Blog o pięknych i mądrych książkach dla dzieci

środa, 30 sierpnia 2017

W Siedlisku z widokiem [Podlasie]


Dla chłopaków Podlasie to żubry, wilki i Wajrak, dla mnie malownicze chałupy, okiennice, malwy i zdjęcia Małgorzaty ze strony na FB Wędrówki wiatrem podszyte, które sprawiły, że zamarzyłam o przyjeździe w te rejony, i oczywiście Białowieża ze wszystkim, co ze sobą niesie. Nie udało się dwa lata temu, nie udało się przed rokiem, ale oto wreszcie...! Ale nim przyjechaliśmy to...


- Mamo, ja nie chcę jechać na to Podlasie. Chyba, że do tej puszczy, na grzyby i żubra zobaczyć...
- Mamo, a są tam wilki?
- Mamo, tam nic nie ma! Ja wolę gdzieś dalej!

Cierpliwie tłumaczyłam, pokazywałam, podsuwałam książki. Przekonywałam, że warto, że choć w Polsce mieszkamy to taka jeszcze nieodkryta przez nas jest, a taka piękna i różnorodna. Że na te podróże dalekie (byle nie do kombajnów hoteli sreli) to mają czas, że zdążą. Bo nie byliśmy tu na Podlasiu, gdzie...


Zaczęłam szukać bazy, bo od niej wszystko się zaczyna. Warunek numer 1 zawsze taki sam, tu nic się nie zmienia: ma być odludzie, przestrzeń i natura. A kto szuka, ten znajdzie.


Siedlisko z widokiem


Zamieszkaliśmy w małym, urokliwym domku z cegły (wybudowanym w latach 30-tych XX w.) pod Knyszynem,  z piecem (ale i współczesną kuchnią za ścianą, i nowoczesną łazienką z częściowo odkrytą cegłą na ścianie) i szydełkowanymi dywanikami i narzutami na łóżka, robionymi przez Marię, właścicielkę Siedliska i jej koleżankę.

Z jednych okien widok - aż po horyzont  - na pola z belami siana, jeziorem i dzikimi gęsiami przecinającymi niebo, albo grupującymi się na łące (ponoć przylatują tu i żurawie), stadami szpaków albo drapieżnikami wypatrującymi ofiary spod chmur (tak, są tu nawet orły!), z drugich - widok na podwórko z wybiegiem dla czterech cudnych szczeniaków i ścianą pola kukurydzy w tle! Przez tydzień mieliśmy psy - marzenie chłopaków! Karmiliśmy je, wypuszczaliśmy na pola, towarzyszyły nam od rana do wieczora, kiedy tylko byliśmy na miejscu.

Gospodarze tego miejsca, Maria i Mariusz, ujęli nas życzliwością i gościnnością. Pierwszy raz spotkałam się z taką chęcią uprzyjemnienia komuś pobytu - powitano nas pizzą i truskawkową nalewką domowej roboty i słoiczkami tutejszego miodu! A ich "kociołek", którym wspólnie raczyliśmy się przy ognisku - niebo w gębie! Zostaliśmy też zaopatrzeni w mapy, przewodniki i sugestie, gdzie naprawdę warto pojechać, co trzeba zobaczyć. Czasu brakło, żeby wszystkie te miejsca odwiedzić - chłopakom tak podobało się w najbliższej okolicy domu, że niechętnie ruszali stąd dalej.
- Mamo, po co, skoro tu tak fajnie! - argumentowali. No fajnie, ale głupio tak, gdzieś być i nic nie zobaczyć. Wiec ich wyciągaliśmy, obiecując szybki powrót do tego naszego siedliska, psów i luzu.

Pola i łąki po horyzont, lornetka do obserwacji tych wszystkich dzikich gęsi, łabędzi, chmar szpaków i orłów, stodoła z najprawdziwszym sianem, radosne szczeniaki, ogniska plus trampolina, tyrolka, basen, hamaki i rowery w stodole... - w ich wieku też opierałabym się propozycjom "zwiedzania".

