Blog o pięknych i mądrych książkach dla dzieci.

O książkach i grach, które nam się podobają, ciekawych miejscach, w których byliśmy i o wydarzeniach, w których uczestniczyliśmy. A także o paru innych rzeczach...

sobota, 16 grudnia 2017

Sylaboratorium, czyli leksykon młodego erudyty, il. Paweł Pawlak


Bardzo lubię słowniki, leksykony, encyklopedie. Ale ciekawie wydane, zachęcające do sięgania, podczytywania, przyswajania nowych rzeczy mimochodem, z ciekawości, a nie konieczności. Takie które leżąc gdzieś na wierzchu kuszą, żeby do nich zajrzeć.
Nie lubię natomiast tych encyklopedii i zbiorów, które zawładnęły szkołami i niczym epidemia rozlewają się po klasach na zakończenie roku - estetycznie fatalne, przygotowywane na szybko, z błędami. Ból oczu zapewniony, jeśli nawet nie dziecka, to rodzica na pewno...

Książka, którą teraz Wam  pokazuję - jest po prostu wspaniała! Idealna na prezent, idealna do kupienia wraz ze szkolną wyprawką, idealna do podrzucenia dziecku bez okazji.. Trzeba ją mieć na półce i już. Ale nim o niej, to jeszcze mała dygresja...

Kiedy miałam  ok. 13 lat  (ostatnie klasy podstawówki) dostałam od Taty Leksykon młodego czytelnika, Wyrazy trudne, ważne i ciekawe (Wiedza Powszechna, 1988). Mam go po dziś dzień i bardzo go lubię.W swojej młodości wyszukiwałam w nim wyrazów, które mnie intrygowały, ciekawiły, albo czytałam na chybił trafił. Od znanych i w owym wieku odmienianych przez wszystkie przypadki (anarchia! ach lubiłam to słowo!), po te których wstyd było nie znać, albo słowa, których znajomością fajnie było błysnąć wśród znajomych. Słowa obco brzmiące, zupełnie nowe, odkrywane jak obce lądy... Obracane na języku, cicho szeptane, wywoływały dreszcz! Słowa mają moc!

I takie książki też ją mają, o czym świadczy ta moja, która dostała lat temu... 29...  (???) i jest i działa.

Szukajmy atrakcyjnych leksykonów, encyklopedii i słowników - dobrze opracowane, atrakcyjnie podane będą zachętąo dla dzieci do poszerzania wiedzy, rozbudzania ciekawości, warto w to inwestować. Taką książką jest ta, o której dzisiaj, czyli...


SYLABORATORIUM, czyli leksykon młodego erudyty


Zachwyt od okładki po ostatnią stronę. Nie dziwne, wszak koncepcja graficzna książki, ilustracje i skład to dzieło Pawła Pawlaka. Kiedy zerkniecie na listę autorów, którzy maczali przy tej książce palce, a raczej pióra - też nie będziecie rozczarowani: Justyna Bednarek, Agnieszka Frączek, Mikołaj Golachowski, Roksana Jędrzejewska-Wróbel, Emilia Kiereś, Ewa Nowak, Zuzanna Orlińska, Zofia Stanecka, Marcin Wicha, Wojciech Widłak. Wstępem opatrzył leksykon prof. Jerzy Bralczyk.
Na końcu bonus dla miłośników naklejek: 6 stron wypełnionych literkami-naklejkami do tworzenia własnych słów - słowotworów. To zwyczajnie nie mogło się nie udać!

Dlaczego SYLABORATORIUM, czyli połączenie sylaby i laboratorium?
Sylaba, bo...

(...) "nawet dzieci nie mają zwykle kłopotów z podziałem wyrazów na sylaby". A jak czytają to sylabizują. Najpierw po litera po literze poznają wyraz napisany, ale tak się wymawiać nie da, więc zbierają parę liter i sylabizują. I tak robią wszyscy, którzy uczą się czytać. Z trudem czytają, a sylaby im to ułatwiają (...) A potem dzielimy słowa i czasem całe zdania na sylaby, kiedy chcemy coś powiedzieć wyraźnie, dobitnie. Czasem nawet niezbyt grzecznie, ale tak, żeby wszyscy usłyszeli i nie mieli wątpliwości.(...)

ze wstępu prof. Jerzego Bralczyka.

