O książkach niebanalnych, mądrych, ważnych i pięknie zilustrowanych. Dla małych i dużych, którzy zachowali w sobie dziecko.

wtorek, 9 sierpnia 2022

Nikifor, Maria Strzelecka

Zakochałam się w tej książce, oczarowała mnie i stała się mocnym argumentem przy podejmowaniu decyzji o wyjeździe do Krynicy. Po latach spędzania wakacji z dala od aglomeracji miejskich trafiliśmy do kurortu, gdzie serce miasta bije na deptaku, a w godzinach szczytu samochody stoją od ronda do rogatek... Ale wędrowanie śladami Nikifora - jednego z najwybitniejszych prymitywistów, patrzenie na to, co on tu mógł widzieć, rekompensował mi ten tłok, ten ruch, a fakt, że w muzeum mogłam zobaczyć przedmioty, których używał: farbki, walizkę, pieczęcie; że mogłam przypatrzeć się jego szkicom i obrazkom, a potem odwiedzić cmentarz i zmówić „wieczny odpoczynek” przy jego grobie — to jest bezcenne. Lubię łączyć literaturę z życiem, świat wyobraźni ze światem realnym. 




Nikifor” to przemyślana i zrobiona ze smakiem książka autorska Marii Strzeleckiej (wydało ją rzeszowskie wydawnictwo Libra Pl). Cała koncepcja graficzna, tekst, obrazy artysty i współgrające, dopełniające go ilustracje autorki — robią wrażenie. Nie sposób oderwać się od książki, tym bardziej że opowiada o człowieku sztuki i pasji z niezwykłym i bardzo trudnym życiorysem, utkanym w biedzie i samotności, którego "sztuka była jego przyjaciółką, tak samo pogardzaną i wyśmiewaną jak on. Ślady pędzla słowami, a kolory emocjami" (Nikifor, Maria Strzelecka, str. 50). Książka rozbudza zainteresowanie tym niezwykłym artystą, dlatego sięgnęłam po więcej - po artykuły, książki, filmy. Nikifor stał mi się bliski, zajął myśli, wzbudził ciekawość i wzruszenie. 

O Nikiforze zrobiło się głośno za sprawa filmu Krzysztofa Krauzego i Joanny Kos-Krauze „Mój Nikifor”, teraz za sprawą książki o artyście — Nikifor trafi do najmłodszych. Jestem przekonana, że dzięki tej książce wiele dzieci odkryje zabawę w sztukę i spróbuje tworzyć swoje światy, z odwagą, wiarą we własne siły i zaangażowaniem. Bardzo mnie to cieszy, bo wprowadzanie dzieci w świat sztuki i wspólne jej odkrywanie jest dla mnie ważne i bardzo bliskie.

Kto chce poznać Nikifora — przede wszystkim powinien zrobić to przez wniknięcie w świat jego sztuki. Bo Nikifor zostawił po sobie przede wszystkim obrazy (malował przez całe życie, stworzył ich kilkadziesiąt tysięcy!). Reszty możemy się domyślić i sobie sami opowiedzieć. Nikifor nie umiał pisać, był półanalfabetą z wadą wymowy (mówienie utrudniał mu przyrośnięty język). Przez większą część życia ludzie uważali go za zaburzonego intelektualnie przez to, że bełkotliwie mówił i miał problemy ze słuchem. Ale jak wpatrzymy się w jego malunki, obaczymy, że świat który nosił w sobie był niezwykle barwny, żywy, a on sam był uważnym i wnikliwym obserwatorem. Jego obrazy na pierwszy rzut oka realne, po uważnym przyjrzeniu się nabierają baśniowości. Prosta, trochę dziecięca kreska, nieoczywista perspektywa, mocne kontury i niezwykłe kolory Nikifor nie odwzorowywał ściśle tego, co widział, zapamiętał - dodawał coś od siebie, upiększał. 

Książka, choć zawiera podstawowe informacje, buduje obraz człowieka — ukazuje to, co go jako artystę stworzyło, inspirowało i wpływało na jego widzenie i miało odzwierciedlenie w sztuce. Autorka nie prowadzi nas od dzieciństwa do śmierci jak w klasycznej biografii, tylko dzieli swoją opowieść na najważniejsze dla malarza obszary. Dzieciństwo, Cerkiew, Krynica, Pieczęcie i podpisy, Pies Hałko, Świat wyobraźni, Pejzaż, Podróże koleją, Architektura, Samotność — to tytuły rozdziałów. 

