Blog o pięknych i mądrych książkach dla dzieci

sobota, 31 października 2015

Niebo, Bruno Gibert


Niebo zaskakuje prostotą tekstu i grafiki. Czy można o odejściu kogoś bliskiego opowiedzieć za pomocą znaków drogowych i oznaczeń na opakowaniach? Nie dość, że tak - można dodatkowo zrobić to w poruszający sposób.

Chłopiec traci dziadka. Dziecko na swój sposób chce zrozumieć, co się wydarzyło, oswaja się z sytuacją i ze śmiercią - układa sobie to wszystko w głowie. Zastanawia się, zadaje pytania i szuka odpowiedzi. Zbiera skrawki zasłyszanych opinii, dopasowuje je ze swoimi wyobrażeniami, skleja w całość.

Czy po śmierci idzie się do nieba? Czy wszyscy idą do nieba? Jak jest w tym niebie? Czy w niebie nie jest trochę nudno?

Z prostych, krótkich zdań przebija tęsknota i smutek.

Chłopiec patrząc na chmury, wyobraża sobie dziadka.
W niektóre szare dni, dziadziuś mówi mi, że szalenie kocha ...
życie.

To kolejna ważna lektura, do przeczytania z dzieckiem nie tylko we Wszystkich Świętych.

[O śmierci w książkach dla dzieci TU]



Niebo,
 Bruno Gibert,
Wydawnictwo Wytwórnia, 

2011.

piątek, 30 października 2015

Psia kupa, Kwon Jeong-saeng, il. Jeong Seung-gak


Kupa cieszy jest złą sławą. Śmierdzi, jest brzydka. Fizjologiczna. To wstydliwy temat. Nie rozmawiamy o kupach. Książka, o której dzisiaj - z egzotycznego dla nas kraju, bo aż z Korei - naszego podejścia nie zmieni, jednak wierzę, że da do myślenia. 

Psia kupa jest niezwykła - zwraca uwagę na procesy fizjologiczne i ekologię, ale przede wszystkim skłania do przemyśleń (i rodziców i dzieci). Jak pisze w posłowiu Lee Seung Yong (nauczyciel jogi i ekolog), pozwala odnaleźć drogę do nadziei. Te górnolotne słowa, w zestawieniu z tytułem książki, wydają się być przesadzone, jednak po zetknięciu się z książką, nie będziecie tak myśleli.

Bohaterką jest mała psia kupa. Ptaki myśląc, że to kąsek do zjedzenia, po zetknięciu z nią od razu uciekają: To kupa! Kupa! A fuj... Kupa jest brudna... 


Bohaterka jest wściekła, i jest smutna. Jest niepotrzebna, budzi odrazę. Nikt nie traktuje jej z szacunkiem, jak np. grudkę ziemi. Jednak  mlecz uświadamia ją, że jest inaczej. Nie zakwitnie pięknie, jeśli nie znajdzie dobrego nawozu. A nawozem, dla niego najlepszym, jest właśnie kupa! 

Musisz się całkowicie rozpuścić i przeniknąć w głąb mnie. Tylko wtedy zakwitnę tak ślicznie, jak śliczne są gwiazdy

Psia kupa radośnie robi to, o co prosi ją mlecz. Roślina zakwita, a kwiat uśmiecha się szeroko... W jego uśmiechu kryje się niezwykła miłość uroczej psiej kupy.

Wszystko jest potrzebne, każdy ma swoje miejsce na ziemi i cel. Nawet kupa. Książka Psia kupa może stać się wstępem do filozoficznych rozważań z dzieckiem na temat sensu istnienia, celowości, poświęceniu, dzieleniu się sobą i równowadze w świecie. A także... o umieraniu i odradzaniu, życiu i śmierci.