A laboratorium? Wiadomo, to pracownia naukowa lub techniczna. W sylaboratorium pracuje się nad sylabami i bawi wyrazami. Wszystko jasne!
Każda litera reprezentowana jest przez dwa słowa: 50 haseł (a właściwie 52 - kto poszuka, ten dowie się, o co chodzi). 
Każde słowo ma własną rozkładówkę, na której znajduje się hasło z dodatkowym zapisem z podziałem na sylaby, definicja hasła, tekst literacki pisany proza lub wierszem, nawiązujący do słowa, wyjaśniający jego znaczenie/użycie w szerszym kontekście. I oczywiście ilustracja. Wszystko czytelnie, jasno, nikt się tu nie zgubi.
A same słowa?
Pięknie brzmiące i dostojne np. ATENCJA, czy taki LANDSZAFT lub KAPODASTER, HOŁUBIEC- wzbudzający uśmiech na twarzach chłopaków (ale dlaczego? nie wiedzieli, ot tak coś ich rozśmieszyło, rozbawiło) czy głośny śmiech  - OBSTRUKCJA, proszę państwa! ŁACHUDRA też okazała się śmieszna... Jeszcze inne zaskakując jak WAKUOLA czy UROBOROS - co to jest? nie ma takiego słowa!, ale niektóre też - na szczęście - znajome i przyjaźnie brzmiące jak CACKO, OBIBOK, URWIPOŁEĆ czy ZACHCIEWAJKA. Przy niektórych chłopaki łamali sobie języki: proszę powiedzieć szybko PRESTIDIGITATOR lub IMPONDERABILIA...

Teksty nawiązujące do hasła są bardzo zróżnicowane, a przez to jeszcze ciekawsze. Czasem jest to historyjka, czasem wierszyk, czasem rzeczowy tekst.

Bardzo przyjemny to leksykon, po przeczytaniu którego może nie każdy od razu zostanie erudytą, ale wejdzie na dobrą ścieżkę. Ilustracje ciekawe i różnorodne, zawsze żartobliwe, przyciągające wzrok kolorem. Nawet autorzy tekstów są tu ilustracyjnie zaprezentowani, oryginalnie i bardzo sympatycznie, bo ilustracjo-zdjęciem.

Na końcu książki znajdziecie link do strony, na której można pobawić się w typografa. Trochę się pobawiłam ;)







poniedziałek, 11 grudnia 2017

Piosenki nie tylko o zwierzętach, Iza Byra


Z muzyką dla dzieci jestem trochę na bakier. Z maleńką Marysią tańczyłam do piosenek Kayah i Bregovica (tak, to był ten czas), Franka kołysałam w rytm Lipnickiej i Portera, a w czasie kolek bujaliśmy się do Marii Peszek. Chłopaki znają na pamięć niektóre teksty Kultu i równo z Morrisonem, śpiewającym "When The Music’s Over" wchodzili - stojąc w łóżeczkach ze szczebelkami - głosowo i ruchowo na "Yeah, c'mon" ... Kilka lat temu uwielbiali szaleć przy Muse i organizować koncerty, w czasie których głównym i jedynym szlagierem był "Tępy nóż" Panasewicza/Portera. Nie mogę pominąć też pieśni legionowych, które z braku ograniczonego repertuaru wyśpiewywałam chłopakom ;)

Z dziecięcych płyt uwielbialiśmy "Nie wiem kto" i oczywiście  kolędy Arki Noego, które od lat są naszym nr jeden. Kiedy przychodzi grudzień, płyta opuszcza szufladę i to jest znak, że idą święta. Bez Arki chybaby nie nadeszły...


"Piosenki nie tylko o zwierzętach"


Trochę ta płyta u mnie poleżała. W końcu włączyłam ją, zaczęłam słuchać, zwabieni dźwiękami przyszli i moi panowie... I powiem Wam, że jestem zauroczona i muzyką i dowcipnymi, lekkimi tekstami i głosem Izy Byry (co za dykcja!). I sekcją dętą - tak, jest tu i puzon i trąbka! No i banjo, ukulele, dzwonki, dzwoneczki... Edukacja muzyczna i zabawa w jednym.  

