Blog o pięknych i mądrych książkach dla dzieci.

O książkach i grach, które nam się podobają, ciekawych miejscach, w których byliśmy i o wydarzeniach, w których uczestniczyliśmy. A także o paru innych rzeczach...

poniedziałek, 26 listopada 2018

Kosmiczne święta, Ingelin Angerborn, il. Per Gustavsson





24 dni oczekiwania na święta z Zakamarkami. Po "Wierzcie w Mikołaja", rewelacyjnym "Prezencie dla Cebulki", "Świętach dzieci z dachów" i "Hurra, są Święta!" czas na kolejną.

W tym roku czas adwentu upłynie nam z "Kosmicznymi świętami" (ale kolejny raz sięgniemy też po Cebulkę). Uwierzyliście? Nie ma szans - idea świetna, jednak w naszym wypadku nie do zrealizowania - dwa wieczory i po książce. Ale że "Cebulkę" przeczytamy, to akurat prawda.

Kosmiczne święta, Ingelin Angerborn, il. Per Gustavsson


Rutka czeka na święta i zastanawia się, jaki prezent chciałaby dostać od Mikołaja. Chciałaby mieć psa, ale na prawdziwego nie ma co liczyć - tata jest uczulony na wszystko, co ma sierść - może być więc ten pies z wystawy w sklepie metalowym. Ale tak naprawdę to najbardziej chciałaby mieć przyjaciela. Bo od kiedy jej przyjaciółka Elsa wyprowadziła się z rodziną do innego miasta, czuje się samotna. Ale wie, że taki prezent dla Mikołaja będzie  trudny do zrealizowania. Czy na pewno? Dla świętego nie ma rzeczy niemożliwych!

W domu Rutki dzieją się dziwne rzeczy, ciągle coś ginie. Nożyczki, młotek,.nóż do sera... Podejrzenia padają na Rutkę, ale po co dziewczynka chowałaby w domu takie rzeczy? Rutka zaczyna się zastanawiać kto za tym stoi, bo znajduje w domu nadgryzioną kłódkę... Kto mógł to zrobić i dlaczego? Zagadka szybko się wyjaśnia, kiedy w swoim pokoju dziewczynka zauważa niebieską postać, zjadającą jej harmonijkę. To Kosmarrengulagadoks, w skrócie Kosma - mały kosmita, który w czasie podróży z rodziną wypadł ze statku kosmicznego. Rutka ma zadanie - musi nie tylko ukrywać przed rodzicami i innymi ludźmi kosmicznego gościa, ale i pomóc mu trafić do domu (Kosma mieszka na planecie Koncypiusz, gdzie mówi się po koncypiańsku i obchodzi Koncypki).

Obecność niebieskiego ludka wprowadzi w życie Rutki (wiecie, że Rutka to po koncypiańsku "przyjaciel"?) wiele zamieszania i przyniesie zmiany, o jakich nawet nie marzyła. Bo zamiast jednego przyjaciela - zdobędzie aż trzech! Poza kosmitą staną się nimi dwaj koledzy z klasy - Samir, poruszający się na wózku inwalidzkim i dokuczający Rutce  i Samirowi klasowy łobuziak, Anton.

Ciekawa historia, dobrze napisana i zilustrowana (i wydana, ten płócienny grzbiet i kolory!), ale brakuje w niej świątecznego klimatu - zbliżające się święta są na drugim planie, gdzieś w tle wydarzeń. Jednak dzięki temu można tę książkę czytać przez cały rok ;)


Kosmiczne święta,
Ingelin Angerborn,
il. Per Gustavsson
tłum. Marta Wallin,
wyd. Zakamarki, 2018,
wymiary 25 x 27 cm,
twarda oprawa,
płócienny grzbiet,
100 stron,
wiek 6+,
cena: 49.90 zł.







czwartek, 22 listopada 2018

Tutu. Opowieść o śwince, która marzyła o rajskiej wyspie, Barbara Gawryluk, il. Ela Śmietanka


Choć od dawna jestem duża i już nie kłaniam się z wdziękiem pani w bibliotece i nie proszę o "coś o zwierzątkach" to jednak, gdy widzę książki napisane przez Barbarę Gawryluk - podskakuję z radości. Czy to Dżok, czy Baltic albo Klifka czy Tutu... Mało kto tak pisze o zwierzakach - mądrze,  wzruszająco, z ogromną życzliwością.

