O książkach i grach, które nam się podobają, ciekawych miejscach, w których byliśmy i o wydarzeniach, w których uczestniczyliśmy. A także o paru innych rzeczach...

niedziela, 27 lipca 2014

Staw w Opatkowicach


Staw rybny w Opatkowicach... nie byłam tu lata całe! Ostatni raz w czasach licealnych z J., obecnie mężem, kiedy to przychodziliśmy tu popływać. Co zresztą chyba było zabronione, jako że to prywatny staw i to rybny - mam nadzieję, że nie narażę się tym wyznaniem nikomu. Jeśli nawet, to minęło ze 20 lat, więc czyn ten pewnie uległ przedawnieniu ;)

Staw leży w bardzo malowniczym miejscu, otoczony lasem sosnowym, z małymi, wąskimi plażami, oddzielonymi szuwarami od wody. W pobliżu wsi Opatkowice, i bliziutko od trasy głównej Warszawa-Kozienice. Pięknie! W stawie karpie, szczupaki, sumy, liny, karasie, okonie i płotki. Jak kto wytęży wzrok ma szanse coś ruszającego się w wodzie dostrzec ;) Właściciele tego urokliwego terenu, prowadzą gospodarstwo agroturystyczne, więc spragnieni ciszy i odosobnienia mają tu okazję na chwilę wytchnienia, a nawet popływania łódką, żaglówką czy kajakiem.

My znaleźliśmy się tu przypadkowo, kiedy wyjechaliśmy na przedwieczorny rekonesans. Po prostu postanowiliśmy zamiast w odwiedzane ostatnio pobliskie miejsca rowerowe zobaczyć co się dzieje w tym rejonie.  Przyjechaliśmy  na rowerach, trasą rowerową, którą jak zobaczyłam to zdębiałam! No bo takich cudów, to tu nie wiedziałam te dwadzieścia lat temu! Była piaszczysta droga, po jednej stronie las, po drugiej stronie las (co też miało swój urok!), a obecnie elegancka ścieżka rowerowa, oddzielona od wąskiej szosy pasem trawy... las po jednej i po drugiej stronie pozostał!

Dzieciaki zachwycone, stroma skarpa to wyzwanie, te stwory tuż pod powierzchnią wody też ;) No i te widoki! Miła odmiana po częstych spacerach nad nasze jezioro.

Lubicie takie odludne miejsca?

sobota, 26 lipca 2014

Na dwóch kółkach


To pierwsze wakacje, kiedy wszyscy jeździmy na dwóch kółkach. Rowerki biegowe, które służyły chłopcom przez kilka lat, kurzą się w garażu, a plastikowe kółka, które dokupiliśmy z rozpędu, z pierwszymi" normalnymi" rowerami, szybko zostały odkręcone.

Staś poczuł rower z miejsca, Antoś troszkę zniechęcił się pierwszymi nieudanymi próbami jazdy na dwóch kółkach, troszkę obrażał się na te pedały, które sobie, a kierownica sobie i w ogóle, jak to zrobić, żeby razem... Jednak wystarczyło jedno, dwa krótkie wyjścia, na nieużywany parking - Staś kręcił już ósemki, a Antek - pilnujący bym trzymała siodełko - odjechał mi spod rąk i poszło... Brawa i zachwyty! Uśmiech i poczucie, że się da! Więc może jeszcze...

Jeszcze trudno samodzielnie ruszyć, mama musiała trzymać rower i ten jeden raz rozpędzić - ale już rzuciliśmy się na głęboką wodę - wyjazd na działkę, przez miejski lasek. Co jakiś czas postój i pomaganie w starcie i nagle nie wiadomo kiedy:  "Mamo, ja już umiem, ja sam! Zobacz!" To było pięć dni temu. Od tamtej pory codziennie wyruszamy na przejażdżki  - wczoraj zrobiliśmy objazd mojego rodzinnego miasta - na dwóch kółkach! Przy dużych ulicach było męcząco i dla mnie wewnętrznie nerwowo, bo taki ruch, tyle samochodów, ale udało się!