Psia kupa,
Kwon Jeong-saeng,
il. Jeong Seung-gak,
Wydawnictwo Kwiaty Orientu,
2012.

czwartek, 29 października 2015

Niebo za domem, Gaute Heivoll


"Niebo za domem" to książka opowiadająca o stracie i próbie poradzenia sobie z żałobą. Smutna historia małego Jona, którego mama nie żyje. Chłopiec mieszka z ojcem, jeden przeżywa żałobę po odejściu ukochanej kobiety, drugi - matki. Każdy radzi sobie z tą sytuacją na swój sposób – ojciec ucieka w milczenie i smutek, przez który próbuje przebić się zagubiony mały Jon. Syn przywołuje matkę w myślach i snach – a ta co noc przychodzi do niego i mówi mu „dobranoc”. Dzięki temu chłopiec boi się i tęskni troszkę mniej...

Pewnego wieczoru mama nie przychodzi – chłopiec nie może zasnąć, boi się, otwiera szafę, w której są ubrania mamy, wtula się w nie, z czego ojciec – który to zauważa - nie jest zadowolony, bo tej szafy nie wolno otwierać. Jednak nie pozostawia chłopca samego - wpada na prosty sposób – wyciąga stary czerwony sweter, który chłopcu zrobiła na drutach mama, i pruje go. Przywiązują jeden koniec włóczki do palca u nogi ojca, drugi koniec dzierży w dłoni mały Jon. Chłopiec wie, że kiedy tylko będzie się bał, albo będzie mu smutno – pociągnie za włóczkę i obudzi tatę. Uspokojony zasypia. Nagle nić napręża się, chłopiec wstaje i idąc za nitką zauważa, że ta nie prowadzi wcale do sypialni taty, tylko poza dom. Ostrożnie, z duszą na ramieniu chłopiec podąża śladem czerwonej nici... Dokąd go ona zaprowadzi? Kogo tam spotka i co zobaczy?

To książka w poetycki sposób ukazująca tęsknotę za kimś bliskim, który odszedł. Jak jest w niebie, jak wyglądają tam zmarli? Jak zapełnić pustkę po kochanej osobie? Jak poradzić sobie z bólem po odejściu najbliższej osoby? Książka nie daje odpowiedzi, ale odzwierciedla uczucia dziecka, którego mama odeszła.

Książka przepełniona jest smutkiem i poczuciem braku, jednak przebłyskują w niej promyczki nadziei. Czarno-białe ilustracje ożywia jedynie czerwona nitka - więź łącząca matkę i syna, miłość dziecka i jego tęsknota.



Niebo za domem

Gaute Heivoll
Wydawnictwo: Fundacja Inicjatyw Społecznie Odpowiedzialnych FISO, 2012
Oprawa: twarda
Liczba stron: 102
Format: 23.5 x 16.5 cm,
wiek od 7 lat.


Niebo za domem,
Gaute Heivoll,
Fundacja Inicjatyw Społecznie Odpowiedzialnych FISO,
2009.

środa, 28 października 2015

Nero Corleone. Kocia historia, Elke Heidenreich, il. Quint Buchholz

Bohaterem i narratorem książki jest sprytny, przebiegły kot z toskańskiej wsi, syn Madonniny. Jego życie jest barwne i pełne przygód. Patrzymy, jak rodzi się legenda. Kocia legenda. Bo drugiego takiego jak Nero Corleone nie ma! Wystarczyło kilka tygodni, aby maluch zdobył posłuch na podwórku, kilka sztuczek, kilka zaplanowanych akcji... I każdy chodził jak na sznurku!

Świetnie się czyta, książka wciąga od pierwszych stron. Najpierw przyglądamy się podwórkowemu życiu, potem jedziemy z Nerem i jego siostrą, biało-rudą i zezowatą Rosą, do Niemiec. Bo Nero doszedł do wniosku, że na wsi nic wielkiego go już nie czeka, czas podbić świat, życie toczy się gdzie indziej. Kot owinął sobie wokół małego pazurka parę wypoczywających na wzgórzu niemieckich turystów: Izoldę i Roberta, którzy postanawiają zabrać zwierzaki do siebie.

