O książkach i grach, które nam się podobają, ciekawych miejscach, w których byliśmy i o wydarzeniach, w których uczestniczyliśmy. A także o paru innych rzeczach ;)

poniedziałek, 25 lipca 2016

Dziecko w wielkim mieście [wakacyjne refleksje i pytania]


Kiedy byłam mała, ale już na tyle duża, że sprawnie poruszałam się i umiałam powiedzieć "dzień dobry" sąsiadom - wychodziłam na dwór. Sama. Przed blok. Bawić się z innymi dziećmi. Całe osiedle było nasze. Niestrzeżone. Nieogrodzone. Tuż przy ulicy, jednej, drugiej, a i trzecią by się znalazło. jakby się ktoś uparł.

To był nasz czas. Czas zabawy, czas pierwszych doświadczeń.
Czas nauki radzenia sobie w grupie, bez rodzica przy boku. Czas pierwszych kłótni i pierwszych porażek. Czas walki o przetrwanie w grupie. I wypracowywania zgody, i przyjaźni. Czas nauki wspierania się i pierwszy posmak budowania wspólnoty, tworzenia reguł. Kto pierwszy, kto drugi... Poza rodziną. Czas pierwszych łez i fascynacji. Chłopaki i dziewczyny. Kilkulatki i wczesne nastolatki. Grupy, grupki i podgrupy. Stłuczone kolana, poobijane głowy. Pierwsze sekrety i tajemnice. Radości i smutki. I czas nudy. Wiszenia na trzepaku i zastanawiania się, co robić.

Biegaliśmy między blokami, okupowaliśmy trawniki i małe uliczki, gdzie graliśmy w dwa ognie i badmintona. Przesiadywaliśmy na drzewach i skakaliśmy w gumę. Koedukacyjnie. Wieczorem, kiedy nadchodził zmierzch otwierały się okna i słychać było - z różnych stron - nawoływania rodziców: Ewaaaaa, do domu! Agnieszka! Krzysiek! Piotrek! Niechętnie wracaliśmy - brudni, głodni, z dziurami na spodniach, startą do krwi skórą.

Wakacje co roku spędzałam u ciociu na wsi [pisałam o nich TU]. Z pajdą chleba w ręce wybiegałyśmy z kuzynką na podwórko i tyle nas widzieli. Podwórko, ogród, sad, wreszcie pola i łąki. I ta rzeka, o której ciotka opowiadała straszne historie. Że tyle osób się tam potopiło. Biegałyśmy tam z duszą na ramieniu, a jakże!
W wieku 14 lat przejechałam sama może nie pół Polski, ale całkiem dużo. Autobusem, a potem pociągiem. Znalazłam peron, wsiadłam, dotarłam. I nie było komórek.
Jako 15 latka jeździłam do innego miasta, do cioci. Bywało, że nie miałam pieniędzy na powrót, bo wydałam, i wstyd było się przyznać. Odstawiana na dworzec, chyłkiem się z niego oddalałam, aby dotrzeć na wylotówkę i wrócić stopem.  Pierwszy samodzielny koncert w obcym mieście zaliczyłam w ósmej klasie. Na pierwsze samodzielne wakacje pod namiot pojechałam z przyjaciółkami po 1 klasie liceum (namiot co prawda rozbity na podwórku kuzyna, jednak nikt nie wnikał, co robimy, gdzie jeździmy, o której wracamy). Potem było to normą.

Pamiętam swoje powroty ze szkoły, a szczególnie ten jeden. Miałam 7-8 lat. Szłam po schodach, na 4 piętro. Do drzwi sąsiadów dobijał się ktoś, kto od pierwszej chwili wzbudzał mój strach, dziwnie mu z oczu patrzyło. (Mieliśmy sąsiadów o wątpliwej reputacji, wizyty policji były normą, szemrane towarzystwo też). Stojąc pod drzwiami zamkniętego mieszkania, za którymi wiedziałam, że nie ma nikogo, z kluczami w kieszeni, bałam się. I zrobiłam coś genialnego. Zaczęłam pukać, wołając "Dziadku, to ja!". Ten człowiek wszedł do sąsiadów, a wtedy ja klucz, myk i też już byłam w domu.

