O książkach niebanalnych, mądrych i ważnych, a do tego pięknie zilustrowanych. Dla małych i dużych, którzy zachowali w sobie dziecko.

środa, 30 czerwca 2021

Tarmosia, Tomasz Samojlik, il. Anna Grzyb

 Bardzo sobie rodzinnie cenimy twórczość Tomasza Samojlika. Moi młodsi synowie przeczytali chyba wszystkie jego komiksy i książki. „Tarmosia” również krążyła między pokojami, wszyscy musieliśmy sprawdzić, co tym razem wydarzyło się w Puszczy, tej Puszczy!
No i borsuki! Trochę po macoszemu traktowane w literaturze dla dzieci, a przecież to takie ciekawe zwierzaki. Z „Tarmosi” można naprawdę wiele o nich się dowiedzieć!


Tarmosia to mała borsuczka i główna bohaterka leśnej opowieści. Mieszka w norze z rodzicami — mamą Majrą i tatą Melo, którzy oczekują narodzin kolejnych dzieci (będzie to Apsu i Borz, czyli Słodziak Pierwszy i Słodziak Drugi), i dziadkiem Skjoldurem (tak naprawdę dziadek nie jest prawdziwym dziadkiem, tylko starym borsukiem przygarniętym przez borsuczą rodzinę). Ojciec stoi mocno po stronie tradycji i zasad, z dziadkiem za to można iść w tym temacie na pewne kompromisy i ustępstwa...

W lesie źle się dzieje, człowiek wycina drzewa, las się kurczy i wiele zwierząt jest zmuszonych opuścić swoje dotychczasowe jamy, nory, domy... Uciekają przed człowiekiem i wilkami, które siłą rzeczy przenoszą się w nowe miejsca i poszukują nor dla swoich młodych. Każde zwierzę walczy o swoje maluchy i przetrwanie, niektóre zostają na lodzie, jak ciężarna lisica, która pilnie, naprawdę pilnie potrzebuje swojego kąta, bo rozwiązanie tuż, tuż. Tata borsuk przepędza intruzów, czego Tarmosia nie rozumie, a że żal jej lisicy — pozwala zamieszkać jej — w tajemnicy i po cichu — w starej borsuczej norze. Co z tego wszystkiego wyniknie, dowiecie się z książki. Poznacie lisy i jenoty i ich młode, których będzie... aż trudno w to uwierzyć, że jenoty mogą mieć 16 szczeniąt w jednym miocie?

To piękna i mądra opowieść o tolerancji i sąsiedzkiej pomocy. O tym, że zamiast walczyć, lepiej współpracować, że jeśli się podzielimy z kimś w potrzebie, to - choćby był inny, obcy - niczego nam nie ubędzie, a wręcz przeciwnie, świat będzie przyjaźniejszy, bogatszy i lepszy. Różniąc się, możemy sobie wzajemnie wiele dać. Tradycja jest ważna, ale nie najważniejsza — czasem warto zrobić mały wyłom, odejść od swoich zasad, pod warunkiem, że nikomu nie będzie działa się krzywda.

Jak to u Tomka Samojlika dużo tu humoru, ale też i dużo wiedzy przyrodniczej i ciekawostek, o których nie uczą na lekcjach biologii. Wiecie, że borsuki to jedne z najczystszych zwierząt — robią latryny, gdzie się załatwiają, a ich nory to ogromne podziemne nory i korytarze z wieloma wyjściami. Słyszeliście kiedyś o borsuczych zapasach? W Tarmosi znajdziecie dokładny opis słynnej starożytnej sztuki walki borsukjutsu, zwanej także muai borsukai.

Zwróćcie uwagę na borsucze imiona, tak naprawdę to nazwy tych zwierzą w różnych językach, o czym zajmująco opowiadał pan Tomasz w czasie spotkań online z czytelnikami. Skjoldur pochodzi z islandzkiego, Mayra z fińskiego, Melo - z esperanto itd. Sprawdźcie sami :)

Mówiąc o książce trudno nie wspomnieć o ilustracjach Anny Grzyb, które oddają doskonale wygląd i cechy zwierząt, a także tajemniczy nieco klimat lasu. Ładna gra świateł i kolorów, to mi się podoba, zdecydowanie!

Tarmosia,
Tomasz Samojlik,
il. Anna Grzyb
,
seria Zwierzaki,
wyd. Agora, 2021,
oprawa miękka,
stron 176
cena 34,99 zł
wiek od 5 do 10 lat.









poniedziałek, 21 czerwca 2021

O Fretce, która dała się porwać wiatrowi, Marta Guśniowska, il. Marta Kurczewska

Jestem pod wrażeniem tego, co i jak pisze Marta Guśniowska. Co tam „wrażeniem”, ja trwam w zachwycie i to od kilku ładnych lat, od czasu „Gęsi” oczywiście, przez „Wilka”, po „Marvina”.
Teraz do tej listy dopisuję „Fretkę”. Choć przeznaczona jest dla młodszych czytelników — nie jest ironiczna i ostra jak brzytwa — ma swój urok i wdzięk, są tu językowe zabawy i mnóstwo czułości. W ogóle ta książka jest milutka jak puchaty kocyk, to taki plasterek na ranę i balsam na serduszko.