Piękna okładka, pełna kolorów, twarz Nikifora aż się skrzy! Te kolory nie znalazły się tu przez przypadek, każdy ma swoje miejsce wewnątrz książki, bo jest przypisany do konkretnego rozdziału. Nikifor był doskonałym kolorystą, mając do dyspozycji zwykłe szkolne akwarelki, potrafił tak je łączyć i mieszać, że uzyskiwał niezwykłe odcienie i głębie. Rozdział o Krynicy jest niebieski (niebieskie jest muzeum!), cerkwi przypisany jest żółty (malując świętych, robił im żółte aureole, nie stać go było na złoty kolor), pejzażowi przypisana jest zieleń, a samotności czerń. Nie są to jednolite kolory, tylko barwne plamy, takie jakie powstają po mieszaniu kolorów.

Nikifor Krynicki, czyli Epifaniusz Drowniak


Nikifor, naprawdę Epifaniusz Drowniak, urodził się 21 maja 1895 w Krynicy. Jego matka, Eudokia Drowniak, była głuchoniemą sprzątaczka, która zarabiała na życie sprzątając i nosząc wodę do krynickich pensjonatów. Ojciec nieznany, chodziły pogłoski, że był nim Gierymski, który w tamtym czasie bywał jako kuracjusz w Krynicy. 
Nikifor żył w skrajnej biedzie, po śmierci matki został sam jak palec. Niezrozumiany, na  Jedyne co miał to swoje malowanie. Nie skończył nawet szkoły podstawowej, największą naukę otrzymał w cerkwi, do której codziennie zaglądał. To jedyne miejsce, w którym miał kontakt ze sztuką — wpływ malarstwa ikonicznego widać w jego twórczości (perspektywa, postaci, kompozycja). Malował ikonostasy, siebie lokując w kręgu świętych. W krynickim muzeum można zobaczyć jego Modlitewnik, mały zeszycik, w którym rozrysowywał kolejne etapy nabożeństwa, z którego udawał, że się modli.
Całe życie związany był z tym miastem, przepędzany z murków, by nie psuł widoków turystom, wywożony w ramach akcji wysiedleńczych — zawsze wracał. Sława i uznanie przyszły pod koniec życia, miał wystawy w Warszawie, Lwowie, Paryżu, Amsterdamie, Brukseli, Hanowerze. Pisano o nim książki. Uważa się go za jednego z największych twórców sztuki naiwnej.
Zmarł 10 października 1968 w sanatorium w Foluszu, od lat chorował na gruźlicę.


Zerknijcie też do tekstu: 

Maria Strzelecka - doktor sztuk plastycznych. Malarka, ilustratorka, autorka filmów animowanych, gitarzystka basowa i wokalistka zespołów punkowych, absolwentka warszawskiej ASP. Wielbicielka dalekiej Północy i całkiem bliskiego Beskidu Niskiego (notka z okładki) - ukochała sobie Beskid. „Nikifor” jest jej trzecią książką po „Beskid bez kitu” i „Beskid bez kitu. Zima” (będzie kolejna część) i ładnie wpasował się w ten beskidzki cykl.

Wszystkie zdjęcia książki zostały zrobione w Krynicy Zdrój (lipiec 2022).

Nikifor,
Maria Strzelecka,
wyd. Libra Pl, 2022
oprawa twarda,
wym. 24cm x 30cm
stron 56,
cena 49,90 zł
wiek: 7+










piątek, 5 sierpnia 2022

Sądecki Park Etnograficzny (skansen) i Miasteczko Galicyjskie w Nowym Sączu



Ostatni dzień naszych beskidzkich wojaży, a właściwie to już droga powrotna. Skansen w Nowym Sączu był na mojej liście nie do odpuszczenia — mieliśmy spędzić tu godzinę i jechać dalej. Zostaliśmy grubo ponad trzy...

Sądecki Park Etnograficzny to największy skansen w Małopolsce (ma 20 ha) i cudowne miejsce odpoczynku! Można obejrzeć domy, zagrody i dworki zamieszkujących te tereny Lachów, Pogórzan i Górali Sądeckich oraz grup etnicznych: Łemków, Niemców i Cyganów. Są tu zagrody chłopskie, XVII wieczny dwór szlachecki z freskiem na ścianie, wykonanym przez mieszkających tu przez jakiś czas zakonników, folwark dworski oraz osiemnastowieczne świątynie: kościół rzymskokatolicki, cerkiew greckokatolicka i kościół protestancki. Można obejrzeć też zabudowę kolonistów niemieckich z Gołkowic Dolnych i małe osiedle cygańskie.