Mam poczucie, że miałam fajne dzieciństwo. Dużo wolności, zabawy i własnych spraw. Jak mają nasze dzieci. Lepiej? Gorzej? Zajęcia dodatkowe, korepetycje od pierwszych klas, przeładowany program nauczania. Siedzenie w świetlicy i szkole od rana do godz. 17, bo strach, żeby dziecko wracało samo ze szkoły i siedziało w domu? Czy rzeczywiście?

W głowie mam wywiad z psycholożką czy socjolożką (nie pamiętam), która ubolewała nad życiem współczesnych, głównie amerykańskich dzieci. Mówiła o ograniczaniu wolności, o zniewoleniu przez szkołę i dom. Nadzorowaniu, kontrolowaniu, dla ich bezpieczeństwa. Prowadzeniu za rękę. Odwożeniu i przywożeniu do szkoły i z. Umawianiu na godzinę do kolegów. Szczególnie w dużych miastach. Mówiła, że dzieci same nie chodzą do sklepu, nie poruszają się po ulicy.

Patrzę na moje dzieci i dzieci znajomych.
Biegają po osiedlu w grupie innych. Budują szałasy, organizują sobie pikniki. Grają w piłkę aż furczy. Wpadają po butelkę wody, koc, kanapkę albo pieniądze na lody. 
Po powrocie ze szkoły zrzucają w pośpiechu tornistry, złapią jakąś kanapkę albo nie i już ich nie ma. Widzę z okien - co jakiś czas któryś przejedzie na rowerze swoim albo nie swoim, słyszę ich krzyki w ferworze zabawy, gry w piłkę... Czasem są płacze, czasem są kłótnie. Któreś przybiega smutne, czasem się poskarży. Czasem się popchną, podłoża nogę.
Bywa, że rodzic przyjdzie do nas wyjaśnić jakąś sytuację, bywa, że z "interwencją" idę ja albo mąż. 

Dajemy dzieciom sporo swobody, bo pamiętamy swoje dzieciństwo. Bo pamiętamy, że to było fajne, twórcze - pamiętam także te historie, o których nie mówiło się rodzicom. I pozwalamy dzieciakom mieć swoje. 
Różnicę widzę w czymś innym - kiedyś rodzice aż tak nie angażowali się i nie uczestniczyli w życiu dzieci. Czas odjęty z tego wolnego przechodzi na czas spędzony razem, wspólnie - ale to akurat nie jest takie złe.


Więc jak to jest? Jak to jest u Was?
Jestem autentycznie ciekawa. Czy w mediach bije się pianę i robi z igły widły? Czy może jednak dzieci są więźniami strachów i rodzicielskich lęków? 


piątek, 22 lipca 2016

Zabawa w teatr czyli o teatrzyku dziecięcym słów kilka...


Pracowałam w domu, chłopaki bawili się w innym pokoju. W którymś momencie przyszedł do mnie Staś.
- Mama pracujesz jeszcze? Mamy teatrzyk, chcemy zrobić ci przedstawienie.

Teatrzyk: wersja pierwsza


Zaintrygowana poszłam za nimi. Teatrzyk faktycznie był - wersja walizkowa. Dwie książki - dramaty wybrane Szaniawskiego ustawione na sztorc (mam nadzieję, że babcia nie będzie miała nic przeciwko), przyklejona do nich - taśmą klejącą - kartka A4 z wyciętym okienkiem. I kukiełki. Z wyciętych kart, przyklejonych do ołówków. Piłkarze grali, aktorzy-lalkarze komentowali... Jak aktor zapominał tekstu, zastępował go drugi. Show must go on!
Publika biła brawo (to ja) i kręciła ogonkiem (to Bolo), jedynie Bob (świnka morska) niewzruszenie przeżuwał sianko. Chłopakom spodobało się przedstawianie! Trochę zapomnieli, jak się robi teatrzyki, bo dawno tego u nas nie było. Przypomnieliśmy sobie  - jak to jest w prawdziwym teatrze, te bilety, dzwonki, przerwy, kurtyna w górę, kurtyna w dół.


