Blog o pięknych i mądrych książkach dla dzieci.

O książkach i grach, które nam się podobają, ciekawych miejscach, w których byliśmy i o wydarzeniach, w których uczestniczyliśmy. A także o paru innych rzeczach...

poniedziałek, 8 października 2018

Odkrywca, Katherine Rundell, il. Hannah Horn


Po "Dachołazach", które mojemu 12-latkowi bardzo przypadły do gustu, przyszedł czas na "Odkrywcę". Czytaliśmy ją równolegle, czego nie lubię, bo to wygląda mniej więcej tak, że ja czytam - syn widzi, że czytam i nagle też ma ochotę zabrać się właśnie za tę książę, choć kilka innych czeka na parapecie. I tak sobie wyszarpujemy ją z rąk, w końcu ja pasuję - niech Młody skończy, niech czyta! I czekam. A kiedy już droga wolna - muszą uważać, żeby nie ulec pokusie i nie wciągnąć chłopaka w dyskusję, bo chętnie opowie mi książkę do ostatniej strony, a wtedy przyjemność już nie ta. Obyło się bez spamowania, choć milczenie kosztowało mojego syna dużo, doceniam, że dał radę.

Katherine Rundell w "Odkrywcy" wrzuca bohaterów w sam środek Puszczy Amazońskiej. Dosłownie! Mały samolot rozbija się w drodze do brazylijskiego miasteczka Manaus - ginie pilot, cało - choć pokiereszowani i przerażeni - wychodzą z katastrofy jedynie pasażerowie, czyli czwórka dzieci: Fred, Con, Lila i jej pięcioletni brat Maks.

Od tego, co wiedzą o dżungli zależy, czy przeżyją. Czy zachowają zimną krew, czy będą w stanie znaleźć jedzenie i kryjówki na czas nocy, gdy puszcza ożywa? Okazuje się, że co nieco wiedzą, a to dzięki książkom (warto podsuwać dzieciom przygodowe, jak trafią do dżungli będą jak znalazł!), a Lila dodatkowo od mamy botaniczki. Szukanie pożywienia (jak przyrządza się pająki?), krzesanie ognia, budowanie szałasu i tratwy, wspinanie się po drzewach przy zachowaniu maksimum ostrożności (węże, aligatory, jadowite pająki) - dzieciaki nie mają łatwo, chwilami skóra cierpnie i człowiek dziękuje, że leży sobie pod kocem z kukiem gorącej herbaty w ręku, a nie na posłaniu z liści i mchu, wsłuchany co najwyżej w szum radia, a nie tajemnicze i przerażające nocne odgłosy puszczy... Dreszczyk emocji zapewniony, tym bardziej, że ślady, które napotykają wskazują, że ktoś tu był, a może i ciągle jest...

Poza soczystymi opisami roślinności i życia w dżungli urzekająca jest rodząca się przyjaźń między obcymi sobie do niedawna dziećmi, lojalność i odpowiedzialność za siebie. Dzięki temu, że działają razem - mogą więcej. Jaki będzie finał już nie zdradzę.

Podrzućcie "Odkrywcę" dzieciakom - to niebezpieczna przygoda przeżyta "na sucho", świetna pożywka dla wyobraźni, raczej bez szans na doświadczenie w realu - tym bardziej warto!

Jednak muszę się też przyczepić - nie brakuje w książce językowych niezręczności. Szkoda, że nie wykazano więcej dbałości w tłumaczeniu - już pierwsze strony z opisem katastrofy sprawiają, że włosy na głowie stają dęba, bynajmniej nie z powodu dramatyzmu akcji tylko języka...

Odkrywca,
Katherine Rundell,
il. Hannah Horn,
tłum. Paweł Łopatka,
Wyd. Poradnia K, 2018,
oprawa miękka,
stron 350,
cena 34.99 zł.
wiek od 9 lat.


niedziela, 30 września 2018

Czekając na jednorożce, Beth Hautala


Najpierw bardzo spodobała mi się okładka. Potem przeczytałam stronę, czy dwie i odłożyłam książkę. Sięgnęłam po nią ponownie kilka dni temu i nie mogłam się oderwać. Z książkami jest tak, że każda ma swój czas, czasem trzeba poczekać na ten moment.

