O książkach i grach, które nam się podobają, ciekawych miejscach, w których byliśmy i o wydarzeniach, w których uczestniczyliśmy. A także o paru innych rzeczach...

czwartek, 30 stycznia 2014

O kurze, która opuściła podwórze, Hwang Sun-mi, il. Kim Hwan-young



Ciężko mi napisać o Kurze. Bo traktuję ją bardzo emocjonalnie. Dawno nie czytałam książki, która by mnie tak poruszyła. Piszą o niej, że jest "o dążeniu do spełniania marzeń", i tak jest, niewątpliwe. Jednak dla mnie jest ona hymnem o miłości. Macierzyńskiej miłości. I jak myślę o niej - to ta miłość - bezinteresowna, pełna poświęceń, wyzwalająca całe pokłady odwagi i heroicznej wręcz siły, pełna radości i smutku i ogromnej mądrości - jest na pierwszym planie.

Kiedy przyszła paczka z zamówionymi książkami z wydawnictwa, czułam podekscytowanie. Nie znam literatury koreańskiej, bo czytaliśmy jedynie "Czarnego Ptaka" (wyd. Kwiaty Orientu), liczyłam na literacką ucztę. Kiedy wyjęłam Kurę - poczułam zawód, bo sądziłam, że będą twarde okładki i inne ilustracje, jakieś takie bardziej. Tymczasem okładka miękka, a ilustracji niewiele i do tego nieporywające.  W wolnej chwili, tego samego popołudnia, zaczęłam czytać. Zakładałam, że rzucę okiem i odłożę Kurę na najwyższą półkę, będzie w sam raz za jakiś czas. Jak chłopcy będą trochę starsi. Otóż nie. 

Ta książka okazała się dla mnie bombą z opóźnionym zapłonem. Od pierwszych zdań buduje napięcie, wciąga. Poraża mądrością. Przeczytałam ją całą. Kryjąc się w łazience, zwijając w kłębek na piętrowym łóżku chłopaków, a szykując kolację, miałam ją blisko. Żeby zaraz wrócić. Długo przekonywałam się do ilustracji. Na początku wydawały mi się brzydkie, z czasem - z każdą kolejną stroną w głąb - oswajałam się z nimi, zaczęłam przez nie widzieć świat Ipsak. Nie wiem kiedy - ale stały się piękne, ściskające serce.
Takiego problemu nie miał mój ośmioletni syn. - Mamo, to bardzo ładne rysunki -  mówił, przez trzy wieczory (tyle zajęło nam głośne czytanie Kury) uważnie przyglądając się książce.


***
Kura, choć opowiada o życiu kury mieszkającej w kurniku, potem na podwórzu i wreszcie na wolności i nie wykracza w narracji poza te ramy - jest powieścią wielonurtową. Opisując los ptaka dotyka wielu problemów i tematów. Ważnych tematów. Wolności i niewoli. Przywiązania do stabilizacji i strachu przed zagrożeniem, jakie może przynieść zmiana (podwórkowa brać). Tolerancji i inności. Pragnienia macierzyństwa i miłości do dziecka - adopcyjnego dziecka. Sensu życia i jego jakości. Pragnienia czegoś więcej i dążenia do realizacji pragnień. Zewu krwi i prawa natury. Odrzucenia. Samotności. Odchodzenia i śmierci.

Historia jest prosta i niezwykła. W kurze niosce - całe życie mieszkającej w klatce w kurniku (klatce tak małej, że ciężko zatrzepotać skrzydłami) - rodzi się pragnienie życia na podwórzu i wysiedzenia jaja, patrzenia, jak wykluwa się z niego pisklę. Tu w kurniku klatki są tak skonstruowane, ze złożone jajo od razu stacza się do rynienki, skąd zabiera je gospodyni.
Nasza Ipsak jest niezwykła choćby już dlatego, że sama wymyśliła sobie imię (Ipsak znaczy "liść").

