rodzin i innych wielokulturowych mieszkańców domu (mysi domek ma około 100 pokoików!). Poznają różne tradycje, muszą odnaleźć się w różnych, często trudnych sytuacjach (śmierć dziadka Sama, szykowanie trumny, pogrzeb), Julia trafia do szpitala; poznają nowych mysich mieszkańców - malarza, szmaciarza, zerkają do kotłowni, wreszcie są w prawdziwym teatrze....Autorka pod płaszczykiem zwyczajnych wydarzeń przemyca tu ważne edukacyjnie treści.

Bardzo ciekawa książka, wizualnie  - zachwycająca (ach, ta Ella w stroju baletowym, szpital, teatr!}każda ilustracja - zdjęcie makiety domku z jej bohaterami - sprawia, że można oglądać i oglądać...

Idealny prezent pod  choinkę, tym bardziej się cieszę, że ktoś z Was zostanie właścicielem tej książki ;) Bo książkę tę przekazało - dla jednego z uczestników naszego konkursu - wydawnictwo Media Rodzina!


Mysi domek. Sam i Julia w teatrze,

Karina Schaapman,
przekład Jadwiga Jędryas,
Media Rodzina,
2013.

sobota, 23 listopada 2013

czwartek, 21 listopada 2013

Święta, które zapamiętam... KONKURS dla WAS i atrakcyjne nagrody!

Zabawa choinkowa - na rękach u Taty, z paczką świąteczną w garści :)

Moje święta, kiedy byłam dzieckiem, zlewają mi się w jedną wielką Wigilię i mikołajki razem wzięte. Nie pamiętam dat i chronologii, tylko atmosferę.

Pamiętam dumę, kiedy jako jedyna z klasy mogłam pochwalić się listem od świętego, ba! - Mikołaj napisał do mnie wierszem, a i coś narysował przy okazji! List wędrował po klasie, każdy chciał zobaczyć, przeczytać :)
Pamiętam szczęście, kiedy rano zobaczyłam wózek (niebieski z budką) z najpiękniejszą lalką świata, podrzucony nocą przez Mikołaja. I to, jak łykałam łzy, kiedy zostawiłam go pół roku później na placu zabaw - kiedy wróciłam, już go nie było...
Pamiętam emocje, kiedy rozrywałam opakowania prezentów - nie pamiętam, co w nich było poza książkami, których okładki mam przed oczami do dziś :)

A Wigilia? Najpierw kolacja u Dziadków, potem długie nocne rozmowy i wybuchy śmiechu, które usypiały mnie już w naszym domu. Bo tu przenosiło się spotkanie wigilijne, z oficjalnego stawało się nieoficjalnym, co wynikało z tego, że nasze mieszkanie było większe od kawalerki Dziadków, i goście - rodzeństwo mamy z rodzinami spało u nas. Gwar, ludzie, radość ze spotkania czasem po wielu miesiącach i ja - najmłodsza w rodzinie, chłonąca rozmowy, których sensu nie zawsze rozumiałam, karmiąca się poczuciem bezpieczeństwa i niezwykłości, jakiejś podniosłości tych chwil. Opowieści cioci Lucyny, iskrzące humorem i pełne zwrotów akcji - o miejscach, w których była; ludziach, których spotkała  i wydarzeniach, w których uczestniczyła. W wieku dojrzałym, już w Australii, gdzie mieszka, została pisarką i spisuje historie, prawdziwe i wyobrażone, z tym samym poczuciem humoru, które kiedyś serwowała nam na żywo. Ciocia Irka - moja ulubiona i ukochana, która stała się dla mnie wyznacznikiem bycia damą i odzwierciedleniem kobiecej klasy. Przyciągająca ciepłem, czarująca. Kuzyni, kuzynki, rodzice, siostra, dziadkowie...

