Blog o pięknych i mądrych książkach dla dzieci.

O książkach i grach, które nam się podobają, ciekawych miejscach, w których byliśmy i o wydarzeniach, w których uczestniczyliśmy. A także o paru innych rzeczach...

niedziela, 31 sierpnia 2014

Gęś, śmierć i tulipan, Wolf Erlbruch


Temat śmierci w literaturze dla dzieci. Mam pokaźny stosik książek opowiadających właśnie o niej, więc trudno mi napisać, że to temat tabu, że o tym się nie pisze. 
Pisze się, tylko się nie czyta, a jeśli już to w sytuacjach, kiedy ktoś bliski odchodzi, kiedy ktoś umiera. I trzeba dziecku coś powiedzieć, wytłumaczyć, wtedy brakuje słów, i dobrze jest się wesprzeć literaturą. 
Kiedy rozmawiam z rodzicami dzieci, którym się czyta - słyszę, że takiej książki, by nie kupili, nie czytali. Bo jak to tak dziecku, taki tekst, trudny temat, ponury... Nie!

A mnie temat śmierci - jeśli napiszę, że fascynuje, to nie do końca będzie to właściwe. Może bardziej, że sama szukam odpowiedzi. A dobre książki dla dzieci, dotykające tego trudnego tematu, mają w sobie delikatność, subtelność, poezję i są czytelne na wielu poziomach.

- Czy nie możesz czytać chłopakom normalnych książek? - zapytał mnie kiedyś J. A dla mnie to są normalne książki. Bo to są ważne książki. O ważnych sprawach. Cóż bardziej nas dotyczy, czego bardziej możemy być pewni?

***

Piękniejszej książki o śmierci, mądrzejszej książki o śmierci, nie czytałam. Jest tu kilka słów, kilka zdań, które zapadają głęboko, są jak prawda objawiona. Noszę je w sobie, oglądam, przekładam i znowu biorę do ręki.

- Przyszłaś po mnie? - zapytała.
- Jestem przy tobie od twoich urodzin, tak na wszelki wypadek.
- Na wszelki wypadek? - zapytała gęś.
- Gdyby coś ci się przytrafiło ... jakiś paskudny katar czy inne nieszczęście, nigdy nie wiadomo.
- I ty się o to zatroszczysz?
- O wypadek zadba życie, tak jak o katar i o to wszystko, co się wam, gęsią przytrafia... że wspomnę tylko lisa.

Czy śmierci można się nie bać? Można się buntować i nie wierzyć w nią, jednak ona i tak pewnego dnia się pojawi. Może więc lepiej oswajać się z nią, a nawet próbować zaprzyjaźnić?
Piękna, smukła gęś i śmierć w kraciastej sukience. Z dużą głową i ciemnym tulipanem w dłoni. Trudno powiedzieć, czy jest miła, czy nie. Gęś się nad tym zastanawia.

Śmierć uśmiechnęła się do nie przyjaźnie. Właściwie była miła, a jeśli zapomnieć o tym, KIM była - nawet bardzo miła.

Jest. Po prostu jest. A kiedy się pojawia można z nią spędzić czas. Po prostu. Pobyć razem, porozmawiać.

Duży format, proste, oszczędne ilustracje, stonowane kolory i dużo pustego miejsca na własną interpretacje, na dopowiadanie, na rozmowę. Na pomyślenie. Na stawianie pytań i szukanie odpowiedzi. I jeden ciemny tulipan.

Gęś, śmierć i tulipan,
Wolf Erlbruch,
Wydawnictwo Hokus Pokus,
2008.


poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Do czego przydały się kamyczki przywiezione z wakacji?

Miał być niedzielny, rowerowy wyjazd do lasu, a był deszcz i siedzenie w domu. Chłopaki w sobotę wrócili już definitywnie z wakacji i energia ich roznosiła. Co tu robić, żeby nie zwariować, a dom nie wyglądał jak po przejściu tajfunu? Przypadkowy rzut okiem na kamyczki zebrane na plaży i... mam!
Niedawno na blogu Czytanki-przytulanki zobaczyłam zdjęcie, które mnie urzekło - pomysłem, prostotą! Znana wszystkim gra, ale w jakiej wersji! Hand made i eko w jednym! Mieliśmy kamyczki, pieczołowicie zbierane na plaży i przywiezione do domu, mieliśmy drewniane pudełko po pogubionych puzzlach, mieliśmy farby... więc do dzieła! Narada była burzliwa: czy stonki i biedronki czy może chrząszcze i ślimaki? Stanęło jednak na biedronkach i stonkach. Chłopaki zasiedli i zmalowali, to co widać :) 