(...) Liść, który przyjmuje jednako i wiatr, i promienie słońca, a gdy opada i butwieje, staje się kompostem. W końcu to także ten sam liść dzięki któremu, jak myślala, zakwitają pachnące kwiaty. Podobnie jak ipsagwi - liść drzewa akacji, także Ipsak chciała czegoś dokonać.(...) str. 13.

I myśli. Dużo myśli. Zadaje pytania i szuka na nie odpowiedzi.


Ipsak wie, że nie złoży już jaja, jest zmęczona, traci apetyt i pióra. Ma dość, gaśnie w niej wola życia,  jedyne co jeszcze ją trzyma to pragnienie opuszczenia kurnika i wysiedzenia jaja. Nadchodzi dzień, kiedy to marzenie ma szansę się zrealizować - tylko Ipsak nie wie, że słowa "pora, żeby opuściła kurnik", które słyszy z ust gospodarzy, oznacza dół śmierci. Miejsce, gdzie wyrzucane są martwe kury i te dogorywające. Nie wie też jeszcze, że na te, w których tli się jeszcze iskierka życia - czyha tam łasica. Wyrzucona traci przytomność, jednak budzi ją głos. Głos kaczora Włóczęgi, stojącego przy dole, który ostrzega ją przed zagrożeniem. Ipsak nie chce umierać nie wysiadując jaja, zbiera w sobie siły i umyka śmierci w dole i w łapach głodnej łasicy...
Zaczyna nowy rozdział swojego życia, pełnego walki i determinacji. Każdy dzień to wygrana bitwa. Najpierw na podwórzu, potem poza nim. Ale Ipsak wygrywa całą wojnę - bo, choć na koniec ginie zaduszona przez łasicę, to realizuje swoje marzenie, a nawet więcej.
Wysiedziała i wychowała dziecko, sprawiła, że mała kaczuszka wyrosła, nauczyła się wszystkiego, aby odlecieć ze swoimi pobratymcami, czuła bezgraniczną miłość i dumę ze swojego dziecka; wypełniła wolę kaczora Włóczęgi - przez co jego śmierć nie była nadaremna; a na koniec stała się pokarmem, dzięki któremu małe łasiczki mogły napełnić swoje brzuszki... Ipsak pokazała też samej sobie i innym zwierzętom, że jest niezwykła, dzielna i przewidująca, dokonała czegoś, na co żadna z kur nigdy by się nie zdobyła! Mało tego, nawet by o tym nie zamarzyła!

Miałam jedno pragnienie. Wysiedzieć jajo i zobaczyć narodziny pisklęcia! Spełniło się. Żyłam intensywnie, ale bardzo szczęśliwie. To dzięki marzeniu dożyłam tego dnia. Teraz chcę lecieć, jak Zielonogłowy, wysoko, zamaszyście, bardzo daleko - mówi na koniec.(s. 202)

I odlatuje. W górę, we wspaniałe, błękitne niebo.

Ipsak to prawdziwa bohaterka. Bohaterska matka z wyskubaną szyją. Dokonująca niemożliwego, rzucająca się na łasicę z wystawionymi bojowo pazurami - w obronie dziecka. Chuda, ale pełna życia. Bo odważyła się marzyć, bo zrobiła ten pierwszy krok i nie zabrakło jej odwagi, aby pójść dalej.


***


- Mamo, będziesz kupować mi tylko takie książki?
- Takie, to znaczy jakie? 
- Takie, takie... - Franek szuka słów, którymi mógłby określić emocje, które wywołała w nim Kura. -Takie pełne zwrotów akcji! 
Czytaliśmy tę książkę na głos. Franek po skończeniu wieczornego czytania jeszcze ją przeglądał, jeszcze patrzył na obrazki. Wybiegał dalej poza zakładkę, podpytywał, co się stanie, czy Zielonogłowy przeżyje, czy Ipsak nic się nie stanie, czy...? Ta książka wywarła na nim duże wrażenie. We mnie kłębi się nadal. Czuję się uskrzydlona.