Można spacerować, przysiąść na ławeczce, sycić oczy zielenią — skansen znajduje się w wyjątkowo pięknym miejscu. Domy usytuowane pośród drzew, obsadzone krzewami, kwiatami, paprociami prezentują się jak w naturalnym środowisku, gdzieś na wsi, pod lasem, czy na zboczu góry. Nie chce się opuszczać tej enklawy spokoju! Tu czas się zatrzymał.
Jedna z bliskich mi osób stwierdziła, że nie lubi skansenów, bo to wymarłe miejsca. Ja nie mam takiego odczucia, bo jak się dobrze wsłuchać, to w tych ścianach i rzeczach żyją historie dawnych właścicieli, one tu są i pulsują. Można usłyszeć, jak byli mieszkańcy mówią do nas z tych izb, obejść i przedmiotów. Wystarczy dotknąć pieca — jakieś ręce dorzucały tu drewna, ramy łóżka — ktoś zmęczony całym dniem pracy, opierał się o nią, siadając. Z tych misek, talerzy ktoś jadł, ktoś przez to okno wyglądał... A w tej kołysce zasypiało kiedyś czyjeś dziecko — kołyska jeszcze pamięta ciężar ciałka i ruchy tik-tak, tik-tak... W tej balii dopiero co jakaś kobieta robiła pranie, a młynek do kawy właśnie skończył mleć ziarna... Lubię wyobrażać sobie, jak wyglądali ci ludzie, jakie życie wiedli, jakie historie determinowały ich życie, te szczęścia i smutki, te dramaty i codzienne radości. Te ręce, które naznaczyły sobą każdą rzecz, czy ta energia była dobra? Czy ich właściciel miał w sobie światło, czy przeważała ciemność?

Lubię w takich miejscach mieć czas i zazwyczaj chciałabym mieć go więcej niż mam. Myślę sobie wtedy: kiedyś tu wrócę i dosłucham.

Muszę też napisać, że obsługa skansenu jest super. Dziewczyny w kasie przemiłe, a przewodnicy, opowiadający o swoich rewirach w przeważającej większości robili to z pasją i zaangażowaniem.

Zaraz za skansenem, wystarczy przejść przez mostek za osadą kolonistów niemieckich z Gołkowic Dolnych, znajduje się Miasteczko Galicyjskie. To rekonstrukcja miasta: rynek i otaczające go budynki: ratusz, karczma, remiza strażacka. Jest tu dom i pracownia szewska, fryzjer, apteka, poczta, fotograf, magiel, sklep kolonialny, drukarnia i inne. Wszystko to, co było w mieście niezbędne. A każdy budynek wyposażony jest w przedmioty i urządzenia z epoki. Robi to wrażenie!


Miasteczko żyje — odbywają się tu jarmarki i festyny, działa restauracja. Można wynająć pokoje gościnne oraz sale konferencyjne.

ul. B. Wieniawy-Długoszowskiego 83 B, Nowy Sącz
https://muzeum.sacz.pl/strony_filie/sadecki-park-etnograficzny/
+48 18 441 44 12, kasa, informacja - wew. 106

Bilet normalny – 20 zł
Bilet ulgowy* – 13 zł
Bilet łączony normalny (zwiedzanie skansenu i Miasteczka Galicyjskiego) – 28 zł
Bilet łączony ulgowy (zwiedzanie skansenu i Miasteczka Galicyjskiego) – 18 zł
Na Kartę Dużej Rodziny bilet kosztuje 6 zł,

środa, 3 sierpnia 2022

Atrakcje Krynicy-Zdroju, czyli 15 miejsc, które warto odwiedzić!



Wakacje w mieście to nie moja bajka (okazało się, że młodzi też wolą przestrzeń i harce pod lasem), ale czas, który spędziliśmy w Krynicy będziemy miło wspominać. Choć turystów tu mnóstwo, co nie dziwi, bo to uzdrowisko, a do tego w malowniczym miejscu, to można wydeptać tu swoje własne dróżki, a jak miasto zmęczy - uciec gdzieś na szlak, w zielone.