Jest cudownie! Kaski, plecaczki, mały prowiant. I wiatr we włosach. Czasem też moje nerwy, bo Franek i Staś zachowują się jak królowie drogi, Antek trzyma się mnie. I wszyscy od rana pytają: "mama, kiedy pójdziemy na rower?". Wszyscy chętni, maruderów brak. Te wakacje upływają nam więc "w siodle" ;)


Każde lubi nasze jazdy na swój sposób. Franek lubi mieć cel - jechać na działkę, lody, grzyby; Staś traktuje rower sportowo - wyszaleć się, pościgać, potrzymać kierownicę jedną ręką "Patrzcie, patrzcie co umiem!". Natomiast Antoś - Antoś pokochał rower i podróże totalnie. Totalnie! Nie ściga się, nie popisuje, stosuje się do zasad, kiedy trzeba zejdzie i poprowadzi, kiedy nie - spokojnie jedzie, kontemplując widoki. Kiedy się wywali, powolutku wstaje, podnosi sprzęt, otrzepuje kolana i dalej. Nie słucha docinków, które serwują mu bracia, kiedy muszą na niego czekać. Chłonie całym sobą to, co z prawej i lewej. I się cieszy, cieszy niemożliwie!

Wczoraj po wyprawie do lasu, chłopaki stwierdzili, że chcą już do domu. Antek nie, on jeszcze chce do drugiego lasu, zobaczyć tory. Zmęczonych odstawiliśmy do babci i pojechaliśmy dalej sami. I wiecie co? Przyjechał pociąg!

środa, 23 lipca 2014

Nasza paczka i niepodległość. O sześciu polskich świętach, Zofia Stanecka, il. Daniel de Latour

Na książkę "Nasza paczka i niepodległość" czekałam, bo...
Brakuje książek dla dzieci, w których dokopujemy się do korzeni, do fundamentów. Przypuszczałam, że ta książka może być dobrą lekturą dla mojego ośmiolatka, który interesuje się historią Polski, i to nie tylko wyśpiewując po kolei Pieśni Legionowe. Byłam też ciekawa, jak temat zostanie ugryziony, temat który można przedstawić encyklopedycznie, szkolnie, nudno, a może wcale nie? Okazało się, że może wcale nie. Można odwołując się do codziennych wydarzeń z życia kilkulatków (taka młodsza podstawówka) przedstawić w sposób lekki kawałek historii, przybliżyć terminy, wydarzenia. 

Już na pierwszych stronach poznajemy grupę dzieci, które mają swoją paczkę i bazę. Od razu dobrze się zapowiada - chyba nie ma dzieci, które nie robiłyby swoich baz na osiedlu, działce, w krzakach czy za blokiem. Nasi bohaterowie mają swoją bazę na drzewie, jest ona ich mini państwem, którego trzeba bronić przed zakusami obcych grup (np. rodzeństwa Maciupków i Milczącego Bruna), ale też i pracować na jej rzecz (np. sprzątać), a czasem nie robić nic i świętować. I jak każda grupa rządzi się swoimi prawami - tak i "nasza paczka" musi odróżniać się od innych, niezbędne więc są symbole jak np. identyczne pelerynki dla jej członków. 

Jest też Dziadek Wiktora, który z racji wieku do paczki nie należy, jednak przesiaduje w pobliżu na ławeczce. Dziadek - przewodnik, dziadek - symbol wiedzy i doświadczenia. Dziadek Wiktora obserwuje poczynania grupy, uśmiechając się pod wąsem, a kiedy trzeba wkracza do akcji - wyjaśniając, podpowiadając, wspominając: kiedy trzeba z zadumą, a kiedy nie - na wesoło. Ta postać wnosi tu nie tylko wiedzę, ale i humor - wspominki dziadka z czasów swojej żołnierki i młodości, lekko rubaszne, bezcenne!
Tekst dzieli się na dwie części, pod każdym opowiadaniem z życia dzieci, jest blok odnoszący się tematycznie do historii. Trochę dat, trochę historycznych faktów. Niezbędna wiedza dla każdego Polaka, nie tylko kilkuletniego.To po prostu trzeba wiedzieć!

Ilustracje Daniela de Latoura - żartobliwe, rysowane na szybko prostą kreską, w komiksowej formie.

