Blog o pięknych i mądrych książkach dla dzieci

poniedziałek, 10 sierpnia 2020

Atrakcje na Podlasiu w okolicy Biebrzańskiego Parku Narodowego (część 2)


Chodząc po polach i łąkach na Podlasiu, pomyślałam, że te spacery są moją medytacją. Idę, myśli przelatują przez głowę, ale na żadnej się nie zatrzymuję, obserwuję je z dystansu, patrzę, oddycham, chłonę oczami, żyję. Skoncentrowana na oddechu, na stawianiu nogi za nogą, jestem tu i teraz. Spokój, piękno przyrody i ja, jej część.

To miejsca, do których lubię wracać, choć zawsze wracam gdzie indziej, ale w pobliże. Bo to nasze trzecie wakacje na Podlasiu i pewnie nie ostatnie, bo ciągle znamy tylko maleńką część tego regionu i nadal mamy ochotę na więcej. Przypadek nie przypadek, że za każdym razem trafiamy w rejony Biebrzy, tym razem zamieszkaliśmy w Zielonym Domku we wsi Zabiele.

Na wakacjach poruszamy się przede wszystkim na rowerach, nie jakoś wyczynowo — nastawiamy się na miejsca odludne, pola, dróżki i ścieżki. Bez napinki i zadyszki, ot dla relaksu i czystej przyjemności. Kilkanaście kilometrów w jedną stronę jest w porządku.

W tym roku wybieraliśmy miejsca w najbliższej okolicy — Biebrzański Park Narodowy, wiejskie i polne dróżki, odwiedziliśmy lawendowe pole, przeżyliśmy spływ tratwą po Biebrzy, podziwialiśmy stare młyny, drewniane chałupiny z kępami malw pod płotem i przydrożne kapliczki. Jeździliśmy trasą Green Velo, trzeci już raz zajrzeliśmy do Puszczykówki, powłóczyliśmy się po okolicznych wsiach. Te widoki, wszędzie! Pola kukurydzy, zboża, pastwiska i łąki. Natura i przestrzeń.

Dla mnie najciekawsze są miejsca z dala od ruchliwych tras i tłumów, a najpiękniejsze obrazy zza stodoły. Ileż tu się nachodziliśmy, napatrzeliśmy, nachłonęliśmy tej zieleni i przestrzeni! Każdy bocian wywoływał radość, nie mówiąc o czaplach, żurawiach, orłach... Spokój, cisza, nawoływania ptaków, muczenie krów, klekot bocianów. Te ambony widokowe, na które wchodziliśmy i drabiny, na które się wspinaliśmy, te zakręty i zakola, kępy drzew i promienie słońca oprószające złotem... Bagna i torfowiska. Przestrzeń po horyzont!

Lubiłam co rano tuż po szóstej, góra siódmej z kawą w ręku wymykać się za stodołę, na pola i po prostu iść, zagadać do krów, raz skręcić w jedną drogę, raz w drugą... Wracałam z bukietem polnych kwiatów, w mokrych od rosy butach. Ze spokojem w sobie. A domownicy jeszcze spali...

Dlatego ten przegląd zaczynam od tego, co najbliżej, co jest dla mnie niezmiennie największą atrakcją Podlasia... Pierwsza część ciekawych miejsc w tym rejonie jest tu:
https://www.makiwgiverny.pl/2017/09/nasze-podlasie-czyli-o-atrakcyjnych.html


1. Tereny spacerowe: pola, łąki, dróżki (Zabiele i okolice)









2. Lawendowy raj, Dzięciołowo



O tym miejscu dowiedzieliśmy się od właścicielki domu, który wynajmowaliśmy. Pojechaliśmy nam na rowerach — mieliśmy blisko, bo ok. 5 km w jedną stroną, ale za to jaką trasą! Mało uczęszczane drogi, piękne widoki!

Lawendowy Raj to mała manufaktura, pole lawendy, z której produkowane są olejki, hydrolaty, poduszeczki i pałki zapachowe. Pole jest nie za duże i bardzo malownicze. A ten zapach! Czuliśmy go, dojeżdżając na miejsce, intensywny, charakterystyczny zapach lawendy. Bardzo go lubię! Trafiliśmy na właściciela, który barwnie i z pasją opowiadał o lawendzie i jej działaniu na zdrowie i skórę. Pochodziliśmy wokół lawendowych łanów, porobiliśmy mnóstwo zdjęć i roślinom i nam wśród nich. Obejrzeliśmy też ule, które stoją z boku jednego z pól. Bo lawenda dobrze działa na pszczoły i sprawia, że nie imają się ich szkodniki. Nie zapytałam, czy w ofercie będzie też miód lawendowy.
Fajne miejsce na wyprawę rowerową. Po zrobieniu zakupów i rozejrzeniu się po malowniczej okolicy zrobiliśmy sobie mini piknik, moja chusta posłużyła nam za koc, a kupione po drodze ciasteczka za jedzenie. Fajnie było, tym bardziej że —  jak odkrył syn — był tam zasięg, którego w domu i okolicy nie mamy, więc zrobiliśmy też szybki przegląd wiadomości ;)
Ciekawe miejsce z perspektywą na rozwój. Gdyby można było kupić tam jeszcze coś do picia, jedzenia — można siedzieć i siedzieć, do wieczora ;)