Jedna z najbardziej znanych gier - kółko i krzyżyk w owadziej wersji :)

na monitorze zdjęcie z Czytanek.

niedziela, 24 sierpnia 2014

Madame... [o ludziach, którzy pozostają po sobie ślad]


Już za chwilę. Nowy rytm dnia i pełna mobilizacja. Po dwóch miesiącach luzu, pierwsze tygodnie nie będą proste. Potem już jakoś to będzie. I tak kiedy myśli krążą wokół szkół moich dzieci, we mnie odzywają się zupełnie nieproszone, moje wspomnienia. Chwile dobre i takie sobie. I pojawia się Ona.

Bolała mnie szkoła. Nie widziałam tu Przewodników. Ludzi, którzy pociągnęliby nas do przodu. Zarazili pasją, albo chociaż stali obok, życzliwie i przyjaźnie. Byli wsparciem. Tak mi się marzyło. Nauczyciele nie oceniający po pozorach, nie wojujący z zachowaniami przypisanymi do wieku rozwojowego - te bunty dzieciaków, te zachowania czemuś służą i po coś są? Widzący dalej, i słyszący więcej... Tak sobie myślałam. I znalazłam.

Do Madame trafiłam poza szkołą. Ale jej głos i uśmiech idą ze mną, choć od naszego spotkania minęło już grubo ponad 20 lat. I nie ma szansy na następne.

***

Od dawna nie chodzę już do drewnianego domku przy parku. Od dawna tego domu po prostu już nie ma. Tam, gdzie teraz czasem zaglądam do Pani, jest tylko mój monolog i westchnienie do Boga. I papieros wtykany w trawę, bo może ma Pani ochotę zapalić...

To była jesień. Kiedy do Niej szłam - zawsze przechodziłam wzdłuż ogrodzenia kościelnego, za którym rosły wysokie drzewa. Szurałam za dużymi trzewikami w liściach i zbierałam brązowe kasztany. Długie włosy zasłaniały mi pół twarzy, i jak zawsze wtedy, dźwigałam w sobie egzystencjonalny smutek. W przewieszonej przez ramię zielonej, brezentowej torbie targałam ostatnio czytane książki, które mnie poruszyły; ukochane tomiki poezji; zeszyty, w które wpisywałam swoje myśli i słowa i różne inne rzeczy - to wszystko, co może mieć przy sobie piętnastolatka.

Miałam uczyć się dodatkowo francuskiego, by potem może wybrać się na romanistykę, ale nie był to mój plan na życie. Ale dziękuję Bogu i rodzicom za ten pomysł, bo dzięki niemu miałam okazję spotkać, poznać i zaprzyjaźnić się z Panią Profesor. Z francuskiego mało pamiętam, pozostała mi jednak fascynacja jego melodią i dźwiękiem.

Co by się ze mną nie działo, do Niej szłam z radością i ciekawością, co też się wydarzy, o czym będziemy rozmawiać, niekonieczne w języku francuskim, z czego będziemy się głośno śmiać i jakie wzory będzie w powietrzu tworzyć dym z jej papierosów....

Madamka, bo tak mówiły o niej pokolenia młodzieży i nie tylko (kiedy do Niej trafiłam, była już na emeryturze), mieszkała w drewnianym domu blisko parku. Pamiętam te pokoje, niskie, urządzone w dworkowym klimacie, piękne lampy, kanapy, przepastne fotele, stare drewniane stoły. Wszystko ciepłe, klimatyczne, tak inne od meblościanek w większości domów. Zniszczone, ale z duszą, z klimatem. I książki. I zawsze kilka psów i kotów, starych, młodych, znalezionych, podrzuconych....

Są ludzie bez wieku. I ile by zmarszczek nie zakwitało na ich twarzach - są piękni. Bo żyli z fantazją i szczerze, bo się uśmiechali. Są ludzie, którzy choć miewają pod górę, to nie dają się i idą dalej, z blaskiem w oczach, bo przecież życie i tak jest takie piękne... Są ludzie, którzy potrafią słowem, gestem pomóc, wesprzeć, dodać otuchy i nadziei. Czy choćby wysłuchać, bez moralizowania, do ostatniej kropki. Są tacy, którzy choć mają 60, 70 czy 80 lat świetnie dogadują się z młodymi, bo sami są młodzi wewnątrz i młodość chmurną i durną rozumieją jak mało kto....
Taka była Ona.
Są ludzie, którzy pozostawiają w innych ślad po sobie...
Ona zostawiła.