Życie w Kolonii nad Renem, poznawanie nowego terenu, nowe przyjaźnie, miłości, dzieci, a potem po latach choroba Rosy i jej odejście. Nero jest stary, jednak robi wszystko, aby wraz ze swoimi opiekunami wrócić do swojego domu, na toskańskie podwórko.... Tam podejmuje decyzję o pozostaniu, ku rozpaczy szukających go właścicieli, którym kończy się urlop i muszą wracać do siebie. Choć wiele się na podwórzu zmieniło - to jego miejsce, a jego legenda nadal żywa. Nero, po stracie Rosy, jest zmęczony, wie, że jest stary. Tu się urodził, tu pewnie chce umrzeć. Myślę, że u niejednej osoby ta książka wyciśnie kilka łez...

Nero jest bezczelny, złośliwy i zgryźliwy. Nero jest kocim egoistą, ale dba o swoich bliskich, zawsze przynosi dla ciapowatej Rosy smakołyk, a kurze, ciekawej, jak smakuje gotowane jajko - podkrada ów przysmak z kuchni gospodarza... Nero jest inteligentny i czasem do bólu szczery, nie przebiera w słowach (a tym bardziej myślach, które poznajemy) - opowiada o sobie i napotkanych na drodze swojego życia kotów, innych zwierząt i ludzi z charakterystyczną dla siebie ironią i humorem.

Dużym plusem książki, która szybko zdobyła czytelników, są ilustracje niemieckiego grafika i ilustratora Quinta Buchholza, bardzo malarskie, w przygaszonych, spalonych słońcem kolorach!  No i te włoskie, śpiewne zwroty, wtrącane co jakiś czas w wypowiedziach! 


Nero Corleone. Kocia historia, Elke Heidenreich,
il. Quint Buchholz,
tłum. Danuta Hołata-Loetz,
Wydawnictwo STAPIS, 

2008.

wtorek, 27 października 2015

Zlot pingwinów. Urlop na lodowej górze, gra zręcznościowa

Zlot pingwinów. Urlop na lodowej górze to gra zręcznościowa, choć moi synowie twierdzą, że to gra "na farta". Chodzi o dostawianie, ustawianie i kombinowanie, jak to zrobić, żeby się nie zawaliło... Ledwie zacznie się grę, wszystko się sypie, jak ułożysz chmurkę to już nie dostawisz karty... przynajmniej mi się nie udało. Dlatego najbardziej lubię rybki... przypinać. Mewę zawiesić na górze? Chłopaki potrafią, ja ni w ząb, nie dość, że sama spada, to ciągnie za sobą pingwiny małe i duże, no i rybki... Stosik karnych kart rośnie...

sobota, 24 października 2015

Cuda wianki. Polski folklor dla młodszych i starszych, Marianna Oklejak


Zachwyt! Że taka książka pojawiła się na naszym rynku, że tak zilustrowana i na taki temat. Kurier przyniósł ją kilka godzin temu, a ja ciągle nie ochłonęłam. Mamo, co masz, pokaż, co to, co to za książka? - chłopaki zaglądali mi przez ramię, po każdym moim okrzyku, ochu i achu, bardziej zaciekawieni. A ja się zakochałam!

wtorek, 20 października 2015

Wojciech Gil opowiada o lesie


Nie śpieszyć się, wyłączyć. Po prostu być, oddychać.... Póki co, ciągle coś mnie goni, pędzę, nie umiem przystanąć, wyłączyć się, nie myśleć, nie planować... W lesie mi najbliżej.  Do czego? Do mojej prywatnej nirwany. 


piątek, 16 października 2015

Czy zwierzęta mają duszę? Rozmowa z Józefem Wilkoniem


Rozmowa z Józefem Wilkoniem, ilustratorem, malarzem, rzeźbiarzem (Zalesie Dolne, 8 kwietnia 2015).



Hendrix, Rolling Stonesi czy Vivaldi?

Rolling Stonesi są wspaniali, to muzyka mojej młodości, podobnie Hendrix. Lubię ich czasami posłuchać. „Dziadku, teraz tego nikt nie słucha. Teraz leci techno albo heavy metal. A króluje hip-hop” – mówi Elektron w „Zbuntowanym Elektronie”. Jednak babcia Elektrona i dziadek słuchają.