Moje chłopaki miłość do czworonogów mają w genach i nie zdarzyło się, by odmówili słuchania książek, w których bohaterami są psy, koty czy inne takie futrzaste czy pierzaste. Tutu też ich zauroczyła. Choć pokazując im książkę (i mając w pamięci ostatnie hity z ich półek) przez moment myślałam, że ją odrzucą , bo odniosą  wrażenie - po okładce i ilustracjach  - że to dla małych dzieci, a przecież oni to już - wiadomo - stare konie, phi! A jednak nie! Strzygli uszami nie pozwalając mi przerywać, a ja czytałam z prawdziwą przyjemnością.

Tutu. Opowieść o śwince, która marzyła o rajskiej wyspie


Tutu to urocza, mała świnka, która na naszych oczach wyrasta na obieżyświata - znajduje odwagę, by zmienić swoje życie i wyruszyć w nieznane, goniąc marzenie..
Nim jednak do tego dojdzie, cierpi. Nie jest różowa jak pozostałe prosięta - ma łaty, dlatego zwierzęta dokuczają jej i wytykają palcami, a raczej raciczkami. "Piegus", "Kto cię tak pochlapał?", "Ale masz plamy! - słyszy.
To, co nie przynosi jej popularności w chlewiku - bardzo podoba się Basi, córce gospodarza, która  jest świnką zachwycona. Z wzajemnością. Jednak sympatia dziewczynki nie wystarcza - gospodarz podejmuje decyzje o sprzedaży części inwentarza. Tutu także trafia do furgonetki, żegnana okrzykami mamy "Tutu, uciekaj! Kiedy tylko będziesz mogła, uciekaj! Szukaj swojej rajskiej wyspy!".

Co to za rajska wyspa? To wyspa świnek, o której Tutu dowiedziała się od Basi. Tutu marzy o zamieszkaniu na wyspie - wie, że mieszkające tam świnki są różne: duże, małe, czarne, różowe, w ciapki i nikomu to nie przeszkadza. Sprzedana na targu, trafia do Małego Zoo nad morzem. Poznaje tu inne zwierzęta, których zadaniem jest przyciągać uwagę dzieci i dostarczać im rozrywki. Tutu jest gwiazdą - odwiedzający lgną do niej, bo jest inna, mała, sympatyczna. Ma też wielu nowych przyjaciół, którym nie przeszkadza jej wygląd - w zoo bycie innym jest pożądane! Kiedy słyszy rozmowę właścicieli - Tutu rośnie, za chwilę będzie za duża do Małego Zoo, coś trzeba z nią zrobić - zdaje sobie sprawę, że musi działać, nic tu po niej. A mieszkający przy zoo szczur Radek pomaga jej zrealizować marzenia...

"Tutu. Opowieść o śwince, która marzyła o rajskiej wyspie" to książka drogi. Z łaciatą świnką płyniemy statkami przez morza i oceany, odwiedzamy porty - do wyspy, która... istnieje i jest jedną z 700 wysp na Bahamach! Wpiszcie w przeglądarkę "wyspa świń" - może wypatrzycie tam Tutu!

Bardzo miła, pogodna lektura. O tym, co tak ważne - przyjaźni, zaufaniu, pokonywaniu przeszkód mimo trudności i odwadze, która sprawia, że nie wycofujemy się nawet wtedy, kiedy się boimy.

Tutu. Opowieść o śwince, które marzyła o rajskiej wyspie,
Barbara Gawryluk,
il. Ela Śmietanka,
wyd. Literatura, 2018,
wymiary 17 x 22.5 cm,
stron 96,
wiek: od 4-5 lat,
cena 26.90 zł.












poniedziałek, 19 listopada 2018

Malala i jej czarodziejski ołówek, Malala Yousafzai, il.Kerascoët


O Malali, pakistańskiej uczennicy, przed kilkoma laty usłyszał cały świat. W 2012 roku postrzelona przez talibów cudem uniknęła śmierci. Miała wtedy niespełna 15 lat. Dlaczego chciano ją zabić? Bo ośmieliła się głośno mówić - krytykować zachowanie talibów m.in. zakazujące edukacje dziewcząt i walczyć o ich prawa do nauki.