Przyznam, że nachodziłam się jak nie pamiętam kiedy, ale też polubiłam siedzenie na ławce z książką i kubkiem Tadeusza, gdzieś tam kątem ucha rejestrując popisy ulicznego saksofonisty.

W Krynicy nie brakuje atrakcji dla rodzin z dziećmi, dzieci i seniorów (z tego co przyuważyliśmy ta ostatnia grupa bawiła się najlepiej). A jak dodamy do tego okolicę  czasu nie starczy, by wszędzie pójść, zobaczyć, przeżyć. Ponieważ nasz wyjazd był krótki, bo tygodniowy, chcieliśmy jak najwięcej wycisnąć z samego miasta, co nam się udało. Bo co wieczór padaliśmy do łóżek jak muchy, a mój krokomierz codziennie informował mnie o kolejnym osobistym rekordzie. 

Dla mnie Krynica to przede wszystkim Nikifor i piękna drewniana zabudowa w stylu szwajcarskim. Same góry  nie będę tu czarować  nie wzbudzają we mnie jakiegoś wielkiego entuzjazmu, ale już lasy i rośliny  jak najbardziej!

Plus dla miasta: widać ogromną dbałość o każdy centymetr, Zakopane może się schować. Jak wszędzie, gdzie są turyści jest tu trochę kiczu, ale zachowane są proporcje, a miasteczko jest bardzo zadbane. 


1. Drewniane wille z 19/20 wieku



Krynica willami stoi. Wiele z nich wybudowano w 19  i na początku 20 wieku. Odrestaurowane, pomalowane na zaskakujące kolory zachwycają! Któregoś dnia zerwałam się przed piątą rano, żeby przejść się po mieście i zobaczyć je bez tłumu ludzi na deptaku, chodnikach i w kawiarnianych ogródkach. Udało się. Byłam sama, a miasto wyglądało jak wymarłe, tylko co jakiś czas po ulicy przetaczał się ospale samochód. Czułam się fantastycznie, samiutka jak palec, a w zasięgu aparatu całe miasto! 
Drewniana zabudowa robi ogromne wrażenie i jest atrakcją miasta: duże wille z wykuszami, wieżyczkami i rzeźbieniami, pięknymi gankami, balkonikami i werandami!
Bulwary Dietla to raj dla oczu (ale charakterystyczną dla Krynicy zabudowę widać w całym mieście). Wille Biała Róża, Biały Orzeł, Witoldówka, Węgierska Korona, Kosynier, Romanówka to jedne z wielu, obok których trudno przejść obojętnie.
Warto zwrócić uwagę na wille Szwarcówka i Orlęta, w których pod koniec życia mieszkał Nikifor.





2. Ogród Żywiołów na Górze Parkowej




Bardzo miłe miejsce, kto chce może poleżakować na zboczu, kto nie - pochodzić i poeksperymentować z żywiołami. Na 5 hektarach można przeprowadzać doświadczenia związane z wodą, ogniem, powietrzem i ziemią. Ciekawostką jest też park miniatur najważniejszych budynków w mieście. Dla mnie to miejsce będzie kojarzyć się dosyć osobliwie... z Monetem. Słowo daję, widziałam tu jego sobowtóra! 






3. Pijalnie wód leczniczych



Pijalni wód leczniczych ci tu dostatek! Ja ulubiłam sobie najbardziej Małopolską, a to ze względu na rośliny - to niemal ogród botaniczny! Takich monster (monstrualnych!), beniaminów, palm, bananowców i innych roślin nigdzie nie widziałam. Z wód pijałam najczęściej Tadeusza (na początku obrzydlistwo, z każdym dniem jednak smakował mi coraz bardziej, wręcz był orzeźwiający), próbowałam też Jana, Słotwinkową i Zubera..
I choć przez pijalnię przewijają się setki ludzi dziennie, pani rozlewająca wodę, na mój widok z uśmiechem pytała: - Jak zwykle Tadek? Bardzo to było miłe :)






4. Muzeum Nikifora



O muzeum napisałam w poprzednim wpisie, czyli TU. (...) W Muzeum Nikifora w Krynicy Zdrój (willa Romanówka, Bulwary Dietla) prezentowane są prace artysty: rysunki i szkice, których nie zdążył już pokolorować, obrazki kolorowane kredkami i obrazy malowane farbami akwarelowymi i olejnymi, gwasze. Tu też można obejrzeć osobiste rzeczy — nie ma ich wiele, bo malarz żył niezwykle skromnie. Duża drewniana, ludowa skrzynia, w której trzymał swoje prace (i na której długie lata spał), walizeczka, z którą chodził w plener, kredki, akwarele, pieczątki (wierzył w ich moc, swoje prace ostemplowywał) zebrane w jednej gablocie, kapelusze, kamizelka.... Modlitewnik-szkicownik.