To były różne pory roku, kiedy do Pani chodziłam. Pamiętam najbardziej jesień, bo to był "mój" czas. Taki obraz zapisał mi się w pamięci. I widzę Panią, Pani Profesor, taką francuską w ruchach i gestach, ze wspaniałym „er”, z nieodłącznym papierosem, otoczoną zawsze psami, kotami.
Pamiętam lekcje, które już po kilku minutach przemieniały się w rozmowę, bo taka była potrzeba chwili, o życiu, marzeniach, literaturze i poezji... Tęsknię za Pani fantazją, wrażliwością i klasą. Za Pani śmiechem i bystrym wzrokiem, który przewiercał każdego na wylot – trudno było ukryć przed Panią cokolwiek; nastrój, problemy czy zwykłe smutki...To przy Pani otwierałam się i wyrzucałam z siebie nastoletnie wkurzenie, to Pani moją niepokorę i niezgodę głaskała po głowie, i tłumaczyła. Świat, dorosłych. Nauczyciele raczej mnie nie lubili, byłam z tych siedzących w ostatnich ławkach, dyskutujących nie zawsze wtedy, kiedy było to wymagane, widzących świat w kolorach czerni i bieli bez grama szarości. Pani mnie lubiła. Pani lubienie mam w sobie po dziś. I mam kieszonkowy tomik poezji z dedykacją, który dała mi Pani podczas jednego z naszych spotkań (bo to nie były już korepetycje, w pewnym momencie nie chciała Pani nawet brać pieniędzy "za naukę", bo ta dawno wymknęła się nam spod kontroli). Trzymam go jak skarb.


Pani Profesor, powtarzała Pani często, że była kiepską nauczycielką, ale dobrym wychowawcą. Pani Profesor, o ileż ważniejsze jest to drugie, im jestem starsza, tym bardziej to wiem.

piątek, 22 sierpnia 2014

Latarnia morska w Czołpinie i osada latarników


Latarnia morska w Czołpinie (między Łebą a Rowami) i osada latarników, wybudowane w latach 1872-75.
Kolejne miejsce, które warto zobaczyć na terenie gminy Smołdzino i Słowińskiego Parku Narodowego i ostatnie przez nas odwiedzane przed powrotem do domu. 

wtorek, 19 sierpnia 2014

Pelikan. Opowieść z miasta, Leena Krohn, Manuel Blazquez


Czytam dzieciom dla dzieci. Ale są takie książki, które uświadamiają mi, że robię to także dla siebie. "Pelikan. Opowieść z miasta" jest jedną z nich. 
Przepiękna, nastrojowa opowieść o pelikanie, który chciał zostać człowiekiem. I chłopcu, który miał tyle wrażliwości i otwartości, że jako jedyny pod ludzkim ubraniem dostrzegł ptaka. I rodzącej się przyjaźni. A także samotności.

Chłopiec trafia do miasta - przeprowadzka spowodowana jest rozwodem rodziców. Obce miejsce, obce środowisko. Sąsiad z bloku od razu przyciąga jego uwagę. Swoją innością. I od razu widzi w nim pelikana. A pelikan? Pelikan zafascynowany człowiekiem opuszcza swoje rodzinne strony i wnika w świat człowieka, jednak im dalej wnika, tym bliżej go poznaje - fascynacja przeplata się ze zdumieniem, wręcz oburzeniem na ludzkie zachowania.


To mądra książka. Dialogi między ptakiem i Emilem - zachwycają. Czytając wiele razy chciałam coś zaznaczyć, podkreślić, a że nie miałam ołówka pod ręką - tego nie zrobiłam. Bo zaginać rogów w takiej książce się nie godzi - jest piękna, także graficznie (nienarzucające się, subtelne kolory i kreska - trudna dla dzieci, bo na pierwszy rzut nie jest  "ładna" i wymaga skupienia - matowy papier, taki jak lubię, twarde okładki). Tak więc mam powód, by do niej wrócić. Pewnie stanie się tak, gdy młodsze dzieci dorosną do tej lektury. Jednak dwa cytaty mocno wbiły mi się w pamięć. Nie napiszę, jakie. Może sami je znajdziecie, albo zapamiętacie inne.