Żałuję, że płyt ukazała się w 2016 roku, a nie wcześniej, kiedy moje dzieciaki były młodsze. Myślę, że Mańka uwielbiałaby Piratkę, tak jak ja ją już lubię (o dziewczynce, która nie chce wąchać płatków kwiatków, bo chce być piratką). Rano, puszczałabym im Śpiewaj nie ziewaj i od razu łatwiej by się im wstawało. Kotek (który poluje na paluszki, co wystają spod poduszki...) przypadnie do gustu nie tylko małym miłośnikom kotów. Moje chłopaki niby już są tacy duzi, ale.. śmieją się słuchając Hipopotama (sto kilo sympatii i zero apatii) i Myszki Franciszki....
Na płycie jest 15 piosenek, plus 4 piosenki w wersji instrumentalnej. Iza cudownie śpiewa, fajnie rymuje. Jest tu lekkość, zabawa słowami, żart, ale i refleksja. 

To jest płyta na poważnie - na poważnie, z dużą kulturą i  szacunkiem traktuje dziecko, na poważnie traktuje muzykę. Nie ma tu byle czego, sztucznego lukru i przymilania się do dzieci i prostego, żeby nie powiedzieć prostackiego rytmu i rymu, czego nie znoszę w wielu piosenkach kierowanych dla dzieci i dlatego nigdy specjalnie ich nie słuchaliśmy. Tu znajdziecie radość, uśmiech i zabawę i teksty, w których odnajdą się nie tylko najmłodsi. 

"Piosenki nie tylko o zwierzętach" cudownie wpadają w ucho i serce! Jak szukacie płyty dla swoich maluchów i przedszkolaków - jestem przekonana, że dzieciaki będą zachwycone. Mocny, ciepły, żywiołowy głos (Iza śpiewa od lat, była wokalistką m.in. w folkowym zespole Żywiołak) - Iza Byra  nim po prostu czaruje! Plus dobra, świeża muzyka i to coś, co sprawia, że chce się włączyć tę płytę jeszcze raz i jeszcze. I nie sposób przy niej spokojnie usiedzieć!

Posłuchajcie!

Piosenki nie tylko o zwierzętach,

Iza Byra -wokal, teksty, muzyka (muzykę współtworzyli też pozostali członkowie zespołu, niektóre teksty napisał Wojciech Wójtowicz),
Jan Jędrzejczyk - aranżacja, instr. klawiszowe, gitary, flety, klarnet, cymbałki,
Bartłomiej Rzeczycki - aranżacja, instr. klawiszowe, dzwonki,
Wojciech Trusewicz - aranżacja, instr. klawiszowe, gitary,
Adam Kłosiński - puzon,
Rafał Gańko - trąbka,
Jaś Wojtowicz - wokal.
Realizacja Paweł Gawlik.
Agencja Muzyczna Polskiego Radia, 2016.






niedziela, 10 grudnia 2017

DIY Żyj pięknie! [DaWanda i Egmont]









Rękodzieło stało się w ostatnich latach bardzo modne, wpisuje się w ruch eko i slow. Zrobienie czegoś samodzielnie, od podstaw ma dużą wartość, bo wkłada się w to czas i serce. Liczy się jeszcze pomysł i czasem umiejętności. Na szczęście te ostatnie nie zawsze -  moje zdolności manualne pozostawiają wiele do życzenia, szycie mnie przerasta, z prostszymi rzeczami jakoś sobie radzę. Bardzo lubię prace ręczne z dziećmi, kiedy razem coś tworzymy, budujemy, pieczemy... Lubię też patrzeć na to, co robią inni - podziwiać niesamowitą kreatywność, zaangażowanie, pasję.