Jedyna moja uwaga: dużo tu małych elementów, ilustracji, zdjęć, co wprowadza pewien bałagan, chaos. Dlatego trudno usiąść z książką i czytać ją od deski do deski, trzeba odkładać ją i wracać, co z drugiej strony może być zbawienne dla usystematyzowania, uporządkowania wiedzy i zapamiętywania ;)



 
Nasza paczka  i niepodległość. O sześciu polskich świętach,
tekst: Zofia Stanecka,
il. Daniel de Latour,

Wydawnictwo Egmont,
2014.

poniedziałek, 21 lipca 2014

Królewskie Źródła w Puszczy Kozienickiej



Cudze chwalicie, swego nie znacie... Mieszkałam "przez ścianę", a byłam tu jeden, jedyny raz i to tak dawno, że to, co zapisało się w pamięci, nijak ma się do stanu rzeczywistego. Mowa o urokliwym miejscu - Królewskie Źródła w Puszczy Kozienickiej. Miejscu idealnym na jednodniowy wypad, piknik, czy zwyczajne uspokojenie nerwów dla mieszczuchów.

Bywał tu Władysław Jagiełło - polując w okolicznych lasach, często gasił tu pragnienie. Teraz zaglądają tu miłośnicy pieszych i rowerowych wędrówek, nie brakuje też piknikowiczów z okolicznych miast i wsi, czy ludzi, którzy zaglądają tu przejazdem, po drodze. A w czasie roku szkolnego pewnie też  uczniów z okolicznych szkół. 
Żeby dotrzeć do Królewskich Źródeł, trzeba wiedzieć o tym miejscu, bo na oznakowania przy drodze nie ma co liczyć (maleńka tabliczka, przy przydrożnym parkingu jest z trasy niemal niewidoczna). Poza tym, ze względu na "rozmiar obiektu", warto pobyt w tym miejscu sobie zaplanować i mieć w zapasie kilka godzin (i trochę prowiantu też nie zaszkodzi!).
Królewskie Źródła to miejsce w Puszczy Kozienickiej, do którego trafimy z trasy Kozienice-Radom, ok. 1.2 km przed Augustowem (jadąc z Radomia, za A.) 
Skręcamy w lewo, i jesteśmy na pierwszym parkingu, z którego czeka nas jeszcze ok. 3 km wędrówki. My, wychodząc z założenia, że po lesie się nie jeździ, tylko spaceruje, zostawiliśmy tu samochód i dalej ruszyliśmy na nogach. Niestety, byliśmy w zdecydowanej mniejszości, tak że spacer i podziwianie pięknych widoków co i rusz mieliśmy zakłócane przez ciągnące samochody. Jeśli ktoś wędrował pieszo z trójką dzieci drogą, po której jadą samochody, wie o czym mówię.
Tak czy siak, warto było (i to nie tylko ze względu na reklamówkę pełną grzybów, które niemal same wskakiwały nam w ręce, rosnąc tuż przy drodze).

Kiedy już dotarliśmy do terenu Źródeł - byliśmy mile zaskoczeni. To, co zobaczyliśmy nijak się miało do wspomnień z dzieciństwa związanych z tym miejscem! Ścieżka edukacyjna zaczyna się od miejsca piknikowego (wiaty, ławki i stoły, miejsce na ognisko, drewniane chatki-toalety, jak przeczytaliśmy - wszystko przystosowane dla niepełnosprawnych).
Tras dla zwiedzających jest kilka - w dużej części wędruje się drewnianymi pomostami, bo przy rozlewisku Zagożdżonki (najdłuższa rzeka w Puszczy Kozienickiej) nie brakuje bagien i terenów podmokłych. Są tu nie tylko pomosty, ale i taras widokowy, a jest co oglądać! Punkt obserwacyjny dla ptaków - drewniany domek z prześwitami - trudno było stąd wyciągnąć moich chłopców! I te mostki i te rośliny i ptaki i zwierzęta (dostrzec można nawet bobry, my tego szczęścia nie mieliśmy)! Na trasie ścieżki edukacyjnej mijaliśmy tablice ( jest ich w sumie 11) - z informacjami na temat kolejnych punktów tematycznych (jest ich 11).
1. Kolejka wąskotorowa.
2. Drzewostan zagospodarowany.
3. Las o charakterze naturalnym.