3. Jezioro w Karpowiczach



Dla spragnionych wodnych kąpieli są tu dwa miejsca do popływania, jednym z nich jest jeziorko w Karpowiczach. Przyjemne jest to, że w ciągu tygodnia praktycznie nie ma tu ludzi. Woda dosyć płytka, ta z gruntem pod nogami zaznaczona jest bojkami. Na plaży stoi ratownicza budka, ale czy jest tu ratownik, nie wiem, bo my byliśmy w niedzielę, w godzinach popołudniowych.
Jeziorko nie jest duże, ale da się popływać i pomoczyć, jak to w jeziorze dno nie jest piaszczyste, ale chłopakom nie przeszkadzało to w pływaniu i wodnych zabawach.






4. Plaża w Dolistowie Starym (Biebrza)




Ładne, otwarte wejście do rzeki, z piaskiem i szeroką plażą. To tu znajduje się punkt MOR Dolistowo Stare, z miejscem na ognisko, polem namiotowym, a w pobliżu i barem. Tu odpoczywają rowerzyści, korzystający z trasy Green Velo, tu przychodzą turyści. Tu też kończą szlak uczestnicy spływów kajakowych czy na tratwach.




5. Most w Dolistowie Starym (Biebrza)


Drewniany most (do 10 ton) na uboczu wsi, na Biebrzy. Za nim nadbiebrzańskie łąki, w dali tereny, które w tym roku płonęły. Gdybym nie wiedziała od miejscowych — nie przypuszczałabym, że tu doszedł ogień. Kipiąca zieleń: trawa, polne kwiaty, krzewy, chaszcze sprawiają, że trudno połączyć z tym miejscem widok znany z mediów: płonących terenów i pożogi. Świadczy to, że przyroda, póki może, póki jej człowiek nie przeszkodzi, zawsze się odrodzi.

Bardzo lubiliśmy przyjeżdżać tu na rowerach, stać na moście i wypatrywać... Kilka razy widzieliśmy krążącego orła, myszołowa, kilka razy trafiliśmy na podrywające się do lotu czaple białe, obserwowaliśmy łabędzie ukryte w szuwarach, o bocianach nie wspomnę, bo widziałam ich tu więcej niż wróbli i jaskółek razem wziętych! I ta przestrzeń i zieloność, już tęsknię...






6. Trasa Green Velo



Startowaliśmy z drewnianego mostu w Dolistowie Starym i jechaliśmy przed siebie. Szeroka, utwardzona droga prowadząca wzdłuż rzeki, idealna trasa na wycieczki. Raz na kilkanaście minut przejeżdżał samochód albo grupa rowerzystów, a obok Biebrzą - kajakarze...

***
Trasa rowerowa na terenie powiatu monieckiego, ma niemal 60 km i biegnie od granicy powiatu augustowskiego i monieckiego na drodze powiatowej 1220B do granicy powiatu monieckiego i białostockiego na drodze powiatowej 1838B. 9 km trasy zajmują ścieżki rowerowe.
Na trasie rowerzyści mają do swojej dyspozycji 6 MOR:
MOR Dolistowo Stare – gmina Jaświły,
MOR Goniądz – gmina Goniądz,
MOR Fort IV Twierdza Osowiec – gm. Goniądz,
MOR Barwik – gmina Trzcianne,
MOR Grobla Honczarowska – gmina Trzcianne,
MOR Bagno Ławki – gmina Trzcianne.
info na podst mat. wrotapodlasia.pl





7. Spływ tratwą z Biebrza Safari (Dolistowo Stare)



O naszym spływie tratwą już pisałam, powtórzę: było to niesamowite przeżycie. Kilka kilometrów, a sterani byliśmy niemożebnie, ale jaka satysfakcja! No i te widoki, oglądać Biebrzę z Biebrzy to jest coś!

https://www.makiwgiverny.pl/2020/08/tratwa-po-biebrzy-czyli-jak-wyglada.html






8. Młyn holenderski w Dolistowie Starym



Przejeżdżaliśmy koło niego codziennie. Stoi na końcu wsi od niemal półtora wieku. Został zbudowany pod koniec XIX w. przez majstra z Prus Wschodnich. Młyn wykonano na zamówienie Żyda z Suchowoli. Z ciekawostek: podłoga zbita jest drewnianymi gwoźdźmi.