DIY w naszym domu


Cenię sobie rzeczy zrobione ręcznie, lubie je mieć. Kredkownik, który zamówiłam u "Mamo, szyć!" jest z nami od ponad 3 lat i ciągle jest używany, zabieramy go na wakacje i różne wyjazdy, musi być i już! Króliki, serduszka, lanczówki, proporczyki i różne inne cuda uszyte przez Anię ze Śmigłej Igły też mają szczególne miejsce w naszym domu. Las w słoiku, zrobiony przeze mnie w wakacje - stoi na komodzie i rośnie, żyje! I jak cieszy oko! Takie rzeczy mają duszę, mają szczególną wartość, wnoszą do domu coś niezwykłego.
Ostatnio używam kremu, który dostałam od koleżanki - robi je sama, z cudownie pachnących, naturalnych składników. Krem ma taką konsystencję i zapach, że chce się go używać (co niektórzy w moim domu musieli go też spróbować - zapach masła kakaowego i cytryny sprawia, że wcale mnie to nie dziwi). Sama mam ogromną chęć zacząć robić dla siebie i bliskich kremy, balsamy - bez chemii, z naturalnych składników, nie uczulające, nie podrażniające ...

Książka "DIY Żyj pięknie!"


Z tych wszystkich powodów z dużą ciekawością sięgnęłam po książkę "DIY Żyj pięknie!", wydaną przez Egmont, a stworzoną we współpracy z internetową platformą handmade DIY - DaWanda

Ta książka to kopalnia rękodzielniczej wiedzy i inspiracji do tworzenia rzeczy z różnych dziedzin. I ogromna zachęta do dawania drugiego życia, tworzeniu czegoś z niczego przez przerabianie.  Są tu pomysły na cudowne prezenty, wypieki, dekoracje do domu, rzeczy, które możemy zrobić dla dzieci (jakie cudne łaty!, korony dla księżniczek czy stojak z dinozaura) i z dziećmi, dania na imprezy czy ubraniowe przeróbki (farbowana bluzka!). Jest dział poświęcony domowym kosmetykom - przepisy na peelingi, balsamy, mgiełki! Ponad 70 tutoriali - pokazanych w sposób jasny i czytelny na pięknych zdjęciach, krok po kroku.

Idealny pomysł na prezent nie tylko dla miłośników rękodzieła, ale i dla wszystkich, którzy nim coś wyrzucą zastanawiają się, jak daną rzecz jeszcze wykorzystać, co z niej zrobić.

DIY Żyj pięknie!
Wydanie: 2017
Seria/cykl: HANDMADE
Oprawa: twarda
autor/patron: DaWanda
wyd. Egmont, 2017
liczba stron:304
cena ok. 50 zł.











czwartek, 7 grudnia 2017

Dziewczynka z parku, Barbara Kosmowska, il. Emilia Dziubak


Czas po stracie rodzica. Kiedy ten drugi, który został, otulony jest bólem, smutkiem i żalem. Kiedy to co było miesza się z tym, co jest. Kiedy się nie rozumie. Kiedy się tęskni. Kiedy mama znika pod kocem i nic nie jest takie, jak wcześniej.

Bohaterką opowieści jest Andzia. Andzia ma mamę, ilustratorkę książek dla dzieci. Miała też tatę,  faunistę (badacza ptaków i ssaków), ale tata zachorował i zmarł. To on zaszczepił córce swoją pasję, i zostawił wspomnienia wspólnych spacerów i odbytych rozmów. Pamięć obecności i pustkę po niej.

- Mamo, dlaczego nie było końca świata, kiedy tatuś umarł? – zapytała niedawno, zamykając komiks, w którym bohater ratował Ziemię przed zagładą.
- Był koniec świata, kochanie – odpowiedziała mama. – Ale poza nami nikt tego nie zauważył.

A życie toczy się dalej. Jest szkoła, i  lekcje do odrobienia, dzieci w klasie, niektóre dokuczające i niemiłe, i ta sama trasa z domu do szkoły. I jest Jeremiasz, drugoroczny, który na przerwach częstuję dziewczynkę mentosami, a po lekcjach chodzi z nią do parku karmić kaczki i jeździć na sankach.

Smutek przeplata się z radością, stare życie przechodzi w nowe. I gdzieś tam w ciszy brzmią słowa, wypowiedziane kiedyś przez tatę, że będzie blisko, choćby niewidzialny. Jak kowalik będzie patrzył z góry. Czasem da się zauważyć. Andzia wypatruje tych ptaków z czarną pręgą na główce.

A Jeremiasz? Jeremiasz jest chory, ma cukrzycę. Ma też psa Tango i pasję - lubi samochody. Ale lubi też Andzię. Andzię, która nie ma taty i pięknie opowiada o ptakach. I jest inna niż dziewczynki w klasie. I ma już przyjaciela.