Sięgnęłam po tę książkę i odpłynęłam... Jest piękna! Stonowana, wyciszona, ale mimo to pełna emocji i obrazów. To jedna z tych opowieści, które zapadają głęboko w serce, a z bohaterami nie rozstajemy się zaraz po przeczytaniu.
Z ogromną wrażliwością, delikatnością i wnikliwością autorka przygląda się 12-letniej dziewczynce, która straciła mamę, a za chwilę straci i swój dom, znajome miejsca, kolegów, bo wraz z ojcem przenosi się na kilkumiesięczne badania naukowe na Arktyce.

Między ojcem a Talią jest pustka przybierająca kształt matki. Choć obydwoje ogromnie tęskną - nie potrafią mówić do siebie o stracie. Nie potrafią na głos wspominać. Słoik życzeń Talii, Inuici i ich opowieści i legendy, zimna kraina, gorąca czekolada i głęboki smutek, z którym trzeba się uporać, aby móc pójść dalej. Poruszająca, pełna myśli, które mogą okazać się ważnymi dla tych, którzy też stracili kogoś bliskiego, kogoś, kogo kochali najmocniej na świecie.

Piękna historia o samotności, o żalu i tęsknocie, którym trzeba pozwolić rozgościć się w sobie, przeżyć je, by potem pozwolić im odejść i żyć. Piękna opowieść o przyjaźni i ludziach - jak bardzo jesteśmy sobie potrzebni i ile nawzajem możemy wnieść do swojego życia. I o dojrzewaniu.

To książka do delektowania się słowem, które pięknie wybrzmiewa pośród ciszy Arktyki. Jeśli czytając ją usłyszycie śpiew waleni - pomyślcie życzenie...


(...) Istnieją dwa rodzaje opowieści. Te, które pomagają ludziom wyjaśnić to, w co nie potrafią uwierzyć, i te, które pomagają uwierzyć w to, czego nie potrafią wyjaśnić. (...)



Czekając na jednorożce,
Beth Hautala,
Tłum. Zuzanna Byczek,
Wydawnictwo Linia, seria Biała Plama,
Oprawa miękka,
projekt okładki: Agnieszka Woźniak
Stron: 276
Format: 16.3x18.5
Cena 45 zł,
wiek: od 12 lat.



środa, 26 września 2018

O moim zielonym bziku i książce "Roślinny patrol" Ewy Wojtowicz


Lubię rośliny z historią, dlatego rzadko je kupuję. Najbardziej cieszę się z tych, które trafiły do nas w inny sposób, albo wyhodowałam je sama z liścia, łodygi, nasionka. Ale hołubię wszystkie i lubię patrzeć, jak rosną, gęstnieją i są szczęśliwe. I lubię opowiadać...

... o tej juce, którą dostałam od przyjaciółki po wprowadzeniu się do naszego pierwszego mieszkania (prawie 20 lat temu!). Stała sobie i tyle. Jakoś nie miałam dla niej czasu i serca. Kiedy więc którejś wiosny dzieci w szale zabawy zrzuciły ją z komody - z odłamanym jednym pióropuszem była w kiepskim stanie - wystawiłam ją na balkon. Stała tam do przymrozków, miałam nadzieję, że wyzionie ducha (tak, okrutna byłam), ale nic z tego, za to ja zmiękłam...Zwyczajnie zrobiło mi się jej żal.  Roślina wróciła do mieszkania i przesadzona do większej doniczki jest obecnie moją chlubą i dumą - puszcza nowe liście i bardzo się kochamy, a co złe - poszło w niepamięć. I od tej juki się zaczęło....