Tam wracam. Tej atmosfery mi brakuje, kiedy przy stole wigilijnym wraz z latami zmienia się skład, jedni odchodzą, pojawiają się nowe, młode twarze. Najbardziej boli to puste miejsce, tego wieczoru czuje się to jeszcze dotkliwiej.
Dużo było Wigilii i świąt ważnych - z dwumiesięczną Manią, w ciąży z bliźniakami. Z maleńkimi dziećmi - piewsze magiczne świeta. Jednak ta, którą teraz czuje najmocniej, do której wracam - to ta sprzed ośmiu lat, ostatnia z Tatą.
Ostatnia Wigilia razem, poprzedzona kilkoma tygodniami badań Taty i moimi wędrówkami po CO, które dotąd znałam jedynie z konferencji prasowych. Teraz tocząc przed sobą ogromny brzuch (byłam w 8 miesiącu ciąży z Frankiem) poruszałam się jak somnambulik, czując jednocześnie wspólnotę i nieme porozumienie z bliskimi chorych, z którymi mijałam się na korytarzach i  i w windzie.
Potem powrót do domu i Wigilia przygotowywana na szybko, zupełnie inna niż wszystkie wcześniej, cicha, skupiona. Co roku przygotowania przedświąteczne sprawiają, że myślami cofam się do tamtego okresu. Bo choć to był trudny czas, i mieliśmy przeczucie, że już nic nie będzie takie jak wcześniej, byliśmy RAZEM. Wspomnienie tych godzin i dni trzymam na dnie w szufladzie jako najcenniejsze...
A jak Wy wspominacie swoje święta?


ŚWIATECZNY KONKURS

Zatrzymajcie się na chwilę. Na moment cofnijcie się do czasu, który chcielibyście zatrzymać, do wspomnień, które grzeją w zimowe wieczory. Do tych listopadów i grudniów, które w sobie nosicie... których zapach i smak chcecie odtworzyć w swojej kuchni, śmiech wskrzesić, czy przytulić się do kogoś, kto był i już go nie ma... Pamiętacie czekanie na Mikołaja i prezenty? Niecierpliwe wyglądanie pierwszej gwiazdki i poczucie, że czas niemożliwie się dłuży i rozciąga? Eksyctacja, radość, bezpieczeńśtwo i świadomość, że właśnie te chwile chcielibyście zamknąć w słoiku i wracać do nich, oglądać, smakować...

Napiszcie o tych świętach, które były dla Was niezwykłe i niezapomniane, a może tylko o jednej chwili, która utkwiła w Was na lata. Każdy z nas nosi w sobie takie wspomnienia - ludzi,miejsc, rozmów, emocji, które wypełniały nas po brzegi... Jakie są wasze świeta, które zapamiętacie na długo?

Może to będą Wigilie z Waszego dzieciństwa, a może z dzieciństwa Waszych dzieci? Zabawne i śmieszne wspomnienia, a może poruszające, nasiąknięte emocjmai, przełomowe?. Po prostu.... ŚWIĘTA, KTÓRE ZAPAMIĘTAM.

Dzięki uprzejmości Wydawnictw: Zakamarki, Dwie Siostry, Media Rodzina, BiS, Dobre Słowo, iCzytam i  blogerki Ani (Śmigła Igła), mam dla Was atrakcyjne NAGRODY - książki, audiobooki i ręcznie szyte maskotki!.


ZASADY KONKURSU:

1. Organizatorem konkursu jest autorka bloga Maki w Giverny.

2. Konkurs jest dla osób, które polubiły/polubią fanpage Maki w Giverny i UDOSTĘPNIŁY zdjęcie konkursowe!

3. Wspomnienia - krótkie, długie - wysyłajcie na e-mail: makiwgiverny@gmail.com, podając w tytule imię i nazwiska i adres bloga, jeśli go prowadzicie,

4. Konkurs rusza 22 listopada i zakończy się 10 grudnia, o północy.

5. Jeden autor może nadesłać jedno wspomnienie.

6. Wasze historie będą opublikowane na blogu Maki w Giverny i Facebooku.

7. Zwycięzców wybiorę razem z moją rodziną - liczba nagrodzonych będzie zależeć od liczby nagród, które zgromadzimy - bo tu sytuacja ciągle się zmienia :) -  przyznamy je uczestnikom, których historie najbardziej przypadną nam do gustu :) - poruszą, rozbawią itd.

8. Nagrody są wysyłane tylko na terenie Polski.

środa, 20 listopada 2013

Książki dla nastolatków - do tablicy wystąp!

Książkom dla dzieci poświęca się dużo miejsca i w internecie i prasie. Blogi czytających mam wyrastają jak grzyby po deszczu, nie brakuje recenzji i list książek, które warto czytać dzieciom. Gorzej, jeśli szukamy czegoś dla nastolatków...