Zaczęło się od bloga, który prowadziła pod pseudonimem (nie miała internetu, dziennikarze BBC zapisywali jej słowa w rozmowach telefonicznych). Mówiła o życiu pod rządami talibów - koszmarze, który towarzyszył jej i mieszkańcom rejonu Swat. Mówiła o narzuconych im zasadach, zakazach, terrorze, prześladowaniom i egzekucjom. Jej słowa trafiały do Pakistańczyków i do ludzi na całym świecie. Jej głos był słyszany. „Mogą nam zabronić chodzenia do szkoły, ale nie zabronią nam nauki” - mówiła.
Udzielała wywiadów. występowała w programach dokumentalnych. Strach i groźby ze strony talibów nie złamał jej odwagi i determinacji. Dlatego wydano na nią wyrok. Kule dosięgły ją, gdy wracała ze szkoły. Choć istniało zagrożenie życia (została postrzelona w głowę) - przeżyła. Przeszła poważną operację, a potem długie leczenie (udało się wywieźć ją do Wielkiej Brytanii).

Jej historia jest niezwykłą. Pokazuje, że jeden głos, jedna osoba - dziecko - jest w stanie zmienić świat na lepsze zmieniając jego cząstkę.  Ma moc! Jej odwaga i hart ducha wprawiły w ruch energię, która niczym śnieżna kula tocząc się porywa innych.

W 2014 otrzymała Pokojową Nagrodę Nobla. Obecnie 20-letnia Malala prowadzi Fundację Malala, walcząca o dostęp do edukacji ("przełamuje bariery uniemożliwiające przejście do szkoły ponad 130 milionom dziewcząt na całym świecie" ze strony Malala Fund), promuje programy oświatowe i działa na rzecz walki z analfabetyzmem.

Książka "Malala u jej czarodziejski ołówek" wyd. Tektura wpisuje się w modny ostatnio nurt książek o silnych, odważnych i mądrych kobietach, które mogą być inspiracją dla innych.

Malala i jej czarodziejski ołówek


Malala napisała książkę dla dzieci, opowiada w niej o swoim dzieciństwie i wydarzeniach, które doprowadziły ją tu, gdzie obecnie jest.

Kiedy była mała, widziała w telewizji bajkę o chłopcu, który miał czarodziejski ołówek. Gdy był głodny - rysował jedzenie, a rysunek zmieniał się w miseczkę z curry; w sytuacjach zagrożenia - rysował policjanta, który materializował się, by mu pomóc... Malala też chciałaby mieć taki ołówek.

Co by nim malowała? Rzeczy drobne - zamek w drzwiach pokoju, żeby nie wpadali do niej młodsi bracia, ale i takie, którymi można sprawić komuś radość (mamie nową sukienkę) albo pomóc - budynki, w których powstałyby bezpłatne szkoły dla dzieci.. Wieczorami przed zaśnięciem myśli o ołówku, a rano sprawdza, czy nie pojawił się w jej szafce. .. Ale nic tam nie ma.

Kiedy dowiaduje się, że coraz mniej jej rówieśniczek uczy się w szkole - rodzice rezygnują z ich edukacji, bo nie stać ich na nią, a dzieci muszą zarabiać, by przeżyć - czuje żal. Szkoła jest jej ulubionym miejscem i nie rozumie, dlaczego inne dzieci są tej radości pozbawione.
Zdaje sobie też sprawę, że kiedy dorośnie prawdopodobnie nie będzie mogła robić tego, co by chciała "Tam skąd pochodzę, dziewczynki rzadko mogły być tym, kim marzyły".

Zastanawia się, co zrobiłaby, gdyby miała czarodziejski ołówek... Narysowałaby świat bez wojen, głodu, nędzy, a potem narysowałaby dziewczynki i chłopców równych sobie, z takimi samymi szansami na realizację marzeń.
Potem przychodzi trudny czas, świat gwałtownie się zmienia - krajem zaczynają rządzić talibowie "wpływowi i niebezpieczni mężczyźni" -  dziewczynki mają zakaz chodzenia do szkoły. Malala nie zamierza się poddawać, chce walczyć o swoje i rówieśniczek prawa.
"Pomyślałam, że jeśli więcej ludzi dowiedziałoby się o tym, co tutaj się dzieje, mogliby nam pomóc".
Ten plan wprowadza w życie ...

Jej czarodziejskim ołówkiem stają się słowa i odwaga, którymi porusza cały świat. To piękna opowieść o marzeniach i walce o prawa człowieka, o mocy i sile, która w nas tkwi, bez względu na to, ile mamy lat.

Ilustracje wykonali  francuscy ilustratorzy Marie Pommepuy i Sébastien Cosset, kryjący się pod nazwą .Kerascoët.