"Pelikan" długo stał na półce nie przeczytany. Cichutko przykucnął, ale kiedy dałam mu głos - zaskrzeczał mocno i donośnie.... To co, usłyszeliśmy nie zawsze było miłe - studium współczesnego człowieka, jakie zaserwował nam bohater, daje do myślenia. Porusza. Pozostaje. Nie daje spokoju. I trudno się z nim nie zgodzić...




Pelikan. Opowieść z miasta,
Leena Krohn,
il. Manuel Blazquez,
tłumaczenie Iwona Kosmowska,

Wydawnictwo Dwie Siostry,
Warszawa 2008.

niedziela, 17 sierpnia 2014

Czas poza czasem czyli o skansenie w Klukach


Kiedy on wypływał w morze, ona wystawiała dwa ceramiczne pieski w oknie. To znak, że jego nie ma, a ona czeka. Dzieci głodne, w piecu już napalone, po domu rozchodzi się przyjemne ciepło, zaraz zrobi śniadanie, zaraz...... Przed chwilą było tu życie. Ktoś śmiał się, ktoś tęsknił, ktoś miał marzenia, ktoś wycierał łzy w fartuch ... Ktoś musiał w pośpiechu pakować dobytek i opuszczać swój dom. Na zawsze. Teraz zostały tylko rzeczy. Pieski stoją na komodzie. Święte obrazki na ścianach, meble, naczynia. Pościelone łóżko i drewniana kołyska zastygła w bezruchu, w której w poprzednim czasie smacznie spało dziecko.


Pracowite życie, proste życie. Wyznaczane rytmem pór roku. Wysłużone meble, przedmioty, bez zbytków. Każda rzecz potrzebna. Akurat tyle i nie więcej. Zazdrostki w oknach. Czyje oczy codziennie patrzyły znad nich na podwórko? I co widziały?
Kiedy byłam dziewczynką, a potem dziewczyną, nudziłam się w muzeach, skansenach, Z wiekiem człowiek dojrzewa i do koniaku i do dzienników literackich i do muzeów ;) Skansen w Klukach mnie zaczarował. Dramatyczna historia Słowińców nie pozwala o sobie milczeć i zapomnieć. Trzeba ją poznać. Z szacunku dla tych ludzi, wysiedleńców, wygnańców.

Czytając o historii Kaszubów dowiedzieliśmy się, że w rejonach, które odwiedzaliśmy, żyli Kaszubi Nadłebscy. To grupa etniczna, która długo chroniła swoją odrębność i tradycję. Choć całe Pomorze było mocno zgermanizowane, oni ocalili swój język, msze odprawiane były w języku kaszubskim do końca 19 wieku, kiedy zostało to zakazane. W 20 wieku przeżyli wojny, jednak w czasach PRL-u władze pozbyły się większości z pozostałych - gwałty, napady rabunkowe i brutalne wysiedlenia spowodowały, że większość z nich zmuszona była opuścić Polskę. Ci, którzy nie zostali wygnani, w latach 70-tych sami wyjechali. Za rodzinami. Do Niemiec. Mówili przecież po niemiecku.

Chodziliśmy od domu do domu, od zagrody do zagrody. Tu były małe dzieci, a tam mieszkał szewc. Tu mieszkał rybak, sieci malowniczo podporządkowały sobie podwórko. Tam ktoś hodował zwierzęta. Tu pieczono chleb, a tu na kołowrotku przędło się wełnę. Kim była Charlotta? 
Układ pomieszczeń w każdej chacie podobny. Największa, główna izba zajmowana była przez gospodarzy i dzieci. Po kilka łóżek, gdzieniegdzie kołyska. Mniejszy pokój należał do seniorów. W kuchni piec, obok spiżarnia. Na pierwszy rzut oka widać, kto biedował, a kto zaliczał się do zamożniejszych. Wysłużone przedmioty, zebrane przez chcących ocalić wspomnienie o dawnych mieszkańcach. w jednej z chat wystawa fotograficzna. Portrety i zwyczajne chwile zatrzymane na kliszy. Dzieci, całe rodziny, miejsca, porty rybackie - tuż przed wybuchem wojny, i później, lata 50-te, 60-te. Jedne domy są tutejsze, inne zostały przeniesione z pobliskich wiosek. Połowa wsi Kluki to skansen.
W jednym z domów widzimy, jak je budowano. Drewno, glina, patyki, słoma. Takie to proste - a jednak latem jest chłodno, a zima ściany trzymają ciepło z pieca.