Nie brakuje tu pewnie mam nie tylko kilkulatków, ale i nastolatków! Prawda??? Są tu takie??? Matki kochane, co czytają Wasze dzieciaki? Co warto im podsuwać, podtykać i podrzucać? Moja lista nastolatkowych hitów uległa chyba przedawnieniu. Okazuje się, że moje ukochane książki z wczesnej młodości - dzisiaj trącą myszką, są nudne (NAPRAWDĘ???), nieczytelne (no żesz!) i nie kręcą młodzieży (chlip, chlip)... Mam przechlapane, tym bardziej, że fantastyka, która jest tak atrakcyjna dla współczesnych kilkunastolatków, jest mi tak bliska jak obce galaktyki... i przyznam, nie zamierzam tego zmieniać!

Stwórzmy listę książek dla nastoletnich! Niech będzie dobrą ściągą, która ułatwi nam życie ( i babciom, dziadkom, ciociom) w czasie przedświątecznych zakupów prezentowych i  wielu innych, kiedy będziemy szukały książki na prezent! To trudniejsze, bo nastolatkom już nie czytamy, czytają same - i to całkiem dużo, pomóżmy im więc czytać książki mądre ( a nie tylko sagi o wampirach, czarownikach i amerykańskie serialowe powieści pisane na kolanie w odcinkach) i pięknie wydane!

Odezwijcie się, liczę na Was!

Zabawny ptaszek, Jennifer Yenkers


"Zabawny ptaszek" to mała, cieniutka książeczka, przyciągająca wzrok surowym, wręcz ascetycznym wydaniem. To historia małego ptaszka, który był niewidoczny, taki jakiś nijaki, a kiedy już jakieś zwierzaki go zauważyły, to go wyśmiewały. Ptaszek, łykając łzy, postanowił pójść przed siebie, w świat...
Na drodze napotkał pięknego, kolorowego ptaka i przyszedł mu do głowy pomysł, co zrobić, aby przyciągać wzrok i uwagę innych. Zaczął zbierać piękne piórka, kwiaty, zboża i ozdabiać się nimi. Wyglądał niezwykle, jednak... zrozumiał, że gdy był niewidoczny, był również spokojny o swoje życie. To, co uważał za swoją wadę - uczynił zaletą: w obliczu niebezpieczeństwa zasłaniał sobą inne zwierzątka i te również stawały się niewidzialne. Jak się można domyślić, pomagając innym - szybko znalazł przyjaciół.

Podobają nam się ilustracje - czyste, przejrzyste, autorka tu zaznaczyła dzióbek, tam nóżkę, ptaszka trzeba troszkę poszukać, i aż korci małe paluszki, żeby złapać kredkę i dorysowywać ptaszka, gdzie się da...
Szyte kartki, dobry papier, mądre przesłanie.



Zabawny ptaszek,
tekst i ilustracje Jennifer Yenkers,
Wydawnictwo Widnokrąg
2013.

niedziela, 17 listopada 2013

Pospiesz się, Albercie, Gunilla Bergström


Nie mam pojęcia, jak to działa. Dlaczego, kiedy wreszcie przychodzi weekend i naprawdę MOŻNA SOBIE POSPAĆ, moje chłopaki zrywają się ciut świt. Dosłownie. Nie ma jeszcze szóstej, a do naszego pokoju wjeżdżają pierwsze pociągi i samochody. Zaczynają się wyścigi; słychać chrzęst pociągowych kół; wycie, biorących ostre zakręty wyścigówek i zaczynają się ostre dyskusje między rozgorączkowanymi rajdowcami (a kiedy argumentów nie staje - chłopaki przechodzą na niższy poziom i wstyd przyznać, dochodzi nawet do rękoczynów!). No nie da się spać, nie da. W ciągu tygodnia - sytuacja jest odwrotna. W pokoju chłopaków trwa niczym niezmącona cisza, zakłócana jedynie przez ciche oddechy i posapywania... I co z tego, że budzik obudził wszystkich w okolicznych mieszkaniach - chłopaki chcą spać! A kiedy już zostaną zwleczeni spod ciepłych kołder... czas mają za nic! Co z tego, że za 45 minut już czas, naprawdę czas wyjść, bo tata musi ruszyć do pracy i bardzo się spieszy... Trzeba dokończyć kolorowankę z wczoraj, rozruszać pojazdy po nocy, a jest ich nie mało - pewnie nocna stagnacja źle im robi, trzeba pomarudzić nad śniadaniem, albo ku rozpaczy taty - jedząc, przeglądać interesującą lekturę... Pojęcie czasu nie istnieje - rano, według moich chłopaków, jest on z gumy i to pora, kiedy można zrobić dużo, niespiesznie, w żółwim tempie, doprowadzając ojca do rozpaczy i czasem matkę, bo zdarza się - rzadko (co po cichu przyznaję sobie cenię :), że to ja od święta odstawiam ich do placówek edukacyjnych - bo na co dzień, kiedy oni wstają, ja już jestem w pracy).