„Zbuntowany Elektron”, o którym mówimy, to książka stworzona na tablecie.

Można powiedzieć, że to trzecia moja książeczka zrobiona metodą „paluchem na iPadzie”, choć o działaniu komputera wewnątrz — nie mam zielonego pojęcia. Zabawne jest to, że jak tworzyłem pierwszą książkę (Bajkę mazurską), to ilustracje mi uciekły. Przyjaciel, który zna się na komputerach, miał kłopot z odzyskaniem tych rysunków. O dziwo, któregoś dnia włączyłem komputer i ilustracje same się pojawiły.
Kolejna książka to „Psie życie” – moje rzeźby zostały sfotografowane, a następnie komputerowo ugraficznione. Mogę więc powiedzieć, że Elektron jest trzecią książką zrobioną przy pomocy komputera. W tym wypadku w całości palcem na iPadzie.


Skąd pomysł na książkę narysowaną na tablecie? Nie z zamiłowania to gadżetów, więc z ciekawości, jak to wyjdzie?

W przypadku używania komputera, tabletu, iPada dla grafika podniecająca jest prostota tego narzędzia, polegająca na używaniu palca. W Elektronie fascynuje mnie anegdota: elektron, który wyskoczył z atomu, aby zrewolucjonizować elektroniczny świat… W książeczce chciałem zwrócić uwagę na rewolucję elektroniczną we współczesnym świecie, która zmieniła wszystkie relacje. Świat się zmienił, ludzie się zmienili, nawet ich ruchy są już inne. W autobusach, tramwajach, metrze czy na ulicy widzimy młodych i starych z telefonem przy uchu albo z palcem na ekranie — dzisiaj nie ma ludzi zwyczajnie ze sobą rozmawiających. Telefon determinuje, zmienia relacje międzyludzkie. Lubię Elektrona. To baśń, a w baśni wszystko jest możliwe, nawet elektron z drucików, ale ludzki – z osobowości, zachowania, sylwetki…

Jest Pan artystą niezwykle kreatywnym i wszechstronnym. Skąd Pan bierze energię i siły na nowe projekty?

Podniecająca dla mnie jest zmiana techniki. Jak czuję, że wypowiedziałem się już w jednej technice na tyle, że uznam, iż nic się już nie da zrobić, szukam nowych sposobów na wyrażenie rzeczy wilkoniowatych.
Zdarza się jednak i tak, że coś się nie udaje — swego czasu zapowiadałem książkę z ilustracjami przestrzennymi, ale obiekty rozeszły się po świecie …

Pana ojciec malował, wujek malował. W którym momencie poczuł Pan, że chce podążać tą drogą?

Rzeczywiście tata malował, wujek również, miałem też świetnego nauczyciela, w szkole podstawowej, który się na mnie poznał. Ustawiał mi martwe natury, a jego uwagi pamiętam do dziś i sam je powtarzam na warsztatach. „Linia krzywa jest piękna” mówił, wyrzucając mi linijkę, z której pomocą chciałem rysować książę. Wyrzucił gumę „jak mażesz, to nie widzisz błędów, które robisz”. Ojciec bardzo popierał moje malowanie. Na wystawę w Krakowie przyszła moja dawna nauczycielka ze szkoły podstawowej, powiedziała, że zachowała kilka moich rysunków z 1,2 klasy, czyli jakoś już wtedy rysowałem.

W ilustracjach, rzeźbach w cudowny sposób oddaje Pan charakter, naturę zwierząt. Czy według Pana zwierzęta mają duszę?

Jestem trochę niedowiarkiem, ale jeżeli jest coś takiego, jak dusza ludzka to psy duszę mają też. Mają prawo ją posiadać ze względu na wielką duchowość psiego życia, ich ciepło, uczucia i stosunek do ludzi, jest to coś naprawdę wzruszającego. Więc w tym sensie psy mają duszę.

Dzieciństwo ma duży wpływ na człowieka. Pana przypadło na ciężkie czasy wojny.