Malala i jej czarodziejski ołówek,
Malala Yousafzai,
il. Kerascoët,
tłum. Agata Mietlicka,
Wydawnictwo Tekturka,
Oprawa twarda,
Rok wydania: 2018,
Ilość stron: 48,
Wymiary: 267 x 245 mm,
cena 34.99 zł,
wiek: 4-8 lat.










sobota, 17 listopada 2018

Kto spełnia marzenia w lesie, Dora Rosłońska, il. Anna Kucharska (KONKURS)






Mała, cieniutka książka z okładką w głębokich, ciepłych kolorach. I tekst jak na zimowe, pochmurne dni, bo ma świąteczną magię, choć o świętach nie ma w książce ani słowa. Ale czytając "Kto spełnia marzenia w lesie" pomyśleliśmy, że te święta już zaraz, tuż tuż i myśli zaczęły wędrować wokół uśmiechów krążących wokół drzewka, gwiazdki na czubku choinki i bożonarodzeniowego stołu... Cieplej się zrobiło. Listopadowa pochmurność przestała być tak pochmurna.

To książka o marzeniach. Każdy jakieś ma, ale wiele z nich wydaje się niemożliwych do spełnienia, nierealnych. Czy są za duże? Nie od dziś wiadomo, że silna wiara w sukces to podstawa i może do sukcesu doprowadzić.

Kto spełnia marzenia w lesie


Zwierzęta gnane jakimś impulsem zbierają się nocą na leśnej polanie. Oczekują na coś, choć same nie wiedzą, co to będzie. Ale czują, że coś się zaraz wydarzy, czują to od pazurów, od końców ogonów po czubki uszu.

I rzeczywiście ich gotowość na COŚ jest nagrodzona - z rozgwieżdżonego nieba spada świetlista kometa, a tam gdzie jej ogon dotknął ziemi - wyrasta drzewo. Nie takie zwyczajne drzewo, tylko nieziemskie, księżycowe - z szaroniebieskim pniem i gałęziami i migoczącymi gwiazdkami zamiast liści. Drzewo nie tylko inaczej wygląda, ono też mówi!

Zdumione zwierzęta słyszą, że każda gwiazdka to spełnione marzenia, bo drzewo jest Drzewem Spełnionych Marzeń. I ich marzenie może być spełnione, pod warunkiem, że naprawdę będą tego chciały. Każde dostaje swoją gwiazdę i radę, by pobyło z nią i ... swoim marzeniem w samotności.
Podekscytowane zwierzęta wracają z tym niezwykłym prezentem do swoich domów. I myślą o tym co się stało, myślą o swoim marzeniu, wyobrażają je sobie, smakują...

Obserwujemy wilczycę, która ma swój sekret - nikt w stadzie nie zauważył, że nigdy nie wyje, bo wstydzi się swojego głosu. Ośmielona prezentem, oswaja się z marzeniem, odbiega daleko od nory i ćwiczy głos próbując najpierw nieśmiało, potem coraz pewniej - wyć. Z dnia na dzień jej głos nabiera mocy, a ona przekonania, że to może się udać. I rzeczywiście!

Skłóceni i rywalizujący ze sobą zajęczy bracia nieświadomie poprosili gwiazdkę o to samo - o odzyskanie brata. Dość mieli wrogości i niesnasek, jednak żaden z nich nie miał odwagi wyciągnąć ręki pierwszy. Tragiczne wydarzenie  - powódź nory ich matki i siostry i ratowanie bliskich uświadomiło im, jak wiele mogą osiągnąć działając razem, ramię w ramię.

Jeż Gustaw nie umiał dopasować się do trybu życia, jaki wiodą jeże. Nie chciał marnować czasu na zimowe spanie - rodzice załamywali ręce i wstydzili się takiego syna, tym bardziej, że inne jeże wytykały Gustawa palcami. A ten odmieniec nie pragnął niczego bardziej jak tylko być sobą...
Lis chciał żyć bez przemocy i zostać wegetarianinem!

Mysz Konstancja, jeleń, borsuk... Wszystkie czegoś pragnęły. I każdemu z nich spełniło się marzenie. Dzięki gwiazdkom i Drzewu Spełnionych Marzeń? Tak naprawdę do wszystkiego doszły same, a Drzewo ofiarując im gwiazdki jedynie ośmieliło je do podążenia za marzeniami.

Proste, przyjazne opowieści i ciepłe - choć zimowe - ilustracje Anny Kucharskiej.


Kto spełnia marzenia w lesie,
Dora Rosłońska,
il. Anna Kucharska,
Wyd. New Space, 2018
Oprawa miękka ze skrzydełkami.
Format: 130 x 210 mm
Stron: 58
wiek: od 4 lat,
cena 32 zł.