O kurze, która opuściła podwórze,
Hwang Sun-mi,
il. Kim Hwan-young,
przeł. z koreańskiego:  Edyta Matejko-Paszkowska i Choi Eung Eun (Estera Czoj),
Wydawnictwo Kwiaty Orientu, 2011.


piątek, 24 stycznia 2014

Sztuka latania, Jan Bajtlik


Mału uparciuch, który nie odpuścił. Nie sposób go nie polubić, nie sposób się nie wzruszać, patrząc na te małe skrzydełka, które tak bardzo chcą trzepotać na niebie i króciutkie nóżki, które tak pragną oderwać się od ziemi... I ta czerwona czapeczka! I ta zdziwiona mina!


sobota, 18 stycznia 2014

Lady Pank. Biografia nieautoryzowana, Michał Grzesiek


"Lady Pank. Autobiografia nieautoryzowana"Michała Grześka to książka, o której nie mogę nie wspomnieć, choć dla dzieci nie jest ;). Bo LP to duża część mojej historii. Jednak o samej książce pisać nie będę poza tym, że pochłonęłam ją w niespełna trzy dni, odświeżyła mi pamięć, że znowu poczułam atmosferę tamtych lat ;) O książce TU . Napiszę o tym, dlaczego o niej chciałam pisać, dlaczego jest ważna. Dla mnie. Będzie długo i sentymentalnie ;) 

Poza tym powód jest jeszcze jeden - ktoś dzisiaj ma urodziny, już 58.! Panie J., wszystkiego najlepszego!
***

Jak to się zaczęło?

piątek, 17 stycznia 2014

Laszlo boi się ciemności, Lemony Snicket, il. Jon Klassen

Bałam się ciemności. Pamiętam swój strach przed ruszeniem choćby palcem u nogi, kiedy budziłam się w nocy, w pokoju otulonym ciemnością, w którym wpadające przez okno światło z osiedlowych latarni malowało na ścianach dziwne obrazy. A największe strachy widać było na szafie... Jej drzwi były jak zaproszenie do innego świata. Nocą stawały się widokiem odległej sawanny, przysięgam tak było - była tam jakaś woda i drzewa, trawy i poruszające się zwierzęta. Stada antylop i czający się lew, słonie majestatycznie pokonujące przestrzeń i... Ja to wszystko widziałam i choć minęło kilkadziesiąt lat - ten widok mam przed oczami, jak z wczoraj! A najgorzej się działo, kiedy Tata zaczynał cicho pochrapywać, na sawannę padał strach, zbliżało się coś groźnego i niebezpiecznego, zwierzęta wpadały w popłoch i ja też. Póki nie rozbudziłam się do końca.

niedziela, 12 stycznia 2014

Paluszki, czyli o dziesięciu takich, co nigdy się nie nudzą, Renata Piątkowska, il. Jola Richter-Magnuszewska


Paluszkom należy się uznanie, bo co jak co, ale małe paluszki nudy nie znoszą i ciągle coś robią, nawet wtedy, gdy wydaje się, że nie robią nic.
W pamięci utkwiło mi wspomnienie z mojego dzieciństwa. Mała Maja, ubrana w nowe "zdobyczne" rajstopki (kto przeżył dziecinstwo w czasach PRL-u wie, o co chodzi) siedzi przed telewizorem i nieco znudzona ogląda Teleranek. Paluszki się nudzą, więc zainteresowały się nowymi rajstopkami, które były takie gładkie i miłe w dotyku. Paluszki bezwiednie sięgnęły po nożyczki, którymi przed chwilą coś wycinały i przystąpiły do pracy. Powycinać dziury w rajstopkach - tego jeszcze nie robiły, więc ostro zabrały się do pracy i wycinały, wycinały... A potem małe dziury rozciągąły, rozciągały! Bo paluszki nie lubią nudy, oj nie!