I stanęło na tym, że będą kolejne przedstawienia, że przygotują scenariusz, zrobią bilety... Bo mają ochotę. Bo im się chce. Bo fajna jest zabawa w teatr, nawet jeśli po scenie biegają piłkarze, a przedstawienie jest meczem przeniesionym z murawy na dechy teatru.


Teatrzyk: wersja druga


A potem, potem.... wydarzyło się coś niezwykłego. Bo akurat w tym czasie, taki przypadek nie przypadek, natknęłyśmy się, a właściwie to córka, bo ja obok tego pudła przeszłabym pięć razy, a może nawet i potknęła o nie i nie zauważyła. Więc córka natknęła się na ... teatrzyk. Drewniany, masywny i fajny teatrzyk, składający się z trzech rozkładanych elementów z dodatkami. Z czerwoną, rozsuwaną kurtyną, przewiązywaną wstążeczką. Z miejscem na wpisanie kredą tytułu sztuki i godziny przedstawienia. Gdyby nie lekki odprysk drewna w jednym miejscu powiedziałabym - nówka sztuka nie śmigana. Jeszcze się zastanawiałam, czy tak czy nie, wahałam, ale co tam bierzemy!

Chłopaki, jak zobaczyli to cudo - wulkan pomysłów, repertuar na rok i w ogóle! Padł nawet pomysł, że może na dwór z tym wyjdą, na ulicę i coś im wpadnie do kapelusza - w sumie co tak talent tłamsić, do ludzi z nim trzeba, do świata ;) ...

Przegapiłam moment wyklucia się pomysłu marionetkowego. Przyklejona do komputera (praca) staję się głucha (praktyka czyni mistrza), Antek rzucił hasło, że idzie po patyczki, poszedł. Nawet kiedy na stole, przy którym pracuję, pojawiły się patyczki i patyki, sznurki, kłębki wełny, nożyczki i noże - nie zaskoczyłam. Dopiero, kiedy te patyki, nici, noże i papiery zaanektowały moją przestrzeń tzn. zaczęły wchodzić na klawiaturę i padła prośba o przytrzymanie palcem nitki - przytomnym wzrokiem ogarnęłam stół. Antek robił marionetkę!

Czułość i duma zalały moje serce - jakie te dzieci mądre, jakie twórcze i kreatywne! Chwyciłam za aparat, niestety uwieczniłam tylko ostatnią fazę, poprzednie przeszły mi koło nosa. Dosłownie.

W tempie ekspresowym ruszyła produkcja biletów, wstęp na przedstawienie - 50 gr. Chłopcy nie obłowili się - Bolo i Bob są bez grosza. Ale sztuka wymaga poświęceń i na kasę nie ma co patrzeć, jak ma przyjść to przyjdzie, jak nie teraz to później.
Staś pracował nad tekstem, Antek zbierał rekwizyty. Wreszcie nadeszła ta chwila... Dzwonek pierwszy, dzwonek drugi... Kurtyna w górę!

Przedstawienia były dwa - Antek wymyślił wigilijną historię o prezentach, Staś krótką scenkę - dialog między kukiełkami, dołączonymi do teatrzyku (były dwie, później udało nam się jeszcze dokupić jakieś zwierzaki). Wymyślił piosenkę dla swojego bohatera i ją śpiewał! Chłopaki zrobili coś fantastycznego! A ja pomyślałam sobie, że przecież jeszcze całe lata przed nami zabaw w teatr :) Bo zabawa w teatr daje radość! A przy okazji i rozwija.