KONKURS


A dla czytelników Maków mam niespodziankę: trzy książki Dory Rosłońskiej czekają na Was! Napiszcie krótko o jednym marzeniu i drodze do jego spełnienia. Może być zabawnie, może być refleksyjnie, jak tam chcecie :)

Konkurs rusza w momencie opublikowania tego tekstu na blogu.
Na odpowiedzi czekamy do niedzieli, 25 listopada (makiwgiverny@gmail.com).

Makowe jury wytypuje trzy wypowiedzi, które ujmą obradujących za serca. Listę zwycięzców, do których wyślę książki, ogłoszę 27 listopada i poproszę te osoby o przesłanie adresów do wysyłki. Dane zwycięzców nie będą przetrzymywane dłużej, niż jest to wymagane (zostaną usunięte po wysłaniu książek).










Pokonkursowo

Bardzo dziękuję za maile od Was. Bardzo trudno było mi wybierać, bo wszystkie marzenia to marzenia - ważne, bliskie, cenne. Nie da się ich zmierzyć, zważyć... Dziękuję, że podzieliliście się nimi  ze mną - szczerze i na serio. Czytając je uśmiechałam się i wzruszałam.Cieszę się z tych zrealizowanych przez Was i tych, które są w drodze do spełnienia! 

Książki wyślę trzem Paniom (autorki proszę o przesłanie adresów do wysyłki)

***

HANNA: Moje, nasze marzenie było malutkie, mniejsze niż główka od szpilki... Nowe życie, nasze dziecko, pełna rodzina... Ile kosztowało? Wiele... Łez, pustych dni, spotkań ze specjalistami. Ale nie za wiele. Bo na końcu czekał cud. Nasz największy cud, największy tak samo jak ten drugi. Bo teraz, po kilku latach jest nas dwoje plus dwoje, no i kot. Ale ta droga nauczyła mnie czegoś najważniejszego, co do dziś daje mi siłę... Mianowicie tego, że na najwspanialsze rzeczy warto czekać i nigdy nie tracić z oczu swoich marzeń. I teraz spokojnie sobie czekam, realizuję i czekam. A gdy noc zastaje mnie zmęczoną po ciężkim dniu, wiem, że to nie był pusty dzień, jak tamte smutne. Ale dzień pełen trudów i wyzwań, których tak pragnęłam. Z tą wiedzą naprawdę łatwiej się idzie, choćby niewyspanym.



DOMINIKA: Konie fascynowały mnie od zawsze. Pamiętam, jak z rodzicami jeździliśmy na wieś, upchani na tylnym siedzeniu małego fiata - a były to czasy, kiedy konie pasły się prawie na każdej łące - urządzałyśmy wtedy z siostrą taki konkurs liczenia tych naszych ulubieńców. Obserwowałyśmy krajobraz w milczeniu i skupieniu, gdy któraś z nas zauważyła konia, nie mówiąc nic tej drugiej, doliczała go do swojej puli. Oczywiście, wygrywała ta, która naliczyła ich najwięcej.
Gdy miałam 12 lat mama zapisała mnie na lekcje jazdy konnej. Wspomnienia z tamtego okresu są dla mnie bezcenne: czyszczenie, karmienie, opieka, wyjazdy w tereny, kuligi, mróz do szpiku kości, ugryzienia, kopnięcia… ale w sercu WIELKA RADOŚĆ z realizacji tej pasji.
Niestety, później zapomniałam o moim hobby na wiele, wiele lat. Przypomniało mi się o nim dopiero w bardzo trudnym momencie mojego życia - po śmierci ojca.
To pragnienie działania, rozwijania się wróciło ze zdwojoną siłą. Zaczęłam więc na nowo uczyć się jazdy konnej, koni i siebie. Po trzech latach spędzonych w siodle, postanowiłam kupić własnego konia:), a dokładniej kuca, który okazał się charakternym uparciuchem.
Dziś przyglądam się miłości mojej córki do naszego kuca. Obserwuję jej zmagania, skoki przez przeszkody, konkursy, na których albo wygrywa albo przegrywa, ale walczy, nie poddaje się.
Wiem, że ta miłość do koni płynie w naszych genach, konie w naszej rodzinie były obecne od zawsze i cieszę się, że ta pasja przepływa przeze mnie do mojej córki, do moich dzieci. Mam nadzieję, że nigdy już nie zgaśnie:)