Wojna jest straszna. Każdy z nas ma swoje wojenne przeżycia. Rośliśmy w poczuciu strachu, zagrożenia, ale bez przesadnego lęku czy histerii. To, co przeżyłem w czasie wojny, teraz byłoby dla mnie za trudne, nie zniósłbym tego. A jednak mimo tych wszystkich okropieństw, które działy się obok, muszę powiedzieć, że miałem udane dzieciństwo... To, co najgorsze ominęło moją rodzinę. Przeżyliśmy. Byliśmy dziećmi i bawiliśmy się jak dzieci — w gromadzie, na podwórku, na pastwisku, gdzie miałem swoją krówkę, mimo wszystko beztrosko, razem. Mieliśmy drewniane zabawki, robione własnoręcznie, hulajnogę — nawet kółka miała wyrżnięta z drewna, łyżwy, narty... Jak ktoś miał rower, to było wydarzenie. Dzisiaj dzieci mają nadmiar wszystkiego, ale te rzeczy nie dają im szczęścia.

Uważa Pan, że nie można dzieci nadmiernie chronić. A dziecko, jako odbiorcę sztuki, traktuje bardzo poważnie, jak partnera, bez „szczebiotania”.

Dziecko powinno chować się w normalnych warunkach, a nie cieplarnianych, sztucznych. Musi doświadczać różnych rzeczy, także przykrych, które są taką super szczepionką, hartującą organizm i uodparniającą na stresy w późniejszym życiu. Jestem przeciwko cieplarnianemu wychowywaniu dzieci, cieplarnianej pedagogice, nie znoszę udziecinnionej formy sztuki. Infantylizacja w sztuce szkodzi dzieciom!
Dziecko musi doświadczać różnych emocji, także strachu. Pamiętajmy o tym, że dzieci lubią się bać – pamiętam z dzieciństwa te wszystkie zabawy, opowiadane straszne historie i straszenie się!
To wszystko przenoszę na pracę z dziećmi. Nie znoszę współczesnych produktów, nad którymi pochylają się stare głowy i robią wszystko, aby zwabić i oszukać dzieci. Te plastikowe obrzydliwe zabawki-stwory, disnejowskie formy – dziecko nie jest w stanie wyrobić sobie poglądu na różnorodność, futerkowość, pazurkowatość świata. Większość zabawek dla dzieci jest uboga, a ilustracje w książkach pozbawione są prawdziwej fizyczności czy to zwierzęcej, czy ludzkiej – to, co dobre w animacji nie sprawdza się w ilustracji.
Na szczęście obserwujemy renesans polskiej książki dziecięcej. Po obaleniu komuny i zalaniu rynku książkami-tandetami – przeważnie replikami z zachodu, powstają małe wydawnictwa, prowadzone najczęściej przez kobiety, które wydają dobre książki.


W szkole mamy problem z plastyką. Jest jej za mało. Dzieci, które przecież lubią rysować, malować – z wiekiem gubią gdzieś tę otwartość, chęć eksperymentowania. Często spotyka się Pan z dziećmi, prowadząc warsztaty – jak Pan to widzi?

Widzę ogromne zaniedbania w tej dziedzinie – bezradność i lęk dziecka przed zaatakowaniem papieru. To rysowanie od kreski na dole papieru, po kulkowaty kształt pewnie na nos kaczora. Nie ma plastycznej edukacji, tak potrzebnej dziecku. Na szczęście spotykam też dzieci, które od pierwszego ruchu pędzla czy kredki zdradzają śmiałość. Pozwalajmy dzieciom rysować po swojemu, niech nie boją się papieru. W późniejszych latach pewnie przyjdą nowe fascynacje, ale bywa i tak, że to w dzieciństwie kształtuje się przyszły geniusz.

Miejsca sentymentalne, do których Pan wraca...