... o tej begonii, którą z synem zobaczyliśmy późną jesienią pod śmietnikiem. Zaniedbanej, ze skarłowaciałymi, wijącymi się jak dżdżownice łodygami. Biedna była strasznie, żal patrzeć. Szkoda nam się jej zrobiło, więc zabraliśmy ją ze sobą. Dobra ziemia, większa doniczka i troska postawiły ją na nogi. Od tamtej pory puściłam w świat wiele jej zaszczepek, bo rośnie jak szalona.

... o tym fikusie benjaminie, który trafił do mnie jako prezent. Po kilku latach zmarniał, stracił liście. Uparłam się, że go uratuję. Nowa ziemia, większa donica, szukanie najlepszego dla niego miejsca i stał się cud. Jest piękny, tfu tfu! Puszcza nowe liście i jest jedną z moich ukochanych roślin.

o tych roślinach z zaszczepek zbieranych na wyjazdach, o tych zaszczepkach adoptowanych i wymienianych...

Z pasjami bywa tak, że pojawiają się nie wiadomo kiedy i skąd, często przez przypadek. Może to trochę geny - czule pielęgnuję w sobie wspomnienie babci, otaczającej się kwiatami i rozmawiającej z nimi - a może tęsknota za naturą?
Przeoczyłam ten moment, to przyszło niepostrzeżenie. I z roku rok rosło. Zazielenianie miejsca pracy w pracy, zbieranie bidul ze śmietników, coraz więcej uwagi poświęcanej roślinom każdego dnia..  Wreszcie nałóg, gdzie nie jestem - kątem oka rejestruję rośliny...

Bo rośliny uzależniają. Jak wejdziesz w zieleń, ciągle ci  jej mało. Sprawiają, że mieszkanie rozciąga się jak z gumy, zawsze znajdzie się miejsce na kolejną doniczkę. Na ziemi, parapecie, komodzie, półce czy ścianie.
Dreptanie przy roślinkach, przesadzanie, podlewanie, zraszanie, doglądanie i odgadywanie ich potrzeb odpręża i daje dziką satysfakcję. Lubię je obserwować, bo są jak ludzie - czasem humorzaste i strzelające fochy, albo otwarte, radosne i mało co może zetrzeć im uśmiech z twarzy.
Z satysfakcją patrzę, jak rośliny zdobywają naszą przestrzeń.




Roślinny patrol. Sadź, pielęgnuj i patrz, jak rośnie!
 Ewa Wojtowicz

 .
"Roślinny patrol" nie jest klasycznym poradnikiem dla zaczynających przygodę z roślinami w domu. Dział "Spotkania" jest najmocniejszą stroną książki i czymś, co wyróżnia ją spośród innych. To ciekawe i barwne rozmowy, każda inna, każda na swój sposób fascynująca. Bo o roślinach można opowiadać jak o dzieciach - z czułością, dumą, troską.... A każda pasja jest jak zakochanie: ma swoją dramaturgię, wzloty i upadki i zawsze dostarcza emocji!

Autorka odwiedza ludzi, których spotkała na swojej roślinnej drodze: ludzi w różnym wieku, z różnych światów - wszystkich łączy miłość do roślin, którą dzielą się z czytelnikami. Zaglądamy do ich domów, podziwiamy ulubione okazy - doniczki z roślinami ustawione na parapetach, meblach, podłodze. Słuchamy historii ich życia, w których rośliny grają niezwykle ważną rolę. Kto nie wierzy, że doniczki z kwiatami mogą być traktowane jak członkowie rodziny - po przeczytaniu rozmów uwierzy! Czy to Błażej, czy Aleksandra z Natalią, Olga, Michał czy państwo Nina i Henryk Woźniakowie - cudownie, ciepło i dowcipnie opowiadają o swojej fascynacji, jej początkach, reakcjach znajomych, i o tym, co dają im rośliny.. Zastanawiają się też nad trendami - w czasach naszego dzieciństwa kwiaty były w każdym domu, jednak już w latach 90-tych wielu młodych ludzi nie kultywowało tej rodzinnej, zielonej tradycji. Kwiaty zniknęły. Czy dlatego, że tak bardzo kojarzyły się z czasami ponurego i biednego PRLu-? Na szczęście w ostatnich latach obserwuje się masowe zazielenianie mieszkań - rośliny stały się modne. I dobrze.