9. Chaty i ziemianki 



W Dolistowie, Zabielu, Dzięciołowie... Dużo domów opuszczonych, wiele z tabliczką na sprzedaż i trochę już kupionych przez ludzi z różnych stron Polski. Niszczejące, ale nadal piękne.












10. Suchowola




Tu robiliśmy większe zakupy (albo w Mońkach), ale nie dlatego o niej piszę. Jeśli was to interesuje, znajduje się tu głaz i tablica informująca o nadaniu miana środka Europy, a także ażurowy łuk - element ołtarza polowego z wizyty papieża Jana Pawła II w Białymstoku w 1991 r.

Przy kościele parafialnym  św. Apostołów Piotra i Pawła znajduje się Izba Pamięci bł. ks. Jerzego Popiełuszki, który urodził się i spędził dzieciństwo we wsi Okopy (o samej wsi pisałam w pierwszej części).

Zebrano tu wiele zdjęć, pamiątek i rzeczy należących do księdza. Najbardziej poruszający jest widok stołu prosektoryjnego, na którym przeprowadzono w Białymstoku sekcję zwłok zamordowanego kapelana Solidarności.




Tu link do pierwszej części cyklu Atrakcje Podlasia:

piątek, 7 sierpnia 2020

Tratwą po Biebrzy, czyli jak wyglądał nasz rodzinny spływ (Atrakcje Podlasia)

Na kajakach pływamy co roku, na tratwach nie mieliśmy okazji. Więc jeszcze w Warszawie zarezerwowałam spływ tratwą i powiem wam, że nie mogłam się go doczekać! Zobaczyć Biebrzę z rzeki, płynąć przez Biebrzański Park Narodowy!
Wreszcie nadszedł ten dzień i rano o 9.30 stawiliśmy się w umówionym miejscu. Matko jedyna, samo dotarcie do miejsca wypłynięcia było ekstra! Załadowani na pakę dużego samochodu terenowego, czuliśmy się jak na safari, pędząc piaszczystą drogą wzdłuż rzeki! Gęby nam się śmiały, a kiedy kierowca i właściciel Biebrza safari zastukał w dach i krzyknął do nas przez okno: orzeł bielik nad nami, ekscytacja sięgnęła zenitu!



 A potem zatrzymaliśmy się, tratwa została zwodowana, my szybko przeszkoleni i na wodę! Płynęliśmy sami, jedna tratwa, na niej nasza piątka. Tratwa z daleka wygląda jak domek na wodzie, szczególnie po spuszczeniu rolet. Wewnątrz "domku" mieliśmy do dyspozycji dwie ławki do siedzenia i niewielki blat. Do obsługi tratwy dwie pychy (matko jedyna, jakie te pagaje ciężkie!), trzy wiosła, dla wszystkich kamizelki. Wyruszyliśmy przed godz. 10. I pierwsze zaskoczenie, zamiast płynąć z nurtem rzeki, cofaliśmy się! Mimo usilnych starań i walki z żywiołem  — wiatr głów nie urywał, szczerze to na lądzie nie zwróciłabym na niego uwagi, ot taki wietrzyk, ale tu, na wodzie, skutecznie niweczył nasze wysiłki. Co się namachaliśmy wiosłami, co się poodpychaliśmy pychami, to i tak staliśmy w miejscu. Nie powiem, drużyna szybko opadła z sił, mało tego, chwycił nas w swoje szpony pesymizm i z niejednych ust wyrwało się, że to bez sensu, nie damy rady! Powiem wam, że był taki moment, że sama to poczułam, przez sekundę  — nie popłyniemy! Zalał mnie głęboki smutek i żal, bo tak czekałam, tak się cieszyłam i co? Mieliśmy kilka zrywów. Raz ja, raz mąż podrywaliśmy się, łapaliśmy za te pagaje i dalej, zawsze przyłączało się któreś z dzieci i mówiliśmy głośno: no jak nie damy rady, damy, teraz się uda... Po czym po kółeczku na wodzie walczyliśmy co sił, by przynajmniej zostać w tym samym miejscu, a nie oddalać się od mety... I znów marazm i leżenie na dechach w przenośni i dosłownie. Ktoś rzucił jakiś żart, ktoś wymownie zamilczał... Mąż nagrywał odcinki z dziennika pokładowego, żarciki typu „4 dni później kończy nam się woda, patrzymy na siebie wilkiem..." Przeczekaliśmy zły czas i kiedy tylko wydało nam się, że wiatr zelżał, rzuciliśmy się co sił i udało się, popłynęliśmy! Walczyliśmy zażarcie o każdy metr do przodu o kolejny zakręt, kolejne zakole... Posuwaliśmy się, byle do przodu!