Wybieraliśmy miejsca, które ich zainteresują - indiańską wioskę z mini zoo, Twierdzę Osowiec z bunkrami i Biebrzański Park Narodowy, czy żubry w Kiermusach, ale i te, ważniejsze dla nas jak skansen pod Białymstokiem czy miasteczko Tykocin z piękną zabudową i synagogą (w muzeum przy synagodze pośród książek wypatrzyliśmy z Antkiem "Pikotka"!). Poza Tykocinem, w którym dwójka z naszej trójki przesiedziała dwie godziny w okolicy samochodu (trzeci za to pięknie "zwiedzał"), twierdząc, że to czym matka się zachwyca -  te okiennice, zdobienia, ganki i dworkowe klimaty to "nudy" - wszędzie im się podobało! Zadowoleni wracali, szczególnie po bliższych kontaktach ze zwierzakami,

Dla mnie najfajniejsze były poranki. co wieczór obiecywałam sobie - wreszcie się wyśpię! Nie wstanę ciut świt, tylko wyleżę się za wszystkie czasy! Zero budzików, zero pośpiechu! A guzik. Było jak zwykle... Nie musiał dzwonić budzik, budziłam się sama. Otwieram oczy, a tu już jasno. Kilka sekund na ogarnięcie sytuacji, czyli gdzie jestem, co tu robię... A potem: wstawać? Może nie? Tylko zerknę za okno, co się dzieje, czy gęsi są, czy... I wstawałam, pierwsze kroki kierując albo do kuchni, by nastawić ekspres na kawę albo po aparat fotograficzny - i tak jak stałam, w piżamie i kołtunem na głowie rzucałam się przez pole - chrzanić białe trampki, rosę i czarną ziemię - bo tam  malownicze mgły albo łabędzie albo te dzikie gęsi ...
A potem ta cisza i kawa pita na schodach, i książka na kolanach. Albo te wieczory, kiedy psy już spały, dom zamknięty, a my przy wielkim stole siedzimy i gramy. Franek przemycił Dixit, więc ten Dixit znowu był w centrum naszego grania, ale wypróbowaliśmy też nowe gry, o których pewnie za jakiś czas napiszę.

Jeśli szukacie miejsca, gdzie naprawdę można wypocząć, oderwać się od miasta, pośpiechu i betonu, jeśli tęsknicie za ciszą i sielskością - szczerze polecam. I miejsce (2 km za miasteczkiem, z dala od innych gospodarstw - mieliśmy w pobliżu jednego sąsiada, jednak na tyle daleko, że mieliśmy poczucie, że byliśmy tu sami) i sam domek. Wyremontowany, zadbany, wygodny, pełen akcentów podlaskich i przedmiotów z duszą (moje oko od razu wypatrzyło piękną zieloną skrzynię, stolik z maszyny Singera i te dywaniki). Gospodarze - przemili ludzie swoją drogą - dopiero zaczynają przygodę z agroturystyką, ale obserwując ich podejście do gości i zapał - jestem pewna, że będą się cudownie rozwijać.

Nie zdążyłam odpocząć - za krótko, i  nie poznałam Podlasia - nie widziałam ani jednej cerkwi, nie byłam w Białowieży - wschodnią część tego rejonu zostawiliśmy na potem, na drugi raz, który nadejdzie. A może kiedyś przyjdzie taki dzień, w którym stwierdzimy, że rzucamy to wszystko w cholerę i zakotwiczymy gdzieś indziej i  będzie to Podlasie? Kto wie...


















poniedziałek, 28 sierpnia 2017

Indiańska wioska "Puszczykówka", czyli u Indian na Podlasiu...

Kilka kilometrów za Suchowolą, w pobliżu wsi Okopy, za polami, w lesie znajduje się indiańska wioska "Puszczykówka". Dojechać do niej nie jest łatwo, ale warto podjąć to wyzwanie. Dla wielbicieli kultury indiańskiej i spędzania czasu na łonie natury oraz miłośników zwierząt dzikich i udomowionych to miejsce warte odwiedzenia.