Czasy dzieciństwa... Wracam do dziadków do Łańcuta, jeździłem tam na wakacje, potem z synkiem. Do mojego domu w Bogucicach pod Wieliczką, gdzie się urodziłem, nie powinienem wracać, to nie było dobre, bo tak się wszystko tam zmieniło w stosunku do tego, co było. Inny świat, inny krajobraz.
Na miejscu pastwiska, na którym pasałem swoją krówkę, teraz jest obwodnica. Ocalał las, gdzie zbierałem poziomki i zanosiłem je mamie. Żałuję, że nie zjeździłem Polski tak jak Włochy czy Francję. U nas jest tyle pięknych miejsc, tylko trzeba jeździć i szukać tych bocznych dróg i dróżek. Mazury, znam może kilkadziesiąt jezior, a jest ich około 2 tysięcy. Lepiej znam Podlasie, Rzeszowszczyznę, bo stąd się wywodzę.


Czy ma Pan jakieś rytuały związane z pracą?

Całe życie pracowałem i pracuję głównie w nocy, bo tak lubię. Najlepiej pracuje mi się tu, we własnej pracowni, w Zalesiu. Noc, cisza, spokój i pohukiwanie sów. Niczego więcej mi nie potrzeba. Nie lubię i nie umiem pracować nie u siebie, w hotelach, na wyjazdach. – jeśli już muszę coś zrobić poza domem i własną pracownią – okrutnie się męczę …

Dziękuję za rozmowę.



Zdjęcia Maja Kupiszewska
1. Czuły Barbarzyńca, 11 października 2015 r,
2. 
Zalesie Górne, 8 kwietnia 2015.
3.  Galeria Nieformalna, 27 kwietnia 2014 r, 

Józef Wilkoń: spotkania, warsztaty, książki [więcej TU]


środa, 14 października 2015

Moje - nie moje, Liliana Bardijewska, il. Krystyna Lipka-Sztarbałło


W czasie czytania książki "Moje  - nie moje" moi sześciolatkowie zapytali: "Mamo, to o brzydkim kaczątku?". Analogia nasuwa się sama, można powiedzieć, że to taka wariacja na temat. Mnie, kiedy już skończyłam czytać, przypomniał się cytat z Małego Księcia: Dobrze widzi się tylko sercem. Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu.
I też pasuje. Bo to rzecz o akceptacji, ocenianiu po pozorach i różnych takich nie najpiękniejszych ludzkich cechach. Ale też o miłości, która odkrywa w nas to, co najlepsze.


niedziela, 11 października 2015

Rybak na dnie morza w Czułym Barbarzyńcy [Józef Wilkoń] FOTORELACJA


Spotkanie z Mistrzem zawsze jest wydarzeniem. Dodatkową atrakcją Czułych Czytanek była książka, która w tym roku pojawiła się na rynku. "Rybak na dnie morza" z tekstem Agnieszki Taborskiej i ilustracjami Józefa Wilkonia (znamy już inną książkę tego duetu: TU).

sobota, 10 października 2015

O dwunastu miesiącach, bajka słowacka, il. Paweł Pawlak


Bajka słowacka z morałem: tak, jak ty traktujesz innych, tak inni będą traktować ciebie. Jak ty innym, tak oni tobie. Życzliwość, dobroć powraca, ale złość, nieuprzejmość także. 

piątek, 2 października 2015

Jaki to zwierzak? Gra planszowa


- Żaby żyją w nocy? Przecież widzieliśmy je w dzień, jak skakały? 
- Nosorożec też nocny jest? No nieeee!
- Pingwin funkcjonuje i w dzień i w nocy?
 


Wiedzieliście? Matka dała plamę przy leniwcu, koali, nie mówiąc  już o dżdżownicy (funkcjonuje w nocy!), myśląc, że tej to chyba wszystko jedno...

czwartek, 1 października 2015

Okularki, Ewa Madeyska, il. Kasia Matyjaszek


Odstające uszy, piegi, buciki ortopedyczne, rude włosy, nadwaga, aparat słuchowy czy ortodontyczny, jąkanie, seplenienie, krzywe zęby, mały wzrost, duży wzrost ... Jak ktoś bardzo chce, zawsze znajdzie powód, żeby komuś dokuczyć. 
Frania też ma takiego kolegę w przedszkolnej grupie. Wiktor wyśmiewa się z jej okularów.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...