Rośliny nie tylko cieszą oczy, dekorują wnętrza i oczyszczają powietrze, ale i przywołują wspomnienia. Dla państwa Woźniaków to najcenniejsze pamiątki z zagranicznych wojaży - nie przywożą z nich bibelotów, tylko zaszczepki, które są żywą pamiątką.

(...) Dzięki nim pielęgnujemy pamięć o miejscach, w których byliśmy. To bardzo intymne.. Ten kaktus na nikim nie robi takiego wrażenia jak na mnie i mojej żonie, bo mimo że takich są  tysiące, tylko ten jeden związany jest z naszą historią - mówi Henryk , wskazując na okaz przywieziony kilka lat temu z Bałkanów( str. 31-33)

 Takich opowieści nie przeczytamy w internecie. Chętnie spotkałabym się z kolejnymi bohaterami - ta część "Roślinnego patrolu" jest zdecydowanie za krótka!

"Poradnik" to rozdział, z którego dowiemy się, jakie są potrzeby roślin (jakie światło, jaka woda, jaka ziemia. jakie powietrze, temperatura), jak o nie dbać i dobierać do mieszkania w zależności od tego, na którą stronę świata ustawione są okna i czworonogów - bardzo wiele roślin jest dla nich szkodliwych, a nawet trujących. Znajdziecie tu informacje o przesadzaniu (nigdy nie odkażałam nożyc ani sekatora, teraz tego punktu już nie pominę!), uprawie roślin z nasion (jak sprawić, by z pestki wyrosło awokado, mango czy mandarynka), o zabezpieczeniu roślin przed wyjazdem...
Podstawowa wiedza i praktyczne porady - cenne dla wszystkich zaczynających zieloną przygodę. Osobiście życzyłabym sobie bardziej rozbudowanego działu o chorobach roślin i metodach walki z pasożytami, grzybami (naturalnymi, jak i chemicznymi) i więcej zdjęć, ułatwiających identyfikację intruzów i konkretnych porad.

Trzecia część książki to Atlas" - prezentacja ponad 60 popularnych roślin (szkoda, że nie więcej!) domowych ze wskazówkami, jakie mają wymagania odnośnie miejsca w domu, światła, podłoża, podlewania, zraszania.

Sporo tu zdjęć Klaudyny Schubert i autorki książki - mają klimat, ich siłą są nie "instagramowe" wnętrza, tylko same rośliny. Wyglądają tak apetycznie, że ma się ochotę biec do najbliższej kwiaciarni czy sklepu ogrodniczego po kolejne donice ...

Z zadowoleniem odstawiam "Roślinny patrol" na półkę, wiedząc, że nieraz jeszcze po niego sięgnę.

Ewę i jej Roślinny patrol możecie spotkać na Facebooku - ta strona to kopalnia porad i filmików na temat roślin, ich pielęgnacji i przesadzania.

"Roślinny patrol",
Ewa Wojtowicz,
Oprawa twarda,
Stron: 264,
Wydawnictwo Otwarte, 2018,
Format: 164x230mm,
Cena 49,90 zł.









poniedziałek, 24 września 2018

Wrzesień w Magicznych Ogrodach



Chłopaki coraz starsi, a jednak hasło "jedziemy do Magicznych Ogrodów!" nadal działa na nich elektryzująco i jest zapowiedzią ciekawie spędzonego dnia. Kolejny raz odwiedziliśmy Ogrody, tym razem pod koniec sezonu, bo w przedostatni weekend września. Czy coś nas zaskoczyło na plus, a może pojawiły się minusy? 