Odwiedzając Kaszuby koniecznie zajrzyjcie do muzeum-skansenu. Nie będziecie żałować! Ja opuszczając skansen pomyślałam, że kiedyś chętnie tu wrócę.  

Bilet rodzinny 31 zł. W sezonie (4 maja-31 sierpnia) czynne od wtorku do niedzieli w godz. 10-18, w poniedziałki od 10 do 15; poza sezonem od godz. 9 do 16.

Poniżej mnóstwo zdjęć. Nie dało się wybrać mniej. 

O naszym pobycie na Kaszubach tu: 

Wakacje na dwóch kółkach, morze i Słowiński Park Narodowy



Początek. Świt, pierwsza kawa, spokój i pola, łąki po horyzont. Wszyscy śpią, poza Campari i Jarisem – końmi, z którymi zaprzyjaźniamy się przez siatkę. Jest dobrze. Bardzo dobrze!
                                                     
                                                       ***

Myśląc o wakacjach, marzę o miejscu, w którym nie będzie tłumów ludzi, depczących sobie po piętach, pustych plażach i przestrzeni. Gdy dotarliśmy tu, gdzie jesteśmy – zdumienie! Wszystko jest tak, jak miało być! Przestrzeń, pola, lasy, gdzieniegdzie kaszubskie domy - zadbane i urokliwe, a nasza chatka taka, jak na zdjęciach. Minimalizm, funkcjonalność, surowe drewno. I ekspres do kawy ;)
Długo szukałam tego miejsca, przeglądałam ofertę po ofercie i kręciłam nosem. Aż znalazłam i od razu wiedziałam, że to jest to. Odludzie, przestrzeń, otulina Parku Narodowego, blisko morze i trasy rowerowe. Idealne miejsce dla dzieciaków, funkcjonujących w mieście, w przestrzeni ograniczonej betonem.

8 km rowerem do morza, i kilkaset metrów do jeziora. Słowiński Park Narodowy i kilometry ścieżek rowerowych. Od pierwszego dnia jeździmy. Zapomnieliśmy o samochodzie, a ja przypomniałam sobie, że mam mięśnie. Po przejechaniu poprzedniego dnia 26 km ledwie się ruszam ;)
Piękne miejsca, widoki zapierające dech, Zachwyt, który chciałoby się zatrzymać na dłużej.

Na pierwszy ogień – najtrudniejszy szlak (13 km w jedną stronę). Najtrudniejszy, bo przez kilka kilometrów prowadzący przez lokalne drogi. A te tu wąskie, z małym poboczem. We wsiach – chodniki miniaturowe. Wyprawa z dwoma pięciolatkami, którzy tak naprawdę jeżdżą na rowerze (nie biegowym, nie z dodatkowymi kółkami!) od 3 tygodni i ośmiolatkiem taką trasą może doprowadzić rodziców do stanu przedzawałowego. Na szczęście daliśmy radę (my i chłopaki, którzy musieli się nieźle napedałować na rowerkach z małymi kółkami), choć więcej już tą trasą nie pojechaliśmy.

Retowo-Wysoka - Gardna Mała-Gardna Wielka, przystań rybacka i już Słowiński Park Narodowy i trasa bezpieczna dla małych cyklistów. A jakie widoki.... Jechaliśmy wzdłuż jeziora Gardno, wzdłuż Suchych Łąk, Gardnieńskich Łąk, mijając rzeczkę Łupawę do jeziora Dołgie Małe (piękne ukryte w lesie) i szlakiem między Białą i Błotną Górą wprost na dziką plażę. Plażę tak inną od plaż znanych z komercyjnych miejsc, uczęszczanych liczne przez letników. Bajka. Szeroki pas piasku, wydmy, malownicze drzewa, na plaży pas kamyczków i mnóstwo konarów, gałęzi.... Kocham!

Druga trasa poprowadziła nas z Retowa, wzdłuż Retowskich Bagien i Osieckich Bagien, przy wieży widokowej, przez rzeczkę Bagienicę i dalej do Rowów. Trasa krótsza – 9 km, ale finał ciężki. Ciężki, bo Rowy zatłoczone, wjeżdżając do miasta czułam się, jak byśmy trafili tu z innego świata. Kramy, hałas, łomot z głośników ustawionych przy każdym straganie, samochodziki, kolejki, plastik, tandeta i kicz. Wąska plaża, koc przy kocu, pet przy pecie.... Nie moja bajka.
Za to w drodze powrotnej, kiedy już opuściliśmy rejony turystyczne i wjechaliśmy w las i łąki – nagroda! Widziałam bobra! Najpierw trzask gałązek, coś powoli skradało się do brzegu, i brązowe cielsko niemal bezszelestnie wśliznęło się do wody...