Nieśmiałym doda śmiałości, tchórzliwym odwagi. Wszystkim pokaże, że nie ma co się bać, bo życie jest zbyt piękne, by spędzić je na bocznym torze!

Polubiłam tę Fretkę od pierwszego zdania. Za jej strachy i nieśmiałość i za króciutkie nóżki, które tak wdzięcznie namalowała Marta Kurczewska. W ogóle ilustracje są świetne, obrazy i tekst to taki jeden głos, nie wiadomo kiedy - czytając - patrzę tymi obrazami, tą fretką, wiatrem, lwami i innymi postaciami, który spotykamy na kolejnych stronach.

Tchórzofretka jest nieśmiała i tchórzliwa, tak bardzo, że nawet nie próbuje wyjść poza swoją strefę komfortu, którą jest jej przytulny domek. Czasem tylko zza firanki zerka na zabawy młodych na polanie i wpada w panikę, jeśli któreś w tym czasie choćby spojrzy w stronę jej okna. Jest samiutka, zamknięta w domku, w którym odbywa intrygujące podróże, bo namiętnie czyta książki o wyprawach w odległe rejony. Och, jak ona to lubi te podróże, te przygody, byle odbywać je bezpiecznie z poziomu fotela.

Któregoś dnia zdarza się coś nieprzewidywalnego. Listonosz gołąb łomocze do jej drzwi i nie odpuszcza. Musi dostać się do środka, inaczej grozi katastrofa! Fretka jest przerażona, nigdy nikomu nie otwiera, a ten wali i wali i straszy jakąś katastrofą! W naszej bohaterce toczy się walka, wreszcie ze strachem, ale... drzwi otwiera, czym zaskakuje nawet samego gołębia!
Listonosz wpada i pędzi do łazienki, gdzie załatwia, wiadomo co i po krótkiej rozmowie i podziękowaniach pomyka dalej, zostawiając oszołomioną Fretkę, która odkrywa - o zgrozo! - że ów ptak zostawił w salonie pocztową torbę! Dajecie wiarę? Jak zostawił, to pewnie będzie jej szukać i po nią wróci, a tego dla naszej bohaterki byłoby za dużo jak na jeden dzień, zdecydowanie. Więc ciągnie torbę po podłodze i wystawia ją za drzwi, nie przypuszczając, że ktoś tam czyha, żeby tylko wyściubiła nos za drzwi...

I się zaczyna! Podróż, która zmienia. Zupełnie nowe doświadczenie. Wstrząs. Fretka porwana przez wiatr (tak, to wiatr nie mógł już znieść jej samotności i strachu i postanowił skonfrontować ją z... życiem, bo to dobry wiatr był) zostaje wrzucona w nowe miejsca i między zwierzęta, które zna jedynie z książek. Zwierzęta małe, duże i wielkie, zwierzęta dziwne i odważne i groźne. I odkrywa, że każde czegoś się boi! Nawet lwica, ta silna i odważna lwica, przed którą drżą mieszkańcy dżungli, boi się. Czego się boi? Boi się jak każda matka o swoje dziecko! Fretką przemierza kontynenty i staje oko w oko z obcymi. Okazuje się, że oni nie są wcale tacy groźni, z każdym można się dogadać i każdy ma coś ciekawego do powiedzenia. I przekonuje się, że boimy się najczęściej tego, co nieznane.

Ćma, pingwin, struś, lwica — spotkanie z każdym ze zwierząt wnosi do życia Fretki coś nowego, jakąś prawdę, mądrość, czasem Fretka czegoś się uczy, czasem sama służy dobrą radą, bo okazuje się, że ma dużo do powiedzenia i doskonale potrafi podnieść kogoś na duchu, wesprzeć i dodać odwagi!
Tylko głupcy niczego się nie boją. Rzecz w tym, by pomimo strachu mieć w sobie tyle odwagi, ażeby nie bać się żyć pełnią życia” — słowa lwicy są tymi, które znajdują w głowie wygodne miejsce i zostają z nami na zawsze.

A jak ta podróż kończy się dla naszej bohaterki? Pełna wrażeń wróci do domu, gdzie nic już nie będzie takie same. Poznała smak przygody, ale i pozna też smak miłości i już nigdy nie będzie samotna. Jak do tego dojdzie — sprawdźcie sami!