Lubię Ogrody za oryginalność - nie jest to miejsce sztampowe, przeładowane plastikiem. Jest tu dużo przestrzeni, roślin, a cały park jest spójny - jednemu tematowi podporządkowane są wszystkie strefy i wydarzenia. To sprawia, że wchodząc do niego przenosimy się do baśni i jest magicznie od początku do końca. Stroje krasnali, wróżek, Mordoli, wystylizowane miejsca, sprzęty, place zabaw... Tym razem trafiliśmy na wydarzenie "Dyniobranie z Mordolem Witkiem" - dynie królowały w każdym zakątku Ogrodów, sprawiając, że miejsce to nabrało jesiennego charakteru.

Po pierwszym rodzinnym przejściu przez park rozdzieliliśmy się - młodzi pobiegli w swoją stronę, a ja z ojcem dzieci ruszyliśmy w swoją trasę, i naszym celem nie był wcale kawiarniany ogródek. Przejechaliśmy się Bulwiakową Kolejką (- Przepraszam, możemy pojechać bez dzieci?, - Jasne!), zaliczyliśmy park linowy (nowość!), pohuśtaliśmy się na drewnianej łodzi, pooglądaliśmy Ogrody z wieży widokowej, podyrygowaliśmy fontannami, pospacerowaliśmy alejkami, podziwiając zmieniające się kolory Ogrodów. Z pełną odpowiedzialnością mówię: to miejsce dla wszystkich, bez względu na wiek. Z tego parku się nie wyrasta - za rok pewnie odwiedzimy go znowu.

Ostatnie dni września w Ogrodach zaskoczyły nas - odwiedzających było znacznie mniej niż w upalne, letnie dni - mieliśmy wrażenie, że wszystkie atrakcje są do naszej dyspozycji. Po powitaniu w bramie i uściśnięciu ręki Mordolowi, zaopatrzeni w mapy, ruszyliśmy aleją w dół, tłumiąc chęć pobiegnięcia - ale przecież cały dzień przed nami, spieszyć się nie trzeba!







TRATWY


Tratwy - to zawsze jest hit, i tak jak Zamek Wróżek mijamy bez zatrzymywania się, tak pływanie na tratwach jest obowiązkowym punktem programu. Matka miała obawy, bo temperatura nie ta, a ciuchów na zmianę od dawna nie bierzemy ze sobą, ale udało się. Choć kilka godzin później któryś z chłopaków przebiegając obok nas krzyknął, że ma mokre spodnie, ale udałam, że nie słyszę. Więc się nie liczy.




Bulwiakowa Kolejka



Przejażdżka kolejką to jak przeniesienie w magiczny świat - domeczki, płotki, samochody i "samoloty" Bulwiaków, targ czy miejsce odpoczynku... no, robi to wrażenie. Urocza kraina!





Krasnoludzki Gród 



Krasnoludzki Gród, karuzele, łodzie, wieża prób to raj dla moich chłopaków. Nie było miejsca, w którym by nie byli. W tym roku mieli obawy, że może już nie zmieszczą się do studni, prowadzących do podziemnych korytarzy, ale dali radę, za rok też powinno się udać. W Grodzie można się wyszaleć, wspinać, wziąć udział w rycerskim turnieju, pograć w gry, pohuśtać na huśtawkach - drewnianych łodziach czy pokręcić na karuzeli.

Pomocą służą krasnoludy - pokazują jak posługiwać się bronią (miecze, toporki, łuki), wypisują certyfikaty,m przybijają pamiątkowe pieczęcie. Moi synowie byli trochę zawiedzeni, że nie trafili na rozgrywki i powalczyć mogli jedynie ze sobą, a to już emocje nie te, mają to w domu ;)





Mosty w koronach drzew (NOWOŚĆ)



Mosty w koronach drzew czyli park linowy z tarasami widokowymi to nowość - atrakcja, której w ubiegłym roku nie było. Fajnie jest przyjeżdżać tu i być zaskoczonym czymś nowym, to miłe! Bardzo estetycznie wykonane miejsce, podniebne tunele z przeszkodami, zjeżdżalnia i charakterystyczne dla M.O. drzewa, ukrywające kominy z jadalni (zapachy tak kusiły, że prosto stąd poszliśmy na obiad).