Kolejna plaża, dobrze nam znana z poprzednich lat, to plaża w Poddąbiu. W ramach odpoczynku od pedałowania porzuciliśmy rowery i pojechaliśmy samochodem. Na plaży ludzi całkiem sporo, jednak chmury zapełniające niebo sprawiły, że większość ludzi szybko zwinęła swoje obozowiska i zrobiło się pusto. I pięknie. Deszcz na plaży przesiedzieliśmy pod kocem. Warto było. Kolory morza, nieba, radość na buziach dzieciaków, a potem jeszcze hop do morza...

W kolejnych dniach łączyliśmy rowery z samochodem. Dzieci z J. podjeżdżały do szlaku, skąd miały do przejechania na rowerach kilka kilometrów do morza, my z córką startowałyśmy na dwóch kółkach z domu.

Powolne, leniwe poranki, każdy zaczynał dzień w swoim rytmie, pełne wrażeń dni, i to przyjemne zmęczenie wieczorem. Spod kołdry wystające brudne nogi chłopaków, którzy nie mieli siły, absolutnie już nie mieli, na mycie. Byle umyć zęby i do łóżka. 

Skansen w Klukach – napiszę o nim w osobnym poście, bo to miejsce magiczne, które robi wrażenie. I jeszcze o osadzie latarników i latarni morskiej w Czołpinie...

To moje miejsce. Ich chyba też. Mamo, przyjedziemy tu w przyszłym roku?


(a tu jak pedałowaliśmy na Mazowszu :) KLIK)

Przedostatnie zdjęcie: fot. Chatka w kratkę

niedziela, 3 sierpnia 2014

Mała kapliczka w Cudowie

fot. Niezależna Strona Miasta Kozienice

Jest takie miejsce. Ponoć w czasie potopu szwedzkiego, doszło tu do cudu - na jednym z drzew ukazała się Matka Boża, zwiastując klęskę i zniszczenie miasta, do którego faktycznie doszło, kiedy ks. Rakoczy w 1657 roku zniszczył Kozienice, a w 1704 roku ponownie doszło do spalenia miasta...

Przykucnęła przy drodze, wśród pól i tak sobie stała ponad 200 lat. Wybudował ją na początku 18 wieku, w czasie szalejącej zarazy, ówczesny proboszcz parafii ks. Wojciech Cięciwa. W podziękowaniu Matce Bożej za ocalenie i z prośbą o ochronę, opiekę nad okolicznymi mieszkańcami.

Maleńka kapliczka w Cudowie. Drewniana, malutka, o konstrukcji zrębowej. Z obrazem Matki Bożej nad ołtarzem  i umieszczonym pod nim okiem Bożej Opatrzności.
W połowie 20 wieku przeniesiona, ale niedaleko i odrestaurowana przez ks. Józefa Khauna.

Przez cały rok zamknięta. Jedynie latem odbywały się tu nabożeństwa. W czasie intensywnych praw w polu ludziom łatwiej było dotrzeć tu, niż do miasta, do kościoła. Wpisana do rejestru zabytków.

A w maju 2009 roku - spalona. Ktoś podłożył ogień, a wcześniej polał budyneczek materiałem łatwopalnym. Dlaczego? Ponoć niektórzy wierzą, że kapliczka "sama się podpaliła", inni obwiniają wandali, nie brakuje też i zgoła odmiennych teorii. Nie zostało wiele, tylko fundamenty.


Całkiem niedawno ruszyła budowa. Kapliczka rośnie. Jednak już nie drewniana. Ot, zwykła kapliczka, wybudowana za datki mieszkańców.

 ***
Miejsce niepozorne, ale ważne. Odwiedzane w czasie spacerów i wycieczek rowerowych. Kiedy tu mieszkałam, lubiliśmy podejść, posiedzieć pod drzwiami. Obowiązkowy punk spacerowy. Cisza, spokój, pola i wąska droga. Mieliśmy nawet pomysł, aby własnie tu wziąć ślub, jednak zbyt dużo trzeba było włożyć starań, aby stało się to możliwe. Zaniechaliśmy. Trochę teraz żal. 

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...