4.Przełom Zagożdżonki.
5.Gony bobrowe.
6. Królewskie Źródła.
7. Ochrona przyrody.
8. Jak rośnie las.
9. Sposób odnawiania lasu.
10. Stare spały.
11. Ochrona lasu przed szkodliwymi owadami.

Co do samych źródełek - jest ich kilka, jak głosi legenda, kto napije się źródlanej wody, ten może liczyć na pozytywne ułożenie się miłosnych spraw - strzała Amora go nie ominie. Poza tym woda ta ma mieć też lecznicze właściwości.Tak więc do Źródeł!
Kolejka wąskotorowa.
Punkt obserwacyjny ptaków.
 Jedno z Królewskich Źródełek - woda pyszna!

Teren jest monitorowany. Czynne od 1 kwietnia do 30 września w godz. 7-22, i od 1 października do 31 marca od 8 do 17.

sobota, 19 lipca 2014

Miłość pod Psią Gwiazdą, Anna Łacina



Czytam książki dla nastolatek! I to nie z powodu kontroli rodzicielskiej, żeby wiedzieć, co córkę interesuje, ale przede wszystkim dla własnej przyjemności, bo moje wewnętrzne dziecko i wewnętrzna nastolatka mają się dobrze, a i sklerozy jeszcze nie mam i doskonale pamiętam czasy burzy i naporu...

Kiedy zobaczyłam okładkę Miłości pod Psia Gwiazdą, byłam zaskoczona, bo nie wiedziałam, że Szymanowicz ilustruje także książki dla nastolatek. Zaciekawiona sięgnęłam po nią i z przyjemnością cofnęłam się do czasu swoich licealnych lat. Te niepewności, wahania, zmiany nastrojów, kocha nie kocha, lubi nie lubi.... Aż kipi od nastrojów i emocji!

Głównym bohaterem powieści jest Andrzej, zwyczajny nastolatek, dryfujący na obrzeżach klasy. Żaden z niego playboy i łamacz ser niewieścich, uczeń też nie wybitny. Ot, zwyczajny, sympatyczny chłopak z lekką nadwagą, w niemodnych okularach i kiepskiej fryzurze. Aby zwrócić uwagę Deszczowej, wpada na pomysł robienia szkolnej gazetki. Jak się okazuje, chętnych do pracy redaktorów jest więcej i chłopak szybko staje się kimś ważnym dla innych. A także dla Izy, dziewczyny, która wolny czas spędza w schronisku dla psów jako wolontariuszka.

Magda to dziewczyna z kompleksami. Niskie poczucie własnej wartości, trądzik i problemy z matematyką, znacie to? Plus poczucie winy, z powodu czegoś, co zrobiła. Mieszanka wybuchowa. W dziewczynie podkochuje się Andrzej, jednak ją coraz bardziej intryguje Robert. 

Robert, 18-latek, syn polskiego lekarza i hiszpańskiej lekarki, zaangażowanej w pracę dla Lekarzy bez granic. Pod maską przebojowości i pewności siebie kryjący zagubionego chłopaka. Lubi demonstrować, co sądzi na wiele tematów, czasem w sposób obcesowy, a nawet wulgarny. Utrapienie nauczycieli i Lusi, która z nimi mieszka. Lusia - to siostra ojca Roberta, próbująca samodzielnie ułożyć swoje życie... 
Wiele tu postaci, których losy przeplatają się. Są jeszcze rodzice głównych bohaterów, rodzeństwo...

Autorka, Anna Łacina, przedstawia wydarzenia z perspektywy Magdy i Andrzeja. Dobrze radzi sobie z opisywaniem przeżyć młodych ludzi, a i wątki dorosłych są lekko naszkicowane. Naturalnie, przekonująco. Problemy są zwykłe, codziennie, nie wydumane, dotykające współczesnej młodzieży. Samotność, trudności z odnalezieniem się w grupie, pierwsze fascynacje i związane z nimi wątpliwości, trudności z porozumieniem z rodzicami, długo można wymieniać... Ciekawa, mądra książka dla nastolatek, czyta się ;)


Miłość pod Psią Gwiazdą,
tekst: Anna Łacina,

okł.  Maciej Szymanowicz,
Nasza Księgarnia,

2013.

poniedziałek, 14 lipca 2014

Wakacje w wielkim mieście, Marcin Pałasz


Pakujecie walizki na wakacje? Na deszczowe popołudnia albo wieczorne czytanie polecamy Wakacje w wielkim mieście Marcina Pałasza