Spływ miał nam zająć od czterech do siedmiu godzin, z grillem w trakcie (tak, mieliśmy grilla na pokładzie). Zapomnijcie o grillu, byliśmy tak wykończeni i tak przerażeni tym, że utkwimy gdzieś na rzece, skąd nas nie będzie można zgarnąć przed nocą, że nie w głowie nam były długie postoje. Machaliśmy więc w grupach i podgrupach, kto padał na pysk, ten szedł na krótki odpoczynek i dalej! Chwilami mieliśmy dość, chwilami nie widziałam, jak wygląda brzeg, co tam się dzieje, bo nie patrzyłam, skoncentrowana na śledzeniu tratwy i kontrowaniu — Jarek na przodzie, ja na tyle, ja na przodzie, Jarek na tyle, albo razem na przodzie. Chłopaki na początki mieli problem z wyczuciem wioseł i pych, chlapali wodę, działali na odwrót, ale w pewnym momencie wszyscy załapali i płynęliśmy, płynęliśmy! Widzieliśmy czaple białe, przepływaliśmy obok gniazda łabędzi — zdziwiłam się, że sierpień, bociany niebawem odlatują, a tu młode takie nieopierzone, cała czwórka. Czujnie na nas patrzył pan łabędziowy, staraliśmy się nie podpłynąć zbyt blisko, żeby nas nie zaatakował. Udało się! Przeprosiliśmy rodzinkę za wtargnięcie na ich teren i popisy wątpliwej jakości przed ich gniazdem (jedno nieplanowane kółko i płynięcie od brzegu do brzegu), wybaczone nam zostało, żadne nie zasyczało, ani nie wyciągnęło długaśnej szyi.







I tak pod koniec, kiedy Franek z Jarkiem zgrali się i wpadli w rytm, mogłam zalec na ławce i powiem wam, że już się z niej przez dwie godziny nie ruszyłam. Ramiona mi płonęły ogniem piekielnym, kości bolały, a na dłoniach wypatrywałam bąbli... W głowie widziałam już obraz dnia kolejnego, z serii ani ręką, ani nogą, zgon!

Widoki, kiedy już mogłam się nimi rozkoszować — piękne! Zieloność cieszyła oczy, tu jakieś kwiaty, tam trzciny... I ciekawość, co kryje się dalej? Miałam wrażenie, że Biebrza zamyka się przed nami, nie pokazuje tego, co ma najlepsze. Jesteśmy tu obcy. Rozumiem ją.

Wreszcie most, prawie blisko, a to zmyłka, bo nagle zakręt, jakieś zakole, podroczył się z nami, umordowanymi, raz i drugi, wreszcie jest! I piękne konie przy brzegu, a ja mam słabość do koni okrutną, choć nigdy nie jeździłam konno (trochę wstyd, wszak w Kozienicach jest i zawsze za mojego życia była stadnina koni). A jak most to znaczy, że do przystani tylko 500 metrów...

Satysfakcja ogromna, umęczenie naszych rąk, ramion i pleców też. Powiem wam, że nie przypuszczałam, że spływ tratwą jest tak wyczerpujący - w naszym wypadku przyczynił się do tego wiatr, bo pod wiatr, pod wiatr, pod wiatr... W między czasie popadał deszcz, ale nic to, dobrze, że nie było burzy, bo wtedy "tratwę w trzciny, schować się i przeczekać". Jak spod mostu, bo tak byliśmy umówieni, zadzwoniłam do właściciela tratwy, i wzdychając powiedziałam, że wreszcie dobijamy do mety, lekko rzucił "Co, ciężko było na początku? Dwie trzy godziny, a potem popłynęliście?" Jasnowidz :)

Mimo tego, a może dlatego, warto było przeżyć taki dzień, taki czas. Trochę pokazał, jak reagujemy w sytuacjach lekko kryzysowych" na początku były spięcia, nerwy, spadek nastroju, ale ostatecznie duch walki wygrał. Chłopaki przestali marudzić i zakasali rękawy i okazało się, że mogą, dają radę. Śmialiśmy się i na przemian wkurzaliśmy, żartowaliśmy i psioczyliśmy. Komary cięły, muszki też... Na finiszu byliśmy ledwie żywi, ale na drugi dzień okazało się, że przewidywanego dramatu nie było. Przynajmniej u młodszych tratwiarzy ;) Cieszę się i tak sobie myślę, może za rok, dwa wybierzemy się na kilkudniowy rejs z nocowaniem na tratwie? To by było coś!

Biebrza safari, 
Dolistowo Stare 108,
www.biebrzasafari.pl





Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...