Zabawa w teatr: co daje?

Zabawa w teatr jest niezwykle rozwijająca, dziecko nabywa nowych umiejętności, przyswaja nową wiedzę. Od momentu przygotowań do występu:
  • trzeba ruszyć wyobraźnią i stworzyć bohaterów (narysować, zbudować, uszyć) 
  • przygotować bilety (zabawa plastyczna)
  • napisać scenariusz, najlepiej zapisać go na kartce w punktach (ćwiczy pisanie).

Dziecko mówi -  na żywo można wspaniale rozwijać tekst, dodając nowe treści, bawiąc się słowem (improwizacja). Wciela się w różne postaci, bawi się głosem - ton, pauza,siła głosu... Zabawa w teatr rozwija pamięć, słownictwo, spostrzegawczość, zmysł obserwacji i pomysłowość (Antek szukał latarki, żeby oświetlić scenę). Uczy empatii - dziecko wciela się w różnych bohaterów, stawia się w ich sytuacji. Pozwala przełamać nieśmiałość, oswaja z grupą, daje poczucie osiągnięcia czegoś, sprawdzenia się w nowej roli. Nic tylko bawmy się w teatr - wystarczą krzesła, koc i pomysł :)

>>> W starym kinie czyli dlaczego warto oglądać bajki z rzutnika?

środa, 20 lipca 2016

Wakacyjne kryjówki 2016 - letnia edycja konkursu



Wakacje w toku, więc ogłaszamy letnią odsłonę konkursu kryjówkowego :) Chcemy zobaczyć ulubione kryjówki dzieci (szałasy czy domki w lesie, na łące, działce, w ogrodzie, przed blokiem, a ostatecznie i w domu też, byle w wakacyjnym duchu) - miejsca, w których lubią się chować z książką.

Zapraszamy do udziału w zabawie. I liczymy na Waszą pomysłowość!

Czekamy na zdjęcia do 26 sierpnia. Na zdjęciu mogą być czytające dzieci, ale mogę też być same kryjówki, byle z książką i krótkim opisem miejsca i czytanej lektury :)


Nagrody, nagrody...


Nagrody będą ... fantastyczne i będzie ich naprawdę dużo! Wesprą nas wydawnictwa (kolejność alfabetyczna):


Adamada:

 1 zestaw: 3 kolorowanki

 Bajka:

1 zestaw (2 książki)

BIS:

2 nagrody: książka + audiobook, książka

Dwie Siostry:

2 nagrody

EZOP:

 

Krytyka Polityczna:

4 nagrody

Manufaktura RUNO

Torba marzenie każdego czytacza książek dla dzieci! (zdjęcie poglądowe - nagroda może się różnić kolorem rączek czy napisu).


Media Rodzina:

Joanna Rajch:



Tashka:




Zakamarki:

 Niespodzianka od Śmigła Igła 


A ponieważ wybieranie zdjęć według nas najlepszych sprawiało nam zawsze kłopot - które wybrać, które odrzucić????  Każdy miał swoje typy i mocne argumenty na "za" i za nic nie chciał ustąpić, a nagrody nie z gumy - postanowiliśmy więc poprosić o wsparcie w wyborze wydawnictwa, aby wytypowały po jednym zdjęciu, do autora którego trafi jedna nagroda. Może się więc zdarzyć, że do jednego autora fotki pofrunie nagród więcej...

Tak czy siak - jest o co walczyć, a więc aparaty w dłoń...