Piękna opowieść o naszych obawach i lekach, o przełamywaniu siebie i tym, że warto dać się ponieść życiu i przygodzie, bo zawsze coś dobrego z tego wyniknie. Bo szklanka jest zawsze do połowy pełna, I że każdy marzy o przyjaciołach, bo samotność wcale nie jest dobra, w grupie zawsze jest weselej, ciekawiej! Ta książka spodoba się i małym i dużym, bo jest pełna humoru, ciepła i mądrości, jak to u Guśniowskiej. Nie przegapcie jej, bo przecież każdy z nas się czegoś boi, a z tą książką strach skurczy się, a czytelnik nabierze wiatru w żagle ;)



O Fretce, która dała się porwać wiatrowi,
Marta Guśniowska,
il. Marta Kurczewska,
wyd. Wilga, Grupa Wydawnicza Foksal, 2021,
stron 64,
oprawa twarda,
cena 34,99 zł,
wiek: od 3 lat.








środa, 9 czerwca 2021

Ostatnie drzewo na Ziemi, Małgorzata Kur, Magdalena Starzyńska

 Siedzi mi w głowie ta książka i wizja świata, ku któremu nieuchronnie zmierzamy. Jesteście w stanie wyobrazić sobie Ziemię bez jednego - J-E-D-N-E-G-O - drzewa? Mnie przychodzi to z trudem, nie chcę takiego świata, nie zgadzam się, dlatego tak mnie bolą wycinki lasów na prawo i lewo, betonowanie miast, usuwanie przydrożnych drzew i rugowanie ich z osiedli, placów zabaw... Bo zagrażają bezpieczeństwu, bo uczulają, bo liście trzeba sprzątać, bo trzeba wybudować kolejne budynki i zabetonować kolejne skwery, bo na drewnie sporo można zarobić...

Przeczytałam tę książkę i co spojrzę na jakieś drzewo, to przychodzi myśl, że za jakiś czas może go nie być. Że jedno po drugim będą znikać, aż w końcu nie będzie żadnego. Nigdzie. Ani w Australii, ani w Europie, ani w Ameryce Północnej i Południowej też, ani... I co wtedy? Nie będzie, bo zostaną wycięte w pień, do ostatniego. A z nasion nie będą się wysiewać, bo postanowią, że nie chcą więcej rosnąć, bo ludzie ich nie cenią i nie szanują.
Czy jak bohaterowie powieści Małgorzaty Kur będziemy chodzić z podręcznymi butlami tlenowymi, czy jak w książce władza będzie nakazywać sadzenie dla tlenu roślin o wielkich liściach? Zdradzę wam, że sprawdzi się łopian. Bardzo katastroficzna to wizja, ale dobrze, tak trzeba. Pokazujmy dzieciom, do czego może doprowadzić polityka i kształtowanie przestrzeni publicznej i ludzka chciwość. Może one unikną powielania naszych błędów, będą mądrzejsze i zapobiegną katastrofie?

Jest czas — za jakiś czas. Kalina dużo wie o drzewach z opowieści babci. Babcia miała rękę do roślin, Kalina też, ale jeszcze o tym nie wie. Babci już nie ma, a świat jest inny, niż nam współczesnym znany. Ten pamiętają jedynie starsi, którzy jeszcze żyją. To pewnie koniec 21 wieku. Tak daleko, ale i wcale nie. I Kalina żyje w świecie bez drzew, z butlami z tlenem i łopianowymi liśćmi. Ma dom, rodziców i chodzi do szkoły, gdzie celebruje się święto drzew, a w telewizji emitowane są programy o drzewach. Naukowcy próbują wskrzesić drzewa, ale z nasion nic nie wyrasta. Drzewa chyba obraziły się na ludzi. Nie chcą rosnąć. 

Nie ma drzew.

Kalina dostaje skrzynkę z piwnicy babci z jej skarbami. Te cenne znaleziska to zielniki, które ogląda z nabożną czcią i nasiona! Akcja, dęby, buki, brązowe kasztany... Budzi się nadzieja, która jak iskra gaśnie — skoro naukowcom się nie udaje, jak ma się udać nastolatce? Jednak Kalina próbuje, namówiona i zachęcona przez przyjaciela. Czy szacunek, troska i czułe wsłuchanie się w przyrodę, wystarczą?
Jest tu i o przyjaźni i o mądrości, wynikającej z doświadczenia, wiedzy i serca, jest o zwierzętach i oczywiście drzewach... I o tym, że jest nadzieja! Tylko wszyscy musimy pójść po rozum do głowy.

„Ostatnie drzewo na Ziemi” pięknie wpisuje się w cykl książek o ekologii i ratowaniu środowiska naturalnego. Jej zakończenie łagodzi mocną wymowę, daje nadzieję, że nie wszystko stracone. Ceńmy to, co jeszcze mamy i nie pozwólmy drzewom zginąć, bo jak one zginą, zginiemy i my.


Ostatnie drzewo na Ziemi,
Małgorzata Kur,
Ilustracje Magdalena Starzyńska,
wyd. Ezop,
Oprawa twarda,
Format 16.5 cm x 23.2 cm,
Ilość stron: 104,
Wiek  9-12 lat,
cena 35 zł.








Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...