Gospodarze "Puszczykówki" postawili wszystko na jedną kartę - sprzedali mieszkanie w mieście i przenieśli się tu, budując niemal od zera to niezwykłe miejsce. "Puszczykówka" to dom, w którym mieszkają i wynajmują pokoje turystom, stajnia i padok do jazdy konnej, mini zoo, galeria indiańskich akcesoriów i łąka z rozstawionymi namiotami tipi  - odwiedzający mają okazję posiedzieć w środku, rozpalić ognisko, a nawet spędzić w nich noc (w tipi znajdują się trzy  2 osobowe łóżka - gospodarze mieszkali kiedyś w jednym przez cztery miesiące, do początku października i ciepło było!). W planach jest kolejny budynek - piękna stara, kamienna obora, póki co porastająca drzewami, zamieni się w miejsce idealne do imprez (te obecnie organizowane są w stodole). Mnóstwo tu zakątków, gdzie można złapać oddech i dystans do szalonego pędu dnia codziennego - ławeczek, hamaków. ukrytych pośród drzew i kwiatów.

"Nazwa wzięła się od puszczyka, który jak powiedział poprzedni właściciel „jest zameldowany na stałe w stodole”. My go nie wymeldowywaliśmy, a on się chyba do nas przyzwyczaił" - opowiada Robert, właściciel "Puszczykówki". Jego żona stworzyła tu roślinną oazę - mnóstwo tu miejsc, gdzie można oglądać pięknie skomponowane ogródki z przeróżnymi roślinami. Jest zakątek leśny z wieloma odmianami paproci, bluszczy, jest zakątek kwiatowy, pole z warzywami - to miejsca, które cieszą oczy!

Dzieciaki i  z zafascynowaniem słuchają opowieści gospodarza, który oprowadza gości po rozległym terenie - o Indianach i ich kulturze, ale też o zwierzakach, których jest tu około setki - konie, owce i kozy, skunks, szop pracz, bażanty, kaczki, gęsi, psy i koty. Robert o każdym z nich opowiada ciekawe historyjki, z dowcipem i sympatią. Czuć, że zwierzęta traktowane są tu z miłością i szacunkiem. Koło nas cały czas kręci się owczarek niemiecki Lori, który coś chyba ma do jednego królika - staje przed jego klatką w bezruchu i wodzi za nim wzrokiem.

Punktem, który dla mnie był niezwykle ciekawy, jest zwiedzanie stodoły ze zgromadzonymi tu pamiątkami i indiańskimi akcesoriami. Indiańskie stroje ze skóry i płótna, buty (jedną parę szyje się rok!), korale, instrumenty muzyczne (widzieliście kiedyś grzechotkę z żółwiej skorupy?), zabawki (indiańskie laleczki - wow!), kolorowe pióropusze, broń - każda rzecz fascynuje, trudno oderwać od nich oczy i ręce. Bo można je dotykać, oglądać z każdej strony.

Bardzo fajnie spędziliśmy tu czas. Chłopaki nie tylko wybiegali się i wybawili na placu zabaw, nie tylko pogłaskali skunksa (a właściwie skunksicę o imieniu Coco), ale też dowiedzieli sporo o pierwotnych mieszkańcach Ameryki Północnej. Na koniec kupili sobie pamiątki - wisiorki z głową bawoła, koniem i kłem wilka. Trochę szkoda tylko, że nie było możliwości postrzelania z łuku czy porzucania lassem.





Mini zoo






Strefy relaksu


2020

Od ostatniego naszego pobytu tutaj sporo się zmieniło. Przybył doskonały leśny tor przeszkód dla dzieci (sama natura!) i domek Kraina westernu, w którym można przysiąść, napić się, wykąpać, a nawet coś ugotować (postawiony jest z myślą o turystach nocujących w tipi). Piękne, przeszklone okna i otwarta przestrzeń (chata ma trzy ściany) sprawiają, że nie chce się wychodzić!







"Puszczykówka",
kolonia Pokośno, Suchowola.
www.puszczykowka.pl
Bilet wstępu: osoby dorosłe 10 zł, dzieci 7 zł, dzieci do 3 roku życia bezpłatnie.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...