Historia jest prosta i zabawna. Pierwszy dzień wakacji Bąbla (taką ksywkę ma główny bohater) zaczynają się mało fortunnie, bo wielkim hałasem zza okna, który obudziłby zmarłego, a co dopiero Bąba! Bąbel, jak Bąbel, ale dla jego mamy to zdecydowanie za dużo! Trudno się dziwić - kobieta jest nauczycielką i chociaż w wakacje chciałaby liczyć na względny spokój. Jej system nerwowy, wyeksploatowany przez 10 szkolnych miesięcy, nie jest w stanie zdzierżyć takiej dawki decybeli - dlatego też pakuje się i emigruje do babci, pozostawiając w domu syna i jego tatę, a swojego męża. 

Ojciec zmyka do pracy, Bąbel pozostaje na placu boju, a raczej budowy... Chłopak na nudę nie narzeka, tym bardziej, że do bloku wprowadza się nowa rodzina. Kaja, nowa koleżanka, wpada chłopakowi w oko i dostarcza wielu emocji, podobnie jak jej uciekająca świnka morska.

Książka Pałasza to lektura, przy której czas szybko płynie i brzuch boli od śmiechu. Mnóstwo tu lekkiego i niewymuszonego dowcipu, i zabawnych sytuacji. Im dalej w las, tym lepiej. Z pozoru to zwyczajna opowieść o wakacjach zwyczajnego chłopca - nie ma postaci z zaświatów, wampirów, demonów i czarownic, jest realne życie i zwyczajne, zabawne codzienne sytuacje. Ale właśnie dzięki tej codzienności i poczuciu humoru autora, nie sposób się od niej oderwać, chce się czytać dalej, do końca. Jednak poza śmiechem czytelnicy znajdą tu coś więcej, bo Bąbel to mądry i wrażliwy chłopiec, a Kaja ma zapał do zmieniania świata na lepsze.

Książka podoba mi się za ciepło, życzliwość i optymizm.A wątek kury - obłędny! Niby prosta rzecz ugotować rosół, a jednak... Nie zdradzimy nic więcej, żebyście mieli frajdę z czytania.
Dobra książka na wakacje, nie tylko dla starszych dzieci, rodzice też się pośmieją :)



Wakacje w wielkim mieście,
Marcin Pałasz,
il. Katarzyna Sadowska,
Wydawnictwo BIS, 2014.

wtorek, 8 lipca 2014

Szpitalne reminescencje


Obcy ludzie. A mimo to trzymanie kciuków, pójdę dzisiaj, czy jutro? Będzie dobrze. Może pomóc? Może podać?... Nocne opowieści przy zgaszonym świetle, kiedy nie widać twarzy i łatwiej o słowa. Szpitalna wspólnota.

Julita, 28 lat - intensywnie niebieskie oczy i gęste, długie włosy. Piękna. W historii dwie ciąże pozamaciczne i marzenie o dziecku. Tylko narzeczony miesiąc przed ślubem odwołał imprezę i zniknął. Zaproszenia rozesłane, sala zamówiona. Byłam na przymiarce sukni ślubnej, kiedy dostałam od niego smsa, że to nie ma sensu. Kolega, który miał świadkować na ich ślubie, kilka pięter niżej po wypadku motorowym walczy już nie o sprawność, tylko o życie. Opowiem Wam o sobie, i tak się więcej nie spotkamy.


Katarzyna, 45 lat. Zakochana w mężu bez pamięci. Był młodszy o kilka lat i nie zwracał na mnie uwagi. Krążyłam wokół niego, krążyłam. I nic. Pomyślałam, co mam do stracenia. Zaciągnę go do łóżka, musi się zakochać. I zakochał się, jesteśmy razem od 22 lat. Matka dwóch synów, w tym jednego już dorosłego. Czego żałuje? Jedynie tego, że nie ma trzeciego dziecka. Młodszy syn ma już 15 lat i coraz bardziej odchodzi. Dlatego kupili sobie psa.