Mroczysko



W Mroczysku jak to w Mroczysku - ponuro, strasznie, tu odcięta ręka, tam noga, wydłubane oko albo czarny kruk trzymający coś w dziobie - wolałam nie patrzeć co. Smok ma się dobrze i nadal straszy, przybył nowy eksponat - wiszące zwłoki jakiegoś śmiałka, który chciał przechytrzyć smoka - jakiś maluch nie wytrzymał napięcia i polały się łzy (nie bez powodu na bramie wisi tabliczka, że mogą tu wchodzić dzieci od 6 roku w górę...).



Rośliny w Magicznych Ogrodach




Dla mnie to roślinny raj - nawet o tej porze (końcówka lata) jest na co patrzeć i podziwiać. Mieniące się czerwienią dzikie wino oplatające płoty, różne odmiany wrzosów, róże ... i mnóstwo krzewów i kwitnących ciągle roślin - przy wszystkich tabliczki z krótką informacją (nazwą, pochodzeniem itd.) Oczy odpoczywają, mózg się resetuje, tu ławeczka, tam altanka - może się zaszyć, wyciszyć, odsapnąć.





I na koniec...



To na co zwracam uwagę to czystość, w Ogrodach nie ma śmieci! Duże kosze wiklinowe na śmieci, wyznaczone miejsca dla palaczy (nie muszą kryć się po krzakach), kosze na plastikowe butelki i czyściutkie toalety - w każdej bukiet ciętych kwiatów (sprawdzałam!) świadczą o tym, że w Ogrodach dba się o wszystko. Jest komfortowo, estetycznie, przyjemnie.

O tej porze większość miejsc z jedzeniem już jest nieczynna, poza największym barem. A w barze mnóstwo warzyw i surówek, kasze, frytki i ziemniaki, ryby, kotlety mięsne... Wszystko w jednej cenie 3.93 zł za 100 gram.
Ale minusa też muszę dać: w kawiarniach (czynne były dwie) można było płacić jedynie gotówką (w barze kartą już jak najbardziej tak). Więc musieliśmy się obyć bez gofrów (chłopaki byli zawiedzeni) i kawy (ból!).

Sklepiki z pamiątkami są dwa i można w nich kupić wyłącznie gadżety związane z Ogrodami - maskotki, artykuły szkolne, drewnianą broń czyli toporki, miecze, t-shirty z symbolami poszczególnych krain.







Nasze wrażenia z Magicznych Ogrodów:

z 2016 roku: Magiczne Ogrody, czyli jak ciekawie spędzić czas z dziećmi [weekend w Polsce]

z 2017 roku: Park tematyczny dla dzieci: Magiczne Ogrody



Magiczne Ogrody
Trzcianki 92,
woj. lubelskie
.

czwartek, 20 września 2018

Jeleń, Roksana Jędrzejewska-Wróbel, il. Grażyna Rigall



Zerkam na tego jelenia z okładki, a on patrzy na mnie, prosto w oczy. Wbity w garnitur - mam wrażenie, że kołnierzyk uwiera go w szyję. Wybór bohatera nie wydaje się przypadkowy - jest jak policzek wymierzony w czytelnika, a ten wstrząs wydaje się zamierzony .W slangu miejskim jeleń to przecież ofiara, frajer

Stos książek na parapecie, a ja mam niemoc twórczą. Trudno zasiąść i pisać. Myśli z trudem nanizuję na nitkę, ale ta pęka i koraliki rozsypują się po podłodze... Ale Jeleń patrzy na mnie od wczoraj i patrzy, i czuję wewnętrzny przymus, wewnętrzną konieczność, ba - potrzebę!- żeby o nim napisać. Palce aż się rwą, żeby wystukać na klawiaturze to, co się kotłuje w głowie. Bo to jest piękna, przepiękna książka! Od pierwszej okładki po ostatnią, od słowa do słowa, od ilustracji do ilustracji.

