O książkach i grach, które nam się podobają, ciekawych miejscach, w których byliśmy i o wydarzeniach, w których uczestniczyliśmy. A także o paru innych rzeczach...

niedziela, 28 lutego 2016

Praca przed pierwszą pracą ;)

Przy okazji czytania "Fach, że ach!" - podglądania ludzi pracy, wybierania zawodów na przyszłość - snujemy plany, rozmawiamy, wspominamy.

A konkretnie matka wspomina. Swoje pierwsze zarobione w pocie czoła pieniądze, pomysły na siebie i krętą drogę, prowadzącą do tego, co robi obecnie i co chciałaby jeszcze robić.


Kim chciałam być? Jak sięgam pamięcią tak bardzo, bardzo dawno, do pierwszych wspomnień - to weterynarzem. Łączyłam dwa taborety, przykrywałam prześcieradłem, kładłam podusię (babcia mi uszyła, pod wymiar - moi pacjenci mieli wygodnie), obok ustawiałam tacę z igłami, nićmi, strzykawkami i szyłam, szyłam. A jak nie było już  co - to przemieniałam się w dr Hyde'a i cięłam - na szwach i nie tylko - żeby potem móc dalej operować. Plany te przeminęły z czasem, rozmyły się - co ze mnie byłby za weterynarz, któremu na widok krwi nogi robią się jak z waty? Długo nie miałam pomysłu, a potem poszłam na polonistykę. Z miłości do książek - z nienawiści do gramatyki historycznej czy opisowej nie zrobiłabym tego ponownie....

Praca to pieniądze. Najbardziej w pamięci tkwią te zarobione jako pierwsze, będące wynikiem własnej kreatywności, pomysłowości. Kiedy opowiadam moim dzieciakom, co robiłam - śmiejemy się, niewątpliwie byłam kobietą pracującą! A moja kariera zarobkowa zaczęła się bardzo wcześnie - jeszcze przed ukończeniem 10 roku życia. Co to było? Organizowanie przedstawień teatralnych w czasach dzieciństwa, na wakacjach u ciotki. Pieniądze umówmy się symboliczne, ale zawsze. Na lody i odpustowe, sierpniowe zakupy pod kościołem jak znalazł. (Śmigła, pamiętasz?)

Starsze lata podstawówki to już praca na "pulpie" - trudne słowo, niezrozumiałe dla dzieci, trzeba wyjaśniać, Z koleżanką z klasy, obecnie fantastyczną pani doktor, odrywałyśmy pod jakąś wiatą szypułki od truskawek - płacone było za łubiankę i tak przez wiele godzin, i wiele dni. Nasze dłonie wyglądały jak po wielogodzinnej sekcji zwłok, i odpadały ze zmęczenia.

W liceum było bardziej kreatywnie, bo założyliśmy firmę ... sprzątającą. Trzy dziewczyny, dwóch chłopaków  - z jednym z nich sprzątam po dziś dzień, głównie po dzieciach ;). Ogłoszenia, telefony, poczta pantoflowa. Zgłaszali się starsi ludzie, małżeństwa, wdowy, wdowcy... Sprzątaliśmy nieprofesjonalnie, ale z zapałem! Mieszkania, domy - z trzepaniem dywanów i myciem okien, porządkowaliśmy ogrody... bawiąc się przy tym nieźle. Do dziś pamiętam spojrzenie jednej z pań, kiedy przypadkowo wylałam na drewniany, wychuchany parkiet miskę wody.

Zaraz po maturze w ramach odpoczynku i nagrody -  zafundowałam sobie kilka tygodni harówy w przetwórni owocowej. Praca na trzy zmiany, na hali i "w lodówce" czyli zamrażalni. Wraz z grupą ochotniczek sezonowych i stałych pracownic, chodziłam w waciakach i buciorach do kolan i przebierałam owoce, przebierałam, przebierałam... Pierwszego dnia, po wieczornym powrocie do domu, padłam pod drzwiami i płakałam ze zmęczenia.... ale na drugi dzień pojechałam znowu. Rozmowy w przerwach na papierosa, pracownice sezonowe ramię w ramię ze stałymi; narzekania, zmęczenie, smutek i rezygnacja... Jakoś tak dorosło tam było i gorzko... Za trzy tygodnie harówy dostałam tyle kasy, że  wakacje ...dofinansowali rodzice.

Potem już stolica. Wydawanie tygodniówki w dwa dni, a potem zęby w ścianę... Wpisywałam dane do komputera - było to fajnie, bo pracowało się, kiedy chciało i ile chciało. Czy było to opłacalne finansowo, nie pamiętam, ale zawsze parę groszy wpadło do kieszeni.
Miałam również epizod nauczycielski - całoroczny! Udzielałam korepetycji trzem szóstoklasistom. Jeden był strasznym wesołkiem, ciągle mnie rozśmieszał; drugi zapuszczał żurawia w dekolt i jak mógł odbiegał od istoty spotkania; trzeci - bynajmniej nie typ intelektualisty - stale coś przeżuwał, żuł, wcinał i jadł... Lubiłam te spotkania - fajnie jest widzieć efekty swojej pracy, a chłopaki nieźle sobie dawali radę i świadectwa mieli całkiem ładne.
Lata studenckie to też ogródki kawiarniane.... głównie starówka i okolice. Praca męcząca, ale finansowo tak ustawieni to chyba nigdy nie byliśmy ;) Ach, to było życie, z rozmachem, gestem i przytupem. W jednej knajpie się pracowało, a po pracy szło się do innej i przepuszczało wszystko ;)

A potem, w okolicach trzeciego roku studiów, nastał inny czas. Czas pitów, zusów i pracy na poważnie ;)

***

Swoje pieniądze cieszą. Dorabianie do kieszonkowego w latach nastoletnich uczy nie tylko szacunku do pieniędzy, ale w ogóle do pracy. Uruchamia w głowie myśl "mogę sam/sama" - zaradność, pomysłowość. Kiedy córka w wakacje rozdawała ulotki - byłam z niej taka dumna! Że jej się chce, że mimo trudności nie zraża się.

Jaki macie stosunek do pracy dzieci w latach nastoletnich?  Wspieracie, zachęcacie? A może sami macie na swoim koncie jakieś fajne młodociane działalności zarobkowe, które wspominacie z rozrzewnieniem?

3 komentarze:

  1. Pamiętam jak jakoś w późnej podstawówce/wczesnym liceum zarobiliśmy kokosy na czarnym bzie. Nigdy już nie miałem takiego szczęścia do kasy :P

    OdpowiedzUsuń
  2. Czarny bez na soki, nalewki? Bardzo zdrowe ponoć ;) Super sprawa, myślę że przyjemniejsze to niż szypułkowanie truskawek ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W sumie nie wiem na co, bo szło do skupu, a ten z jakichś bliżej nie znanych nam powodów płacił jak za zboże. Ogołociliśmy wszystkie krzaczory, do których nikt nie zgłaszał pretensji i zwoziliśmy na skup przy pomocy wózka na mleko i motocykla marki WSK. To se ne vrati :(

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...