piątek, 10 stycznia 2014

O czym nie śniło się dorosłym, Joanna Wachowiak, il. Jola Richter-Magnuszewska


To było tak, ze księzyc spadł z nieba na nas otwalty balkon i nas tata wsedł na balkon i wziął go do domu i Stasio powiedział, ze to piłka i kopnął go za balkon i potem jak go zzucil na chodnik to ten księzyc się lozbił i potem bylo takie carne tolnado i byl taki golyr i dal mi kilka zeczy i bawiłem sie owocami z tolnadem w bitwę i potem zucilem w niego  watę cuklową i zniszczylo się tolnado i nie bylo jego, i potem potem ksiezyc sie naplawił i wata cuklowa spadała z nieba, a ja podsunąłem tak daleko jezyk jak spadała, i spadała mi na język i ja sobie jadłem... - Antek z przejęciem relacjonował mi swój ostatni sen.

Moi chłopcy to mają sny! Czasem straszne, czasem zabawne, fikcja miesza się z rzeczywistością i trudno odróżnić, co stało się naprawdę, a co się przyśniło... Dlatego z pełnym zrozumieniem i przejęciem słuchali opowiadań "O czym nie śniło się dorosłym" Joanny Wachowiak.

Na książkę składa się dziewięć opowiadań - dziewięć snów nawiązujących do przeżyć przedszkolaka - granica między rzeczywistością a snem jest tu zatarta, często dopiero na końcu słuchający bajki przekonują się, że był to sen, a nie jawa.
Sny Bartka, rezolutnego przedszkolaka, nawiązują do wydarzeń przedszkolnych czy domowych, czasem wystarczy jedno zdanie, którego chłopiec do końca nie rozumie, albo porównanie, aby we śnie szukać odpowiedzi ("Kochanie nabierz więcej na łyżkę, nie tyle co ptaszek" powiedziała mama i chłopiec ... obudził się w ptasim gnieździe...). Moim chłopakom bardzo spodobało się opowiadanie Dżdżownica, o poszukiwaniu zwierzątka, które można będzie zanieść na zajęcia w przedszkolu (wiecie, że wśród przedszkolaków furorę zrobiły nie psy, koty czy chomiki, przyniesione przez dzieci, ale dżdżownica Lusia?), czytaliśmy je wielokrotnie. Mnie szczególnie do gustu przypadła i rozbawiła historia "Ręce mamy" - po niewinnej uwadze zapracowanej mamy (Przydałaby mi się dodatkowa para rąk!), chłopiec obserwuje jak wyrastają jej kolejne pary rąk, a praca dosłownie pali jej w rękach, jednak mimo tego nie ma czasu na zabawę z chłopcem... czy Dorosły (jak to jest być dorosłym czy dorosły wszystko może?).
Duża dawka humoru w każdym opowiadaniu sprawia, że dzieci po wysłuchaniu tych bajek zasypiają uśmiechnięte i niewątpliwie mają lekkie sny ;), ciekawe ilustracje Joli Richter-Magnuszewskiej dopełniają humorystyczną treść książki.

Bardzo przyjemna i zabawna książka dla przedszkolaków - stylem, jak i nawet samym wydaniem bardzo przypomina trzy części opowiadań o przedszkolaku Tomku Renaty Piątkowskiej. Polecamy!


Dziękujemy Wydawnictwu BIS za przesłanie nam egzemplarza do recenzji.


O czym nie śniło się dorosłym,
Joanna Wachowiak,
il. Jola Richter-Magnuszewska,
Wydawnictwo BIS, 2013.

wtorek, 7 stycznia 2014

Mapownik czyli praktyczny kurs mazania po mapach, Aleksandra i Daniel Mizielińscy


Na Mapownik ostrzyłam sobie zęby, kiedy tylko pojawiła się informacja o jego wydaniu. Jednak musiałam uzbroić się w cierpliwość, opłacało się - chłopaki dostali po jednym egzemplarzu od Gwiazdki, która nim podarowała prezenty, zapytała matki, co kupić, żeby trafić w dziesiątkę...Stanęło więc na Mapownikach