Jest w tej książce spokój. I czas. Czas, który płynie i przynosi zmiany, przynosi nowe. Mimo smutku, chce się zajrzeć za kotarę; podejrzeć, co on tam ukrywa, co przyniesie? Jest odzyskany uśmiech.

Są ludzie, których nie da się zastąpić, ale kiedy ich brakuje  - zjawiają się tacy, którzy sprawiają, że czeka się  na kolejny dzień. Jest w tej książce nadzieja i pociecha, że nawet po prywatnym końcu świata zwykłe, codzienne życie może przynosić dużo dobrego. Mimo wszystko.

Piękna opowieść o rodzącej się przyjaźni i trudnym czasie żałoby i godzeniu się z odejściem rodzica. Nie tylko dla dziewczynek z parku, małych i tych już całkiem dużych. Które wypatrują swoich kowalików.

"Dziewczynka z parku" zrobiła na mnie duże wrażenie. Książki Barbary Kosmowskiej są mądre,  ciepłe, zawsze pisane z dużym wyczuciem, taktem i wrażliwością - nie zawiodła mnie i tym razem. A ilustracje Emilii Dziubak oczarowały, też jak zwykle.



Dziewczynka z parku,
Barbara Kosmowska,
il. Emilia Dziubak,
Oprawa twarda,
Liczba stron: 128,
Wydawnictwo: W.A.B, 2012, 2015,
wym. 19.7 x 12 x 15.1cm,
cena 22 zł,
wiek od 8 lat.








niedziela, 3 grudnia 2017

Jak zrobić kulę śnieżną w słoiku i renifera z korków [dekoracje świąteczne, zabawy z dziećmi)



Przejawy naszej kolejnej przedświątecznej aktywności ;) Nie przypuszczałam, że w tym roku tak twórczo będziemy działać z chłopakami. I to tak wcześnie, przecież dopiero listopad! Reniferki z korków po winie i gałązek albo wykałaczek. Prawda, że są urocze?


KULA ŚNIEŻNA w słoiku





Nasza kula śnieżna jest leśna. Z braku renifera mamy liska. A że ja lisy uwielbiam to nie jestem rozczarowana. Na zdjęciach nie widać za bardzo śniegu, ale jest, uwierzcie.  Nim po potrząśnięciu słoika złapię za aparat i zrobię zdjęcie - śnieg już leży u stóp liska. Dodanie gliceryny trochę spowolniło sprawę,  brokat opada wolniej i jest efekt "wow!" Tylko nie na zdjęciach.

 ***

Co było nam potrzebne: słoik ze szczelną zakrętką (przetestowaliśmy większy i mniejszy - pozostaliśmy przy większym), biała modelina (na śnieżne podłoże), klej, roślinka (użyliśmy prawdziwej), cekiny, malutkie koraliki i wszystko, co może imitować śnieg. No i ta gliceryna!

Uformowane z modeliny podłoże przyklejamy do zakrętki (zostawiłam otworek na krzaczek, łatwiej się przykleił po wsunięciu do dziurki). Do modeliny przyklejamy to, co chcemy w słoiku mieć. Po godzinie wlewamy do słoika wodę, dużo wody, wsypujemy "śnieg" i zakręcamy zakrętkę. Po postawieniu słoika na zakrętce - kula gotowa.



Poniżej zdjęcia bez gliceryny i na końcu z gliceryną.



Nasze inne okołoświąteczne prace:

SZOPKA BOZONARODZENIOWA

Kalendarz adwentowy z szarego papieru

Kalendarz adwentowy 

Kartki świąteczne CHOINKI

wtorek, 28 listopada 2017

Frida Kahlo & Diego Rivera. Polskie konteksty (CK Zamek w Poznaniu)


Drobna, wyrazista, kobieca. Z czarnymi brwiami, a pod koniec życia i charakterystycznym wąsikiem. Ze skupionym, przejmującym wzrokiem i papierosem w ręce. W zamaszystych spódnicach, kwiatach wplecionych we włosy i sznurem korali. Wyprzedzająca czasy, w których żyła. Dla nas egzotyczna, bardzo południowa. Złożona z kontrastów. Szalona w miłości, oddana sztuce. Nadwrażliwa, kontrowersyjna, mówiąca własnym głosem.