Dlatego lektura "Pospiesz się, Albercie" wywołuje w moich słuchaczach porozumiewawczy uśmiech na twarzy i zgodne "ha ha ha". Oni doskonale wiedzą, jak to jest. To o nich!
Bo Albert rano, tak jak moi panowie, bardzo dużo musi... musi naprawić samochód, ubrać lalkę, obejrzeć książkę o zwierzętach i rzucić okiem na jeden taki obrazek z wężami, naprawić rozdartą stronę, przejrzeć gazetę i jeszcze zamienić się w strażaka... i na nic wołania taty "Pospiesz się, Albercie" i wizja zimnej kaszki.... Kiedy wreszcie po długich minutach Albert dociera do kuchni i dostaje przyspieszenia... autorka puszcza oko do rodziców - którzy czasem też są jak dzieci!

Świetny zmysł obserwacji, duża sympatia dla dzieci i rodziców i znajomość rzeczy, to wszystko powoduje, że książki Gunilli Bergström czyta się świetnie, choć Albert powstał 40 lat temu! Pewne zjawiska się nie starzeją - w każdym dziecku drzemie mały Albert! To sprawia, że Albert jest u nas zawsze mile widziany, to takie alter ego moich chłopaków :)

Śniadanie czy czytanie?

Pospiesz się, Albercie,
Gunilla Bergström,
Wydawnictwo Zakamarki,
2012.

środa, 13 listopada 2013

Ale odlot!

Piątkowy seans filmowy ;)
Dla mnie filmowa historia starszego pana, Carla Fredricksena, mogłaby się skończyć, nim się na dobre nie zaczęła. Nie dlatego, że mi się nie podobała, o nie! - cały film obejrzeliśmy z przyjemnością. Jednak retrospektywne obrazy z dzieciństwa, od poznania niesfornej dziewczynki, ich przyjaźń i ślub, a potem wydarzenia gorzkie przeplatające się z chwilami szczęśliwości, składające się na ich życie - pełne miłości, to osobny film w filmie - jak dla mnie to już wystarczy ;). Życie skondensowane w pigułce. Do tego w konwencji starego kina i czarno-białej kliszy. Nostalgicznie. Ale ja tak mam, potrafię płakać na Toy Story, co już tajemnicą nie jest, bo dzieci wszystkim wygadały ;)

Żona Carla, podobnie jak on, zafascynowana przygodami znanego podróżnika, całe życie marzyła o podróży do Wodospadu przy Podniebnych Źródłach. Jednak mimo chęci wybrania się do Ameryki Południowej i ściubienia każdego grosza na podróż życia, nie udaje im się tam pojechać. Carl pewnego dnia, patrząc już na chorą żonę, uświadamia sobie, że jej marzenie nigdy nie zostanie zrealizowane. Jest mu przykro - dziennik przygód, który całe życie czekał na te najważniejsze zdjęcia, zostanie niedokończony. Ela umiera.

Carl, zgorzkniały starszy pan szamoce się z budowlańcami - wokół jego domu powstają nowe osiedla, developerzy ostrzą zęby na jego działkę, jednak ten pozostaje nieugięty. Nie sprzeda domu, w którym unoszą się wspomnienia całego dobrego życia... Jednak decyzją sądu, po bójce, w którą się wdał z robotnikami, dostaje nakaz zamieszkania w domu opieki. Carl wpada wtedy na szaleńczy plan, który wciela w życie. Zamienia swój dom w powietrzny statek z tysiącami balonów, które unoszą go w podróż do Ameryki Południowej.
Zgorzkniały 78-latek nie odpuszcza, nie pozwala się wypchnąć ze swojego życia, nie daje się wykluczyć. Do tego otwiera swoje serce na ciapowatego harcerzyka, który przez przypadek stał na ganku jego domu, kiedy dom wzbijał się w powietrze...
Okazuje się, że przyjaźń nie ma wieku, a pewne wartości są ponadczasowe. Nasz bohater zrealizował marzenie nie żyjącej żony; żeby później odkryć że największą przygodą jej życia był związek z nim, a pozornie zwyczajne chwile miały największe znaczenie.