Zasady konkursu


1. Organizatorem konkursu jest autorka bloga Maki w Giverny.

2. Konkursowe zadanie 

  • Zrobić zdjęcie (nie chcemy kolaży) z króciutkim opisem miejsca oraz tytułem czytanej książki (może być jedno zdanie) i przesłać je na e-mail: makiwgiverny@gmail.com (w temacie: Letnie kryjówki 2016).
  • Udostępnić zdjęcie konkursowe.
  • Miło by nam było, gdybyście polubili też Maki i strony wydawnictw na FB ;)

3. Jeden autor może nadesłać kilka zdjęć, pod warunkiem, że prezentowane na nim będą różne kryjówki i książki.

4. Konkurs rusza 21 lipca i zakończy się 26 sierpnia 2016 roku. Czasu jest więc dużo!

5. Liczba nagrodzonych będzie zależeć od liczby nagród, które zgromadzimy - tu sytuacja ciągle się zmienia :)  Na wytypowanie zwycięzców dajemy sobie 10 dni - typuje nie tylko Makowa familia, ale i wydawnictwa.

6. Wasze zdjęcia będą opublikowane Facebooku - a te zwycięskie też na blogu Maki w Giverny.

7.  Nagrody są wysyłane tylko na terenie Polski.


A jak to było wcześniej?


 Wakacyjne kryjówki 2015

Zimowe kryjówki 2016

wtorek, 19 lipca 2016

Bajka o rumaku Romualdzie, Malina Prześluga, il. Jaga Słowińska


Chciałam zrobić fajne zdjęcia, a że konie mamy blisko to rzuciłam hasło: jedziemy! Na rowerach, raz dwa, bo to rzut beretem od nas. Serio. Taaaa. jedziemy... Ociągali się, marudzili, wreszcie ... pojechali, ale  z siostrą do drugich dziadków. Pewnie na Cartoon Network i ten sernik, który wczoraj babcia upiekła... Pokemonów może by i szukali, ale koni?
Matka ubrała się, wzięła psa, rower, aparat i książkę. I pojechała. Sama. Po drodze ponure myśli jej w głowie hasały niczym te rumaki, co te dzieci takie... Tylko piłka, koledzy łamane na komputer i tv, jak gdzieś dorwą (w domu nie ma telewizora w ogóle, ha!). Czy to już tak będzie? Urosną i skończą się wspólne wypady, wyjazdy, tu warsztaty, tam zajęcia, tam spotkanie? Coraz trudniej, coraz ciężej... Matka musi kusić i zachęcać, z trzech chłopa średnio udaje się zwerbować jednego... A jak nie będą chcieli czytać? Matko jedyna....

No nic dotarliśmy z psem do stadniny. Bolo nieco zmęczony (mało je biedaczyna, jest na diecie), ja z obolałym sercem, a tu d...  - pusto. Koni niet. Ani jednego, nie mówiąc już o Romualdzie. Na padoku pusto i głucho, na drugim i trzecim też,


Jestem w sklepie "z drugiej ręki". A tam łeb konia na kiju. Taki piękny, jasny, z białą grzywą. Już widzę, te zabawy - może w Romualda, jak pędzi przez bory i knieje, przedpokój i kuchnię, po tych osiedlach i piętrach i kanapach...  Już go trzymam, kupię!  Do zabawy, albo do pokoju... ale którego? dla kogo? Przecież mnie wyśmieje - ten najstarszy, a młodsze popatrzą i wykrzykną: Ale my się takimi już nie bawimy, to dla małych dzieci! (Może gdyby to był łeb jakiegoś piłkarza...). W salonie sobie powieszę? Z żalem odkładam koński łeb na półkę...

Ciut mi smutno... do wieczora, bo wieczorem słyszę przymilne głosiki
- Maaamo, a poczytasz nam książkę? O tym rumaku!
- Mamo, o tym rozczarowanym Romuladzie, roz-czarowanym, rozumiesz?
- I jeszcze jakąś drugą, żeby dłużej było.