Mapownik jest uzupełnieniem/dodatkiem do Map - Mapy mamy jedne na całą familię (co niestety widać, nie wszyscy potrafią jeszcze delikatnie obchodzić się z książkami), Mapownik jest do indywidualnego użytku - jego właściel osobiście się w nim wyżywa artystycznie oraz intelektualnie (tu pomocne są  Mapy - jako zbiór informacji, z których korzystamy wypełniając polecenia w Mapowniku). Zabawa jest przednia, polecenia od łatwych po trudne, można dać upust fantazji, artyzmu, ale i wykazać się wiedzą.
Jednak kupując Mapownik naprawdę warto zasugerować się wiekiem dziecka - choć moi prawie pięciolatkowie chętnie w nim rysują, to jednak nie wszystkie polecenia są tu dla nich. Do tych trudniejszych wrócimy za jakiś czas, bo Mapownika, w przeciwieństwie do innych kolorowanek nie wyrzucimy - jak już wyrysujemy wszystkie kredki i wypełnimy wszystkie strony (a dużo jeszcze przed nami) - będzie inspiracją do bazgrania na czystych kartkach ;)  Za to Franek przepada między stronami na długie godziny :) Liczy, wypełnia, rysuje...


Mapownik czyli praktyczny kurs mazania po mapach,
Aleksandra i Daniel Mizielińscy,

Wydawnictwo Dwie Siostry

niedziela, 5 stycznia 2014

Malarze Ilustracji - byłyśmy, widziałyśmy!


Tylko do 6 stycznia można oglądać wystawę Malarze Ilustracji w Muzeum Sztuki Nowoczesnej, więc kto może, a nie był - niech ruszy na Emilii Plater 51. Warto!
Na wystawie oglądać można prace młodych autorów, urodzonych w latach 70-tych i 80-tych 20 wieku. Na pierwszy rzut oka widać nawiazania do Polskiej Szkoły Plakatu - nad całością unosi się duch zmarłego niedawno Waldemara Świerzego.

Zobaczyłyśmy ok. 70 prac 30 autorów - ilustracji, ale też prac z dziedziny mody czy sztuki użytkowej. Nie tylko widziałyśmy ilustracje m.in. Jana Bajtlika, Edgara Bąka, Agaty Bogackiej, Katarzyny Boguckiej, Marty Ignerskiej, Agaty Nowickiej, Anny Niesterowicz, Rafała Szczepanika, Magdy Wolny czy Ady Bucholc, Aleksandry Cieślak, Agaty dudek, Bartłomieja Kociemby i wielu innych, ale i dobrze się bawiłyśmy odnajdując znajome kreski, szperajac w głowach, skąd to znamy.... 
Jedne  ilustracje podobały nam się bardzo (piękne pływaczki Magdy Wolny, ilustracje Mirosława Grynia, Zamarznięty ptak Karpińskiej, kino Atlantic, prace Marty Ignerskiej i Oli Niepsuj, i długo by wymieniać, pośmiałyśmy się czytając i oglądając, czego boi się ilustrator... och ciężkie jest jego życie!), inne mniej, obydwie stwierdziłyśmy, że prac mogłoby być znacznie więcej, bo apetyt rośnie w miarę jedzenia i wyszłyśmy z niedosytem. 



www.artmuseum.pl

środa, 1 stycznia 2014

Z półki dziadków...


Najstarsza w domu książka dla dzieci... zgodnie z zamysłem Olgi, inicjatorki akcji Z PÓŁKI DZIADKÓW (blog Otymze), przetrząsnęłam regały z książkami w domu rodziców. Celem akcji jest odnalezienie najstaszej książki dla dzieci w domu, rodzinie. Właściwie to nie musiałam specjalnie szukać - stare książki zgrupowane są na jednej z zamykanych półek. Tata trzymał tam stare rękopisy i książki pamiętające czasy powstania listopadowego, a nawet jeszcze starsze...