Na początku było" Mama, a dlaczego ten pan ma taką dziwną szczękę", by już po chwili było cicho jak makiem zasiał! Chłopaki mimo późnej godziny - obejrzeli film do końca, a potem w czasie następnych dni - jeszcze kilka razy. Niektóre kwestie znają na pamięć. Niektóre fragmenty odtwarzali wielokrotnie. Jedne z ulubionych tekstów, wzbudzających wesołość po wielokroć? Proszę bardzo:

"Jestem tu, bo jesteś moim panem i kocham ciebie" - kwesta Asa ;)

"Fredricksen: Znasz zabawę w króla ciszy?
Russell: Jasne! ciągle gram w to z mamą!",

"- Panie Fredricksen już nie mogę, kolano mnie boli!
- Które kolano cię boli?
- yyy właściwie to łokieć..."

Często wybuchali śmiechem, czasem skoncentrowani - w ciszy - chłonęli akcję. Odlot - to film, do którego pewnie jeszcze nie raz wrócimy.  Typowe amerykańskie kino familijne, ale miło się ogląda!

Piątkowe seanse familijne weszły już nam w krew, nawet jak tv nie ma ciekawych propozycji.

Odlot *,
amerykański film animowany,
reż. Pete Docter,
wytwórnia Pixar,
2009.

* Oscar za najlepszy pełnometrażowy film animowany, Oscar za najlepszą muzykę filmową.

sobota, 9 listopada 2013

Jajuńciek, Paweł Pawlak

Podobają Wam się ilustracje Pawła Pawlaka, więc popatrzcie na te w książce "Jajuńciek". Opowieść ma dopisek "bajeczka trochę irlandzka: "Pewne elementy historii - bieda i głód, niektóre detale wnętrz, niektóre pejzaże, nawet niektóre kolory - mają swoje korzenie w mojej podróży do Irlandii. Stąd też dopisek, który widnieje na stronie tytułowej: „bajeczka trochę irlandzka" - mówi Paweł Pawlak*

Tytułowy Jajuńciek wraz z braćmi, zmuszony sytuacją materialną rodziny, musi wyruszyć z domu za przysłowiowym chlebem. Ponieważ zające są muzykujące - wędrują od miasteczka do miasteczka, od polany do polany -  grając i tak zarabiając na marchewkę.
Pewnego dni docierają do dziwnego miasteczka, smutnego i zaśnieżonego, choć poza bramami miasta wszystko się zieleni! Mieszkańcy zamiast wychodzić z domów i cieszyć się z radosnej muzyki, na widok muzykantów z trwogą chowają się w domach. Im dłużej trwał koncert, tym mniej świateł paliło się w oknach...
Szybko okazało się, dlaczego. Otóż miasteczkiem rządził Lugubros Violentos Bardzo Groźny - król i rozczarowany eksmuzyk, którego koncert na chochlę, orkiestrę i fortepian niegdyś nie zdobył uznania mieszkańców miasta. Od tamtej pory sfrustrowany król tępił wszystkie dźwięki, spalił wszystkie instrumenty w państwie, na ognisku ugotował rosół ze skowronków, wtrącił do lochów wszystkich grajków... A tu banda zająców ośmieliła się wtargnąć na jego teren i zakłócić spokój! Król  wyłapał grajków i postanowił przygotować z nich pasztet - nie zauważył tylko malutkiego Jajuńćka, który ukrył się i postanowił przyjść braciom z pomocą.... Zdradzę tylko, że udało mu się to, dzięki grze na fleciku...Król z wściekłości pękł, miasto ożyło, a Jajuńciek został bohaterem!

Bardzo śmieszyło chłopaków słownictwo, jakim posługiwał się groźny król (Michał Rusinek mógłby o kilka określeń wzbogacić swoją książkę "Jak przeklinać" ;) ) pozwolę sobie zacytować fragment:

(...) Nie po to, do jasnej symfonii, przez całe życie pracowałem nad moim koncertem, byście teraz, niewdzięcznicy, bili brawo jakimś kicającym obszczyportkom! (...) Nie po to, akordy-mać, spaliłem wszystkie instrumenty, które były w państwie, nie po to na tym ognisku ugotowałem rosół ze skowronków i nie po to wtrąciłem do lochów wszystkich grajków, żeby teraz jakieś długouche pokurcze pimpoliły mi pod oknem! (...)


*Napisałam pierwotnie, że jest to "historia powstała  na kanwie bajki irlandzkiej", narysowana i spisana przez Pawła Pawlaka, za co autora baaaardzo przepraszam! [Błąd, na który zwrócił mi uwagę autor, naprawiłam].


Jajuńciek
,
Paweł Pawlak,
Wydawnictwo Muchomor 2005.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...