Ufff... więc czytamy. Ostatni bastion jeszcze nie padł. Dzień dniem, ale rytuał czytania przed snem musi być odprawiony. Nie ma zmiłuj i oby jak najdłużej ;)


Bajka o rumaku Romualdzie

Co za wielkość, co za kolor! Nie można przejść obojętnie obok Romualda - w moim wypadku to fascynacja od pierwszego spojrzenia na książkę i zerknięcia do środka.

Bajka nie bajka - łamie konwencję, miesza i rozśmiesza. Ach ten Romuald, zawsze w cieniu, zawsze laur trafia na głowę tych wszystkich rycerzy i królewiczów, i to oni w glorii i chwale, a przecież gdyby nie on  Romuald - na własnym grzbiecie - to smoki żarłyby dalej mieszkańców miasteczek i wsi, a te wszystkie królewny i księżniczki siedziały w swych wieżach albo spały.
Rumaki są niedocenione. Romuald o tym wie i jest z tego powodu nieco rozgoryczony. Dlatego, gdy pojawia się okazja  i może wreszcie zostać bohaterem swojej osobistej bajki - stanąć w świetle jupiterów - gdy wybiła ta chwila, ma swoje pięć minut to musi je dobrze wykorzystać! I wykorzystuje! Choć ciężko tak samemu - bo jak ruszyć bez "wio" czy choćby cmoknięcia, jak skręcić, gdy nikt nie ciągnie za uzdę.. Ale bardzo się stara, a ta królewna - bo któżby inny -  nawołuje go i dopinguje swoim "Raaatunku!"
Na naszych oczach Romuald rośnie - rośnie w siłę i pewność. Pokonuje las, mija domy, pocztę, radzi sobie z domofonem i schodami na 6 piętro! Udaje mu się. Dociera. Czy uratuje i kogo? I czy usłyszy zdanie,na które tak czeka - zdanie w jego bajce: i żyli długo i szczęśliwie? Koniecznie sprawdźcie sama!

Dobrze się czyta - te pełne humoru dialogi między bohaterami z różnych światów: bajek i współczesności. I ogląda, co tam ogląda - pochłania oczami! Ilustracje - przepięknie kolorowe - mają to "coś". "Mamo, są jak wycinanki". Dla mnie i bajkowe i nowoczesne,  jak tekst. Zdecydowanie nie rozczarowują, lecz czarują ;)


To nasze pierwsze spotkanie z Tashką i powiem, że bardzo udane. Tym bardziej, że czytamy już kolejne książki tego wydawnictwa i... serce rośnie!


Bajka o rumaku Romualdzie,
Malina Prześluga,
il. Jaga Słowińska (Moss Papers),
wyd. Tashka,
2016.

niedziela, 17 lipca 2016

Projekt Breslau, Magdalena Zarębska



Nie przepadałam za historią, nudziła mnie. Te daty, tyle nazwisk i wydarzeń. Przed maturą (zdawałam historię, a jakże) mój Tata (z wykształcenia polonista, z zamiłowania historyk) dla wąskiej grupy moich przyjaciół organizował "tajne komplety", mające odświeżyć nam i usystematyzować historyczną wiedzę. Zbieraliśmy się w moim pokoju, Tata siedział w fotelu, my wokół niego na podłodze - z kubkami kawy w rękach, w półmroku, bo przy jednej zapalonej lampce.
Słuchaliśmy. Ojciec ze swadą, obrazowo i kwieciście, prowadził nas przez światowe i polskie wydarzenia, ich przyczyny i skutki. Jedno wypływało z drugiego, zazębiało się. Było ciekawie!
Bo historia nie musi być nudna.

Nie jest nudno też w "Projekcie Breslau" Magdaleny Zarębskiej. Swoich bohaterów - zaprzyjaźnioną grupę gimnazjalistów - autorka z pomocą tajemniczego kufra (wehikułu czasu). co jakiś czas przerzuca w dawne czasy. Historię miasta i jego mieszkańców poznajemy dzięki  niesamowitym wędrówkom w czasie i ... pamiętnikowi małego Niemca - Hugo Harnischa, odnalezionym w kufrze. Uczniowie, zainteresowani losem małego, niepełnosprawnego chłopca, tłumaczyli z zapałem rozdział za rozdziałem (przy okazji lepiej poznając język, co nie umknęło uwadze germanistki).