JOANNA: Marzenia się nie spełniają, marzenia się spełnia samemu!
Ja wiem, że marzenia powinny być takie wow... oryginalne, nieosiągalne, niebanalne, ale ja powiem o swoim, prostym. Jako młoda dziewczyna chciałam mieć dom taki z klimatem, taki ciepły... wyjątkowy, nie na pokaz, nie zaprojektowany, nie za dużą kasę. Zresztą co to za klimat, jak wpadnie architekt namaluje, wyłoży się miliony...
Kupiliśmy z mężem stare pół bliźniaka, zapożyczyliśmy się w całej rodzinie :) Stare, krzywe, a żeby było ciekawiej - było w nim wcześniej zabójstwo... Kochankowie, zabili męża kobiety, ale upozorowali sytuacje tak, że niby wpadła mafia :) Mąż mówi „Chciałaś klimat, no to mamy klimat jak z thrillera”. Nie mieliśmy na to wszystko pomysłu, coś próbowałam urządzać, nie szło mi, nie mogłam znaleźć swojego miejsca w tym mieszkaniu, meble na pół nowoczesne, na pół zielono-czerwone, ściana złota ... Mówię do męża "budujemy półki", potem jednak „to nie to, trzeba burzyć”. Zaglądałam do innych, słuchałam podpowiedzi. Ogólnie ani domu ciekawego, ani klimatu - oprócz zabójstwa w tle :) Pewnego dnia trafiłam na pchli targ...i strzeliła mnie strzała amora. To było to! Starocie, stare meble, szafki. Po trzech latach odkryłam miłość. Zaczęłam wyszukiwać starych mebli, odnawiać je, pobielać i urządzać. Nie mieliśmy pieniędzy, wiec urządzanie na nowo odbywało się etapami. Trwało to pięć lat. Setki spacerów na giełdy staroci, miliony obrazków, porcelany, starych historii przejrzanych, wysłuchanych... Meble oddane przez pewną babcię, która płakała, że jej bieliźniarkę wnuki chcą porąbać ... Każdy mebel z inną historią, z innym przesłaniem, ale z wielką miłością, czasami z łezką wzruszenia. Ogrom pomocy ze strony mojego męża, wszystko robione wspólnie z małymi dziećmi pod pachą. I teraz jest dom, ścian nie zmieniliśmy .... nadal krzywe. Ale czuć klimat, miłość i ciepło. Czuć nas, naszą pracę, radość, czuć rodzinę. Dobrze nam tu. Herbata w takim towarzystwie i w takim miejscu jest marzeniem pewnie wielu ludzi... Ja swoje spełniłam.

czwartek, 15 listopada 2018

Filip, lis i magia słów, Elżbieta Zubrzycka, il. Klara Wicenty



Słyszymy te głosy. Chowają się gdzieś w tyle głowy. Nasączone złymi emocjami, podcinające skrzydła, ściągające w dół, obniżające samoocenę - krytyczne słowa, opinie. Raniące jak pociski. Wypowiedziane przez kogoś bliskiego - rodzica, koleżankę, panią w szkole. Rzucone ot tak, czasem w złości, by zabolało, czasem, bo tak się komuś wydawało, bo ktoś chciał poprawić sobie nastrój albo w dobrej wierze, by" zmotywować". Zapadające głęboko i na długo, bywa, że na lata. Trudno się ich pozbyć, czasem zrastają się z nami jak druga skóra, wibrują w głowie.
Etykiety. Raz przyklejone idą z nami, zaburzając nasze myślenie o sobie. Bo zasłyszane opinie kształtują nasz obraz, zaczynamy im wierzyć.

Bajki terapeutyczne dla dzieci


Mały zajączek Filip i jego przyjaciele z lasu tworzą barwną grupę, której częścią chciałoby się zostać. Zwierzęta akceptują się nawzajem i szanują - nie wytykają różnic, bo to, co odróżnia - pięknie może łączyć i uzupełniać. Zając, łabędź, pies, koń, lis - przyjaźnią się, spędzają ze sobą czas i wspólnie pokonują przeszkody. W grupie siła! Bohaterowie książki "Filip, lis i magia słów" z wielu trudnych sytuacji wychodzą zwycięsko, bo pomagają sobie czynem i serdecznym słowem.

Książka może mieć magiczną moc - jeśli tylko wprowadzimy w życie opisane w niej zasady pozytywnej komunikacji. Bez negatywnego wartościowania i przyklejania łatek.

"Świat naszych dzieci będzie taki, jaki sobie opowiedzą. Będzie dobry, jeśli użyją dobrych słów, i zły, jeśli użyją złych. Słowa są jak jagody. Jedne smaczne i pożywne, a inne trujące. Od trujących boli brzuch i głowa, życie staje się gorzkie i krótkie" - mówi w książce mama zajęczyca.