Muzeum nie jest duże, ale daje obraz Nikifora i jego sztuki. Kilka sal z eksponatami, dotykowymi monitorami, na których można obejrzeć zdjęcia, dokumenty, obrazy. W jednym z pomieszczeń prezentowany jest film o Nikiforze — można podejrzeć malarza przy pracy na krynickim murku z towarzyszącym mu wiernie psem Hałko.
Poproście w muzeum  quest „W poszukiwaniu Nikifora”, który poprowadzi Was szlakami, które przemierzał malarz.
W kasie można kupić pocztówki z obrazkami Nikifora, album wyd. Bosz, płócienną torbę i reprodukcje do oprawienia w ramki. Jak się domyślacie - wyszłam ze wszystkim, w końcu jakieś pamiątki trzeba mieć!





5. Pomnik Nikifora



Nikifor doczekał się swojej alei: Alei Nikifora. To tam, na skwerze stoi pomnik (przed Pijalnią Jan i Józef). Jego autorem jest Czesław Dźwigaj. Na drugi można się natknąć przy wjeździe kolejką na Górę Parkową, autorstwa Wiesława Ciągło. Szczerze, to nie wiem, czy chciałabym obejrzeć go drugi raz...

 

6. Cmentarz przy ul. św. Włodzimierza 7: grób Nikifora



Mały cmentarz na obrzeżach miasta w malowniczej okolicy. Po odwiedzeniu muzeum warto tu przyjść i zapalić świeczkę. Miejsce, jak i sam pomnik, robią wrażenie. Na grobie do polskiego napisu „Nikifor Krynicki” dodano po latach łemkowski: „Никифор Єпіфан Дровняк” („Nikifor Epifan Drowniak”). Nagrobek wykonał rzeźbiarz Bolesław Chromy.




7. Księgarnia dziecięca Drzewiec



Zawsze bardzo mnie cieszą takie miejsca i takie odkrycia na trasie wakacyjnego wędrowania! Księgarnia Dziecięca Drzewiec jest miejscem, które - jeśli się nie dość uważnie rozglądacie - można przeoczyć. Schowane wejście (trzeba przejść przez pijalnię), jedna tablica na zewnątrz i plakat na szybie. A przeoczenie byłoby wielką stratą, bo to, co się tam na półkach dzieje...! Sam crème de la crème! Wyselekcjonowane książki z górnej półki, a ile tam rarytasów! No i wystrój - przekraczając drzwi księgarni, wkraczamy w literacki las, pełen magii i czarów, wszak patronem tego miejsca jest Tolkienowski Drzewiec. Jeśli będziecie w Krynicy-Zdrój, koniecznie tu zajrzyjcie.
ul. Nowotarskiego 9/4, Krynica-Zdrój (Stare Łazienki Mineralne)





8. Szlaki turystyczne


Szlaków turystycznych o różnym stopniu trudności tu nie brakuje. Jest pięknie, warto chodzić - mój krokomierz codziennie informował mnie o kolejnym rekordzie. I kiedy ja wypluwałam płuca, a mięśnie nóg paliły żarem, moje chłopaki śmigały jak kozice ;) Jaworzyna, Bukowinki i Arena Słotwina, Parkowa...






 9. Wieża widokowa (Arena Słotwiny)



Cena jak za zboże, moi zastanawiali się później, czy było warto, aż tyle zapłacić. Drogo, bo 50 zł za bilet, ale fajnie było wejść i zobaczyć beskidzką panoramę z wysokości 49.5 m. Na szczyt wieży prowadzi kilometrowa trasa połączona ze ścieżką przyrodniczo-edukacyjną. Na górę można wjechać gondolką, albo wejść szlakiem, tak jak my to zrobiliśmy. Zeszliśmy też na własnych nogach, ale już nie szlakiem, tylko trasą narciarską.