Przeszłość, obfitująca w dramatyczne momenty, przedstawiona jest w namacalny sposób -  uczniowie są w niej zanurzeni, poznają ludzi z przeszłości, uczestniczą z nimi w ważnych dla miasta chwilach, poznają miejsca  i mogą porównać je z tymi obecnymi, już w naszych współczesnych czasach.

Jednak nie samą wielką historią utkana jest fabuła książki  - poznajemy bohaterów, ich codzienność tak podobną do codzienności tysięcy polskich młodych ludzi, którzy chodzą do szkoły, mają problemy w domu, grupie, mają swoje sympatie i przeżywają pierwsze miłości... Interesująca jest i to, co teraz, i to, co wtedy (wątek pamiętnika tak pięknie kontynuowany i zakończony!).  Dlatego przez książkę pędzi się jak burza.

Nie napiszę więcej - książkę warto przeczytać.

A ja zatęskniłam za Wrocławiem, to kolejne miasto, które wpisuję na swoją listę "do odwiedzenia".




Projekt Breslau,
Magdalena Zarębska,
Wydawnictwo BIS,
2016.

środa, 13 lipca 2016

O pasji, pracy i gonieniu marzeń [książki dla fanów piłki nożnej]


Pamiętam złote czasy polskiej reprezentacji, urodziłam się w połowie lat 70.tych, Nie tyle same mecze, co atmosferę. "Entliczek pentliczek co zrobi Piechniczek..." Tę radość, te emocje... Pamiętam ważne mecze - znakiem, że czas do domu, były opustoszałe nagle ulice, a szyby niebieskie od telewizorów. Biegliśmy szybko do klatek, bo tak dziwnie było, trochę strasznie. Wymarłe miasto, wymarłe osiedle.

niedziela, 10 lipca 2016

Piwnice. Zagadki spod podłogi, Aleksandra Cieślak, Dominika Czerniak


- Idź do piwnicy po ziemniaki! - to zdanie,  które dolatywało do mnie z kuchni w czasie przygotowywania przez mamę obiadu, sprawiało, że moje kilkuletnie serce przyspieszało, a krew zaczynała szybciej płynąć w żyłach. Kiedy byłam mała to ja chodziłam do piwnicy po ziemniaki, ogórki kiszone i kompoty...I bardzo, bardzo się tego bałam.

piątek, 8 lipca 2016

Wojna, która zmieniała Rondo, Romana Romanyszyn i Andrij Łesiw


Przepiękna symboliczna bajka o wojnie dla dzieci, napisana i zilustrowana przez młodych twórców z Ukrainy: Romanę Romanyszynę i Andrija Łesiwa. Opowieść o tym złu, które przychodzi nagle, nie wiadomo skąd, sieje zamęt. Wchłania,  niszczy i pustoszy. I o tym, co po sobie pozostawia każdemu, kto ją przeżył. Ślad, rany, piętno.

wtorek, 28 czerwca 2016

Wakacje inne niż wszystkie - czyli jak zorganizować fajne wakacje w domu ;)

O czym przekonałam się w ubiegłe wakacje?


W zeszłym roku zrezygnowaliśmy z urlopu w klasycznym tego słowa ujęciu - nie pojechaliśmy na wakacje GDZIEŚ tam. Ani na dwa tygodnie, ani na tydzień. Zaplanowany remont mieszkania - trzeba było przystosować pokoje chłopaków do potrzeb pierwszoklasistów - i fakt, że straciłam pracę spowodowały, że nasze plany urlopowe uległy zmianom.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...