Kiedy byłam dzieckiem, czasem zakradałam się i po cichu otwierałam tę szafkę i wyciągałam pierwszą lepszą książkę, mocno pachnącą kurzem, z pożółkłymi, wypadającymi stronicami. Lubiłam potrzymać je w dłoniach, powdychać zapach, zamyśleć się - ile ta książka przeżyła, do kogo należała, w jakich domach na półkach stała? Za każdym razem byłam zdumiona i czułam, jakbym trzymała w rękach CZAS. Ukrywałam się z tym swoim zamiłowaniem, nie wiem dlaczego, bo nigdy nikt nie zabraniał mi "grzebać" w książkach, tutaj jednak jakbym czułam, że ich wiek zobowiązuje do specjalnego traktowania... Że może nie powinnam, ze względu na ich wartość, tak po prostu ich ruszać.

Przy okazji pobytu świątecznego w domu, mając w pamięci akcję Otymze, otworzyłam szafkę - obecnie za choinką - całkiem legalnie. Przepatrzyłam książkę po książce. I choć lat mi przybyło od czasu, kiedy ostatni raz uchylałam drzwiczki tej magicznej szafki - wrażenie jest to samo! Tylko przez zdumienie i szacunek do tego zbioru przebija jeszcze żal, że nigdy nie zapytałam Taty o ich historię. On - z wykształcenia polonista, z pasji bibliofil, zamiłowany historyk i zbieracz starych rzeczy pewnie opowiedziałby mi wiele ciekawostek związanych z każdą z nich. Nieco informacji na temat tego zbioru udzieliła mi mama, trochę pomogły też ciocie, siostry Taty, które odwiedziły nas w święta.
Większość z tych książek (ale dokładnie które - nie wiadomo), przed wojną należała do rodziny Malarskich, którzy mieszkali w dworku w podkrakowskiej wsi Książnice Wielkie. Po powstaniu styczniowym zmuszeni zostali opuścić majątek - przenieśli się w pobliże domu rodziny mojego Ojca (ich nowa posiadłość, w klimacie dworku bezpośrednio sąsiadowała z domem i podwórkiem Taty). Po wojnie ostatni Malarscy - matka z synami, przenieśli się do miasta, a dom z sadem sprzedali. Nowi właściciele nie przywiązywali wagi do zgromadzonych tu resztek zbiorów książek (które zostały po poprzednich właścicielach)  i rozdawali je zainteresowanym nimi sąsiadom i wszystkim, którzy wyrazili chęć przygarnięcia konkretnej lektury. W taki sposób kilkanaście z nich stało się własnością mojego Taty.

Książki, które odłożyłam na bok, zgodnie z akcją, mają być dla dzieci.Wyszperałam kilka pozycji, którym uważniej się przyjrzałam.


Bari, syn Szarej Wilczycy, J.O Curwood'a (przekład J. Marlicz, Księgarnia Św. Wojciecha, wydanie drugie, rok wydania 1937). Introligatorska okładka, dane o wydawnictwie, wydaniu - jednak bez daty. Przekopałam internet - książki te opisuje się jako wydane w 1937 roku.
To druga część historii wilczej rodziny (pierwsza to "Szara wilczyca"), której pierwszoplanowym bohaterem jest Bari (syn wilczycy i psa), żyjącej w kanadyjskiej puszczy. 
***
"Krótka gieografja dla dzieci, cz. 1", Anny Nałkowskiej (nakładem Księgarni J. Lisowskiej, 1907),
***
"Latorośle, Pustelnia w górach, Czukcze" Sieroszewskiego (3 opowiadania z il. Górskiego i Pankiewicza), rok wyd. 1900. Czy to dla dzieci - niekoniecznie, jednak o dzieciach.
***
I na koniec - perełka! "Zasady poprawnego pisania" Józefy Kamockiej (wyd. 1886) - napisane dla uczennic. Przeczytajcie ten tekst - teraz tak się już nie pisze! Toż to urocze jest!


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...