10. Cerkiew pod wezwaniem św. Włodzimierza Wielkiego (ul. św. Włodzimierza 3)



Stojąc przy grobie Nikifora, usłyszałam dzwony. Przeszłam na koniec cmentarza i zobaczyłam cerkiewną kopułę. Poszłam. Trafiłam na nabożeństwo , więc nieśmiało przekroczyłam próg kościoła. A jak usłyszałam, jak oni śpiewają - siłą by mnie stamtąd nie wyciągnęli. Przepięknie! To prawosławna cerkiew parafialna na Szlaku Cerkwi Łemkowskich w Beskidzie Sądeckim. Jedyna cerkiew wybudowana po okresie II wojny światowej na terenie Sądecczyzny (1983-1996). Ciekawostką jest kolekcja miniaturowych drewnianych cerkwi z okolicy ustawiona wokół świątyni - jest ich sporo, niestety wiele jest zaniedbanych.






11. Kościół Najświętszego Serca Pana Jezusa w Krynicy-Zdroju. Dawna cerkiew greckokatolicka



Dawna cerkiew greckokatolicka, piękna, cała drewniana. Wybudowana w latach 1887-88. "Po 1947 przejęta i użytkowana przez kościół rzymskokatolicki, obecnie jako kościół pomocniczy pw. Najświętszego Serca Pana Jezusa parafii w Krynicy-Zdroju. Cerkiew wpisano na listę zabytków w 1964. Została włączona do małopolskiego Szlaku Architektury Drewnianej" za Wikipedią. 



12. Góra Parkowa




Przereklamowana sprawa. Zachęcona informacjami z netu, wyciągnęłam moją ekipę na przejażdżkę kolejką retro na górę (742 m). Uwiódł mnie klimat lat 30-tych, bo wyprawa miała mieć taki charakter. Po wjeździe kolejką (stłoczeni jak sardynki w puszce), wbiliśmy się w totalną komercję. Płatny taras widokowy, kiczowate budki ze wszystkim, słaba atrakcja w postaci zjazdu pontonów, czy plac zabaw z "rajskimi ślizgawkami". Tłumy ludzi, gdzieś w tle góry. Szybko wracaliśmy na dół.







13. Sankostrada



Ten zjazd zrobił mi dzień. Jakoś nigdy nie ciągnęło mnie do tego typu atrakcji, ale tu poczułam ochotę. Coś mówili o dźwigniach, że muszą być opuszczone, jeśli chcemy jechać. No więc opuściłam i bałam się zaciągnąć, żeby nie stanąć. Mknęłam więc na pełnym gazie z rozwianym włosem i obłędem w oczach, nim zorientowałam się na koniec, że można lekko przyhamowywać... Mąż, który jechał za mną pytał później, dlaczego tak odskoczyłam i zniknęłam mu z oczu...
Z komercyjnych atrakcji, według moich chłopaków, sankostrada zdała egzamin. Zaliczyli po kilka zjazdów.




14. Sądecki Park Etnograficzny 





Największe muzeum skansenowskie w Małopolsce, prezentujące architekturę drewnianą i tradycyjną kulturę ludową lokalnych grup etnograficznych - Lachów, Pogórzan i Górali Sądeckich oraz grup etnicznych: Łemków, Niemców i Cyganów. Piękne miejsce, w którym można przepaść na pół dnia i przemiłe dziewczyny w kasie!

Tuż obok skansenu znajduje się Miasteczko Galicyjskie - warto od razu kupić bilety łączone.

Więcej TU.





15. Miasteczko Galicyjskie w Nowym Sączu




Zrekonstruowane miasteczko z przełomu 19/20 wieku. Rynek ze studnią i ratuszem. I wszystkim, co w mieście być musiało - jest tu salon fryzjerski (misterne układanie fryzur trwało po pięć godzin, a panie potrafiły przychodzić tu co drugi dzień, wyobrażacie sobie?), drukarnia, magiel, sklep kolonialny (te puszki, te butelki!), fotograf, szewc, apteka, poczta, warsztat zegarmistrzowski, pracownia garncarska, karczma, krawiec, cukiernia... Można zobaczyć nawet jak wyposażony był gabinet dentystyczny. Najdłużej zabawiliśmy u fotografa i na poczcie - przewodnicy niezwykle barwnie o tych miejscach opowiadali! 
 W miasteczku spędziliśmy ponad dwie godziny - czuliśmy się, jakby nas żywcem przeniesiono w dawne czasy. W każdym punkcie zadbano o najmniejsze detale! Do tego ten jarmark produktów naturalnych... W ratuszowej restauracji polecam przepyszny sernik i kawę :)
Więcej TU.