Marysia, 53 lata. Uśmiech od ucha do ucha, w każdej sytuacji. Żywa radość. Jutro, przed operacją nie dam rady. Wiem to, tak mam. Rozkleję się. Pierwsze, co zobaczyłam rano, kiedy otworzyłam oczy: Marysia siedzi na łóżku i płacze...


Justyna, 28 lat. Przyszła na zabieg ambulatoryjny. Nasza mała sala, była tuż obok zabiegowego i stała się poczekalnią dla pacjentek "jednodniowych". W godzinie szczytu na stołeczkach siedziało z nami z sześć kobiet, w różnym wieku i z różnymi historiami. Mieszkam w X., pracuję w Z., dojeżdżam 70 km, ale co tam. Miłość nie wybiera, mąż jest z X. Kupiliśmy mieszkanie, urządzamy je. A pokażę Wam zdjęcia, zobaczcie jaką mam niesamowitą kuchnię i łazienkę! Beata strzela słowami jak z karabinu, w sekundę przełamuje dystans, w telefonie ma połowę swojego życia. Pokazuje zdjęcia, śmieje się. Oglądamy, komentujemy.


Pani A., a jeszcze bardziej jej syn. Pani A. ma 86 lat. Jej syn jest grubo po 60. Ona mała, zgarbiona, trochę oderwana od rzeczywistości. Za to jej syn... Szczupły, w drelichowych, przydużych spodniach nie odstępuje jej na krok. - Mamusiu, pamiętaj, w torbie masz badania. Zobacz, tu masz wyniki X sprzed trzech lat, koniecznie pokaż je lekarzowi, dla porównania. A tu masz opis zabiegu Y, tu - mamusiu, skoncentruj się! - masz opis usg, musisz to wiedzieć, bo ja nie mogę z Tobą wejść... Mamusiu... Mamusia rozprasza się, a przede wszystkim denerwuje czekaniem. Bo czekają już godzinę, dwie, trzy... - Dlaczego tyle to trwa? Dlaczego? Panie wchodzą, a ja ciągle czekam?
- Mamusiu, nie denerwuj się, jak się czeka to czas inaczej płynie, Tobie się wydaje, że to długo, ale tak musi być, widocznie Panie mają inne badania...
- Ale ja przecież tylko na ...
- Mamusiu...
Pielęgniarki co jakiś czas przeganiają go na korytarz poza oddziałem, niechętnie odchodzi, powtarzając jak mantrę listę badań w teczce. Potem stoi na końcu korytarza, za szybą, nie usiądzie na krześle obok, tylko stoi i patrzy. Kiedy drzwi się otwierają, bo ktoś wychodzi, niepostrzeżenie wślizguje się znowu.
- Panie, proszę tu nie stać! Mówiłyśmy...!
- Ale ja muszę uspokoić mamusię! Mamusia się denerwuje! Trzeba przyznać, że mamusia radzi sobie całkiem nieźle, rozmawia z współtowarzyszkami w kolejce, śmieje się, syn za to jest kłębkiem nerwów. Po badaniach, korzystają z naszej łazienki. Syn pomaga mamusi przebrać się i cały czas do niej mówi, na tyle głośno, że leżąc w łóżkach słyszymy ich dialog, a właściwie monolog. Syn pociesza, uspokaja, tłumaczy, podaje, chowa.. Młode dziewczyny parskają śmiechem, my mamy oczy szeroko otwarte ze zdumienia.
- Boże, jak ona to zrobiła... - szepce któraś.


i jeszcze Małgorzata B. Powietrze. Uśmiech. Radosna peruka: pukle skręconych, popielatych włosów, niebieskie szkła w okularach, jasna tunika. Kiedy pojawia się na korytarzu, oddział ożywa. Pielęgniarki śmieją się głośno i autentycznie cieszą.

- Nasza Oleńka przyszła!
- Małgosia!
I Oleńka już przy pielęgniarkach, swobodne żarty, jakby spotkały się stare znajome. Nawet te pielęgniarki, które biegały z zasznurowanymi ustami - rozpogadzają się. Zaciekawione twarze wychylające się zza salowych drzwi. Każdy chce być trochę bliżej. Ogrzać się.
Oleńka stoi na środku korytarza. Uśmiech. Ciepło. Spokój. Choć ciągle szpital.

Ileś miesięcy później. Całkiem niedawno. Oleńki już nie ma. Pozostał uśmiech.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...