Frida Kahlo


Fascynuje, co do tego wątpliwości nie ma. Sztuka przenikająca życia i życie przenikające sztukę  Bo obrazy Fridy to jej intymna, bardzo osobista opowieść. Taki pamiętnik wydrapany na płótnie.
Trudna, wyczerpująca psychicznie miłość - małżeństwo  z Diego Riverą, rozwód, ponowne małżeństwo, jego liczne romanse i jej (m.in. z Trockim),  niemożność donoszenia ciąży, aborcje ze względu na zagrożenie życia, i stały ogromny ból i cierpienie.

Za Nietzschem powtarzała "Nazwałam swój ból psem. Jest tak samo wierny". Wypadek, w którym uczestniczyła, wracając ze szkoły (zderzenie autobusu z tramwajem) odcisnął piętno na całym jej życiu, zmienił jego trajektorię.  Zamiast studiów medycznych (tak, Frida Kahlo chciała być lekarzem) długie miesiące spędzone na szpitalnym łóżku. Z wypadku wyszła z połamaną nogę, żebrami, miednicą, obojczykiem,  zmasakrowaną nogą i stopą, uszkodzonym kręgosłupem i przebitym podbrzuszem. W sumie przeszła ponad 30 operacji (w tym kręgosłupa), ciągła terapia sprawiły, że jej życie podporządkowane było chorobie i walce o sprawność. Malowała często w łóżku, na leżąco - na specjalnie skonstruowanych sztalugach. W lustrze widziała swoją twarz. „Maluję siebie, ponieważ tak często jestem sama i ponieważ jestem tematem, który znam najlepiej”.

Krytycy nie wynoszą jej sztuki na piedestał, owszem, uważają jej prace za interesujące, ale nie wybitne. Jednak dla ludzi, odbiorców jej sztuki są fascynujące - pełne emocji i pasji. Szczere i poruszające. Ale też proste w przekazie, symbolice, a przez to łatwe w odczytaniu i trafiające do wyobraźni. Świadczy o tym choćby fakt sukcesu wystawy Fridy w Poznaniu. Żeby zobaczyć tę małą wystawę wiele osób jechało z odległych zakątków Polski.


Wystawa  w CK Zamek w Poznaniu


My z córką też pojechałyśmy. Na świeżo po lekturze książki "Frida Kahlo prywatnie" Suzanne Barbezat, wyd. Marginesy, 2017 (bardzo polecam, jest i o życiu Fridy i o jej sztuce - czyta się jednym tchem plus zdjęcia obrazów i fotografie artystki m.in. zrobione przez Nickolasa Muraya w latach 30. i 40.) miałyśmy w głowach swoje wizje wystawy.

Tak, wiedziałyśmy, że obrazów malarki jest mało (28 obrazów Fridy plus 10 Diego Rivery), że wystawa obudowana jest wątkiem polskim (Fanny Rabel, uczennica Fridy i malarka i Bernice Kolko, fotografka) i sztuką meksykańską (prace grupy meXylo, meksykańskich artystów inspirujących się twórczością Kahlo), więc nie to nas rozczarowało (choć proporcje prac świadczą raczej, że jest to bardziej meksykańska wystawa z wątkiem Fridy)... Tylko sama ekspozycja - słabe światło (bardzo mi to przeszkadzało),  natłok prac w salach pobocznych, przez co były słabo wyeksponowane,  duża odległość między salą główną a bocznymi – wiem, że dużo osób nie zobaczyło całej wystawy, bo nie wiedziały, że jeszcze coś jest...).

Mimo tego bardzo cieszę się, że pojechałyśmy, obejrzałyśmy. Co innego stać przed oryginalnym obrazem i patrzeć na fakturę płótna, a co innego oglądać obrazy w książce na papierze.
Na wystawie można też zobaczyć surrealistyczny obraz Fridy Kahlo, którego nie ma - odtworzone z negatywu „Zraniony stół”. Obraz był pokazywany w 1955 roku w Warszawie, potem w Moskwie i ślad po nim zaginął...

Bez wątpienia, patrząc na rekordową frekwencję, jest to wystawa roku.












Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...