Takich myśli jest tu znacznie więcej. Zajęczy rodzice uważnie przypatrują się swoim dzieciom i słuchają tego, co te do nich i między sobą mówią. Zależy im, aby wyrosły na mądre, przekonane o swojej wartości zajączki. Dlatego grają z nimi w grę "JA JESTEM", której celem jest wzmacnianie pozytywnych cech (gra jest dobrze wyjaśniona, na końcu książki znajduje się też dział  z informacjami przeznaczonymi dla rodziców). Każda przygoda dobrze się kończy, bo Filip nie boi się szukać rozwiązań, nawet nietypowych - wie, że da radę, bo jego rodzice i bliscy w niego wierzą.

Wieje tu optymizmem, mądrością, radością. Ale... zabrakło mi w tej książce lekkości - tekst choć wciągający przesiąknięty jest dydaktyzmem. Przy okazji poznawania przygód zajączka Filipa czytelnik dostaje sporą dawkę wiedzy, schematów zachowania i psychologicznych rozważań - widać, że autorka dr Elżbieta Zubrzycka jest psychologiem. W książkach, które mają edukować dziecko, modelować jego zachowania, "przepracowywać" różne trudne sytuacje i przekazywać wartości jest to w pewien sposób nieuniknione. Jednak mnie ta poprawność trochę uwierała, szczególnie na początku czytania. Wolę historie i bohaterów mniej oczywistych, ale dzieciom książka się podoba - osobiście znam kilku wielbicieli zajączka Filipa.

Ogromną siłą książki jest strona graficzna. Książkę zilustrowała Klara Wicenty - stonowane w kolory obrazy niosą historię dalej. Postaci budzą sympatię, nie są infantylne. Nakładanie rysunków na fragmenty zdjęć przykuwa wzrok. Książka jest bardzo starannie wydana, aż chce się obok niej ustawić poprzednie części (Filip, lis i magia słów są czwartą częścią serii o przygodach zajączka Filipa i jego przyjaciół).

Na końcu książki czytelnicy znajdą pomysł na zrobienie teatrzyku, rysunki bohaterów książki do wycięcia i zachętę do zabawy w domowy teatr.

Filip, lis i magia słów,
Elżbieta Zubrzycka,
il. Klara Wicenty,
wyd. GWP, 2018
stron 128
wy. 20 cm x 20cm,
cena: 24.90 zł
wiek: od 7 lat.








poniedziałek, 12 listopada 2018

Jak uciekać to tam, gdzie szumią drzewa i śpiewają ptaki (WAKACJE NA PODLASIU)


Widzę ten dom. Może być drewniany, ze starych, grubych bali, które niejedno widziały, niejedno przetrwały. Może być z kamienia. Z przerobionej stodoły. Albo obórki. Może być na kurzej nóżce. Ale ciepły. Bezpieczny. Rzucony gdzieś na koniec świata. Koniec świata, który stanie się początkiem mojego.


Z drewnianymi okiennicami i podłogą, skrzypiącą przy każdym kroku.
Jaki by nie był, zawsze otulony zielenią. Kocham rośliny, kocham drzewa. Kocham widoki po horyzont. Pola, łany zbóż, tu droga, tam las... I poranne mgły.

Póki co skrawek tego mogę mieć jedynie przez chwilę w wakacje. Jak sobie znajdę. Jak się zaprę i wyszukam, wyłuskam z tysiąca ofert osiedli domków, molochów turystycznych, które rozrastają się jak bluszcz na stronach internetowych. Trzeba mieć samozaparcie i siłę, by zasiadać przed komputerem i szukać i odrzucać. Odchodzić, gdy wydaje się, że dla mnie nic tam nie ma i wracać z nadzieją, że tym razem się uda. Bo ja szukam odludnych miejsc, nie za miastem, ale za wsią nawet, gdzie do najbliższego sąsiada będzie hen daleko, a do sklepu to tylko na rowerze albo samochodem.

Wiele osób, którym opowiadam o swoich ulubionych wakacjach, patrzy na mnie jak na wariatkę, bo jak to tak, bez spacerniaka, straganów, kawiarni i budek z fast foodem, bez miejsc, gdzie trzeba "wyglądać" i przeglądać się w wystawach i oczach innych. Ano tak. Ja lubię o świcie wybiec na pole w mgłę, celebrować śniadanie na dworze, a potem  snuć się w piżamie z kubkiem kawy w ręku. Rozkurczyć się i słyszeć tylko śpiew ptaków i wrzaski swoich dzieciaków.