Nasz bohater jest frajerem? Zagoniony, zaplątany w korporacyjną sieć (stawiam, że to była korporacja) - dom-praca-biblioteka-dom-praca-pralnia-dom-praca... Od poniedziałku i byle do weekendu. A ten weekend zawsze w mieszkanku, bo tylko tu "czuł się bezpiecznie i swojsko", ale choć tylko tu czuł się bezpiecznie, to i tak nie opuszczało go poczucie tymczasowości, bycia nie na miejscu, bo to mieszkanko nie było domem i równie chętnie przyjęłoby każdego innego. Na przykład sąsiada Muflona.

Przypadek sprawia, że po powrocie z pracy Jeleń nie mógł zaparkować swojego samochodu - wszystkie miejsca były zajęte. Pod jego blokiem i przy kolejnej i kolejnej ulicy. I jeszcze dalej też. Poszukiwanie miejsca - to zataczanie kręgów coraz większych i większych - kończy się fiaskiem. Jeleń coraz bardziej oddala się od mieszkania, już sam nie wie, gdzie jest. Więc jedzie. I jedzie.

Nowe miejsca, nowe ulice i bloki. Serpentyna dróg i czarny tunel. Tunel, po wyjechaniu z którego nie jest się tą samą osobą, Kryzys, nieszczęście, wstrząs, porażka, może zwolnienie z pracy, może choroba, może rozstanie. W życiu nie raz i nie dwa dochodzimy do ściany i mamy wrażenie, że czarne niebo wali nam się na głowę. Porażki wpisane są w drogę, ważne, co z nich wyniesiemy, na co je przekujemy. Jeleniowi się udaje. Pusty bak - a może przypadek, a może los czy opatrzność - przenosi go tam, gdzie jego miejsce, miejsce, w którym nigdy nie był, a które jest mu tak bliskie i znajome. Miejsce, w którym czuć zapachy i powiew wiatru, w którym wiadomo, że jesteśmy u siebie.
Nasz bohater ma szczęście - dostrzega to, co wcześniej było poza zasięgiem jego wzroku. Zaprogramowany korporacyjny ludzik dostaje szansę i ją wykorzystuje - otrząsa, przytomnieje.

Czytając tę książkę przed oczami mam twarze. Twarze bliskie i nieznajome, twarze ludzi, z którymi mknę pospiesznym do Centrum. I twarze w samochodach, które obserwuję z okien autobusu -  ludzi, którzy wiozą dzieci do przedszkoli i szkół, rozmawiają przez komórki, wydając dyspozycje, palą papierosy, i zawsze bardzo się spieszą. I przeważnie są spóźnieni. Jesteśmy niewolnikami czasu, niewolnikami miasta, i pracy codziennie pochłaniającej znacznie więcej niż osiem godzin życia.

Bardzo polecam! To książka, która inaczej przemówi do dziecka, a inaczej do dorosłego. Głos, który pięknie wpisuje się w nurt książek dotykających problemu kondycji współczesnego człowieka. Okładka - cudo! I dalej też wspaniale. Grażyna Rigall pięknie prowadzi nas przez tekst. Jest poruszająco, jest niepokojąco, ale i jest zabawnie. "Jelenia" ustawię na swojej półce, obok "Zgubionej duszy" Tokarczuk/Concejo i "Cykady" Shauna Tana.

* Ja też czuję, że się nie mieszczę :)

Jeleń,
Roksana Jędrzejewska-Wróbel,
il. Grażyna Rigall,
Wydawnictwo Bajka, 2018,
oprawa twarda,
stron 36
wiek: 5+,
cena 29.90 zł











Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...