Dom na wakacje



Co roku to mi się udaje, w tym również, choć się nie zapowiadało. Znowu Podlasie - wzywa mnie tam coś i ciągnie. Niepozorne ogłoszenie, mało zdjęć, dających pole do wyobrażania sobie tego, czego na nich nie ma, niepełne informacje i numer telefonu, bez linku do strony i profesjonalnych zdjęć. Zadzwoniłam. Po pierwszej rozmowie z właścicielem gospodarstwa agroturystycznego w Leszczanach wiedziałam, że właśnie tam chcę wywieźć rodzinę i siebie.

"Zaliczka? Jak się Pani zdecyduje to proszę przyjeżdżać, jak  umawiamy to się umawiamy, zaliczka nie jest potrzebna. Będziemy czekać! Przyjeżdżajcie, dobrze wam będzie u nas" - taka postawa ujmuje, okazanie zaufania przywraca wiarę w słowo. I sprawia, że nie jesteś klientem, turystą, ceprem tylko oczekiwanym gościem. Na miejscu okazało się, że przeczucie mnie nie myliło, właściciele Agroturystyki pod Turem okazali się sympatycznymi i bardzo życzliwymi ludźmi.

Z różnych powodów nie cieszyłam się na ten wyjazd tak, jak cieszę się i czekam co roku. Za bardzo zmęczona, przybita różnymi wydarzeniami, które miały miejsce w moim życiu chciałam po prostu pojechać i pobyć w innych dekoracjach. Nawet nie wiedziałam, jaki spokój tam odnajdę, jaką ciszę i mocny sen i jakie poranne mgły i niebo usiane tysiącem gwiazd i  zwierzęta sprawiające, że złe myśli cichną, niepokój się oddala...

Dlatego zostawiam ślad tego miejsca, rzuconego w mozaikę pól, łąk i lasów, bo może tak jak ja znajdzie się ktoś, kto lubi tak uciekać. Kto lubi takie odludzia tak pięknie tętniące życiem. Miejsca dla tych, których koi widok pól, a  na niebie kołujące orły i jastrzębie i siedlisko bobrów kilkaset metrów za domem, ciepło ogniska i zapach siana w stodole.
My znaleźliśmy tu jeszcze więcej, bo zagrodę danieli i owiec kameruńskich przy podwórku, ciągnącą się od lasu do lasu i osiem kotów, z których jeden tak nas sobie wybrał i zaanektował, że rozstać się nie było sposób. Więc mamy kota. Tak, Lucek przyjechał z nami do Warszawy.

Kocham Podlasie za przestrzeń, urokliwe zakątki, dzikość, zatrzymany czas, prostotę i bezpretensjonalność. Za życzliwych ludzi i ciągle jeszcze niewielu turystów. Kocham Podlasie za tęsknotę, którą we mnie budzi.

W Leszczanach pod Żubrem


A sam dom? Duży, z werandą, przytulony do starej stodółki, przerobionej na salę imprezową z bilardowym stołem (co się nagraliśmy to nasze!). W domu spory salon z kominkiem, trzy sypialnie, kuchnia, łazienka. Ale tak naprawdę najważniejsze było to, co na zewnątrz - weranda, altanka, duży basen ogrodowy, kilka huśtawek, i ławek i zieloność, gdzie oko sięga.

Przestrzeń, zieleń, spokój i wspaniałe sąsiedztwo za miedzą Indiańskiej Wioski Puszczykówka, w której już raz byliśmy, a w tym roku wpadaliśmy często, bo chłopaki lubili pooglądać zwierzęta, posiedzieć w tipi i posłuchać barwnych, indiańskich opowieści. Tuż przed odjazdem wpadliśmy tu na obiad - prosty, pyszny, podany na werandzie na kolorowym obrusie.

W najbliższym sąsiedztwie wieś Okopy (tu urodził się ks. Jerzy Popiełuszko), która zrobiła na mnie niesamowite wrażenie - spacerując drogą miałam wrażenie, że znalazłam się poza czasem, we wsi, która kiedyś żyła, a obecnie jest porzucona, opuszczona...

Kiedyś tu wrócimy.

W pobliżu podlaskie atrakcje, o których pisałam w 2017 roku.

I nasza poprzednia baza na Podlasiu, równie urokliwa i klimatyczna, czyli Siedlisko z widokiem.

A poniżej trylion zdjęć.




















Okopy - miejsce urodzenia ks. Jerzego Popiełuszki





Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...